piechotą wzdłuż Loch Ness

Powinnam chyba na swoje potrzeby ustanowić nowe powiedzenie: co masz zrobić jutro, zrób dziś, bo potem i tak nie będziesz mieć czasu🙂 Blogowanie odkładałam na mój polski urlop zakładając, że będę mieć dużo wolnego czasu. Uhmm. Kto jeździ na urlop do domu wie, że z tym wolnym czasem bywa różnie.

Cofam się dziś pamięcią jakiś miesiąc wstecz, by zabrać Was na wirtualną wycieczkę nad najsławniejsze jezioro z potworem w tle😉 Bardziej jednak niż samo Loch Ness fascynują mnie jego okolice, niezwykle zielone wzgórza i doliny, tajemnicze lasy wyściełane mchem tak zielonym i gęstym, że wydaje się jakby ktoś zaszalał z fotoszopem. A dookoła cisza i pustka.

Jeśli również lubicie takie klimaty, to zapraszam🙂

5

Na wyprawę wzdłuż Loch Ness wybraliśmy się w pewien całkiem słoneczny poranek. Do Inverness towarzyszyła nam piękna pogoda, ale w Drumnadrochit gdzie rozpoczęliśmy pieszą wędrówkę, pogoda weszła w tryb szkocki i tak już nas zostawiła prawie do końca. Od jakiegoś czasu pogodą już przestaliśmy się przejmować, zwłaszcza, że czasem okazuje się, że im gorsza tym ciekawiej. Po raz pierwszy też nie wędrowaliśmy sami. Towarzyszyli nam Dori i Kelvin – w takim składzie, żadna pogoda nie mogłaby nam popsuć humorów.

 

22-kilometrowa trasa z Drumnadrochit do Invermoriston wiedzie wzdłuż Loch Ness na dwa sposoby. Można przejść ją dolnym szlakiem przez las, lub górnym szlakiem, częściowo przez las, częściowo piękną trasą z widokiem na jezioro. Wybraliśmy górną trasę i myślę, że był to całkiem niezły pomysł. Jest to jedynie mały fragment Great Glen Way, która ciągnie się od Inverness do Fort William przez 117km.

zrzut-ekranu3

Wyruszamy z parkingu przy informacji turystycznej w Drumnadrochit. Tutaj swój początek ma wiele szlaków, stąd parking pełen jest samochodów. Posilamy się jeszcze przed drogą pysznym ryżem z warzywami przygotowanym przez Kelvina i domowymi frytkami, które choć miękkie i zimne po ponad trzygodzinnej jeździe samochodem nadal smakują jak niebo w gębie i jesteśmy gotowi do drogi.

Większość trasy po prostu delektuję się chodzeniem, rozmową i naturą. Fragment trasy wiedzie przez przepiękny, ciemny, tajemniczy las. Ziemia pokryta jest grubą warstwą zielonego mchu, który w przebijających przez konary drzew promieniach światła, wygląda wręcz fluorescencyjnie.

3

4

1

2

Szlak jest bardzo prosty. Ma kilka podejść pod górkę, ale poza tym spory kawałek wiedzie asfaltową drogą lub szeroką ścieżką przez las. Jedynie długość może nastręczać trudności, choć przyznam, że taką trasą mogłabym iść i 35km bez większego zmęczenia. A może to dobre towarzystwo sprawiło, że w ogóle nie odczułam tych 25 kilometrów?

6

8

7

9

10

Loch Ness jest długie i wąskie, bardziej przypomina szeroką rzekę aniżeli jezioro. Jeśli jednak spodziewacie się czegoś spektakularnego na słowa Loch Ness, możecie się nieco zawieść. Widoki są piękne, dookoła cisza i spokój, ale to nadal tylko jezioro. Bardziej niezwykłe wydają mi się soczyście zielone wzgórza, z pojawiającymi się gdzieniegdzie rachitycznie powyginanymi drzewami.

12

17

14

Wszystko pokrywa warstwa mgły i chmur, z których w pewnym momencie zaczyna siąpić drobny ale bardzo gęsty deszcz. Akurat kiedy mam przed sobą piękny widok zielonej doliny i jest to świetny moment, aby wyjąć aparat i zrobić kilka zdjęć. Trudno. Ten widok pozostanie tylko w mojej pamięci.

18

15

Powoli oddalamy się od jeziora, szlak wiedzie teraz przez charakterystyczne dla Szkocji wzgórza pokryte wrzosem. Jeszcze kilka kilometrów i będziemy w Invermoriston. Natomiast nie uda nam się zdążyć na autobus przed 20:00 i będziemy musieli czekać na kolejny, ostatni kurs, który zawiezie nas z powrotem do Drumnadrochit. Schodzimy ze wzgórz asfaltową drogą, w dolinie widać już maleńkie Invermoriston, dookoła zielone wzgórza. Deszcz delikatnie siąpi, gdy zza chmur przebija się słońce rzucając na dolinę trochę światła. Nagle tuż przed nami na niebie wyrasta piękna tęcza wprawiając nas zachwyt. Czy można sobie wyobrazić coś piękniejszego na koniec pochmurnej, deszczowej trasy jak odrobinę słońca i tęczowy spektakl? Kelvina tęcza cieszy chyba najbardziej, mówi, że przyniesie nam szczęście.

I ma całkowitą rację. Kiedy wychodzimy na główną ulicę w Invermoriston, nagle zza zakrętu wyjeżdża nasz (spóźniony) autobus. Machamy, kierowca zatrzymuje się, autobus jest prawie pełny, nie mamy rezerwacji, ale bez większych problemów kupujemy bilety. To się nazywa szczęście! Z radością rozsiadamy się w fotelach zaskoczeni takim rozwojem wypadków. W niespełna 30 minut jesteśmy z powrotem w Drumnadrochit. W porównaniu do naszej marcowej wyprawy nad Loch Ness, miasteczko jest pełne życia. Odpoczywamy jeszcze chwilę przed drogą powrotną popijając kawę i zajadając afrykańskie bananowe placki (przepis swoją drogą pojawi się na bank, tylko jeszcze nie wiem kiedy).

19

20

21

22

23

Jeśli Loch Ness i jego niezwykła okolica oczarowała Was tak jak mnie, stay tuned, nie wyłączajcie odbiorników i już zapraszam Was na niezwykłą podróż na wyspę Skye. Wpis pojawi się najszybciej jak to możliwe. Choć pewnie i tak nie uda mi się w pełni oddać wszystkiego co zobaczyły me oczy, nos wywąchał, a ciało doznało😉

buźka!

szybki wege obiad – fusilli z groszkowym pesto

Kolejny pomysł zaczerpnięty z magazynu Tesco, podobny przepis znalazłam też na stronie Marthy Stewart. Ostatnio interesują mnie wszelkie rodzaje pesto, więc jeśli na takowy przepis napotkam, chętnie go testuję. Przepis zawiera migdały, ale ponieważ migdałów nie miałam, dodałam moje ulubione nerkowce.

I wiecie co? Uwielbiam groszek. Zawsze lubiłam groszek, ale tylko ten świeży, gotowany, ten z puszki dodawany do sałatki warzywnej nigdy mi nie smakował. Ale świeży groszek, lekko obgotowany tylko, smakuje podobnie jak młody bób. Zmiksowałam pesto z jeszcze ciepłym groszkiem i smakowałam jak najlepsze lody. Jest przepyszne.

Zawsze wszystkie sklepowe pesto wydają mi się kwaśno – gorzkie. Pesto, które robię sama są bardziej delikatne, orzechowe, z czosnkowym posmakiem. I takie najbardziej mi smakują. Dlatego w tym przypadku dla przełamania smaku dodałam sera feta i to też był dobry pomysł.

Wypróbujcie koniecznie jeśli lubicie groszek i tego typu wegetariańskie potrawy. Luby oczywiście zjadł, w sumie nawet ze smakiem, po czym zażartował: dobrze, to teraz daj mi ten prawdziwy obiad🙂

Fanów nieprawdziwych obiadów zapraszam na makaron z groszkowym pesto🙂

fusilli z groszkowym pesto

Składniki:

  • 250-300 g makaronu świderki
  • 400 g mrożonego groszku
  • ½ szklanki orzechów nerkowca
  • kilka łyżek oliwy z oliwek
  • spora szczypta cytrynowego pieprzu
  • szczypta soli
  • kawałek sera feta pokrojonego w kostkę
  • 2 ząbki czosnku

Odkładamy do miseczki garść lub dwie zielonego groszku, a resztę gotujemy 2 minuty w osolonej wodzie. Następnie odcedzamy i przekładamy do pojemnika blendera.

Makaron gotujemy al dente, na ostatnie 2 minuty dorzucamy resztę mrożonego groszku. Makaron odcedzamy (razem z groszkiem) i odstawiamy w ciepłe miejsce.

Do ugotowanego groszku dodajemy orzechy nerkowca, sól, pieprz i dwa ząbki czosnku. Dolewamy kilka łyżek oliwy z oliwek. Miksujemy na gładką masę, jeśli jest bardzo gęsta dolewamy oliwę z oliwek.

Gotowe pesto mieszamy z makaronem, przekładamy na talerze, a na wierzchu układamy pokrojoną fetę. Gotowe. Smacznego!

brokułowy stir fry z czerwonym ryżem i orientalnym sosem

Dziś przedstawiam Wam przepis znaleziony w tutejszej darmowej gazetce wydawanej przez Tesco, oczywiście lekko go zmodyfikowałam na własne potrzeby (brokuła tenderstem zastąpiłam zwykłym, biały i dziki ryż – czerwonym, a papryczkę chilli – słodką czerwoną papryką).
Najbardziej orientalny w całym daniu jest sos, dość specyficzny w smaku i sam w sobie smakujący dziwnie. Ale o dziwo właśnie, do całej reszty dobrze pasuje. Składniki na sos mogą okazać się trudno dostępne, ale myślę, że można sos całkowicie pominąć i na przykład potraktować stir-fry tylko odrobiną sosu sojowego.

Danie przygotowuje się bardzo szybko i prosto, sprawdzi się na lekki obiad lub ciepłą i pożywną kolację.

brokulowy stir fry

Składniki na stir fry:

  • 1 brokuł
  • 1 czerwona słodka papryka (zamiast słodkiej można dać papryczkę chilli)
  • 4 ząbki czosnku
  • pęczek zielonej cebulki
  • 2 łyżki oliwy z oliwek
  • 1 szklanka czerwonego ryżu (możecie zastąpić zwykłym długoziarnistym ryżem lub zwykłym mieszanym z dzikim)
  • 1 łyżka ziaren sezamu

Składniki na sos:

  • 1 łyżka pasty miso
  • 2,5cm świeżego imbiru drobno posiekanego
  • 1 ząbek czosnku posiekany drobno lub przeciśnięty przez praskę
  • 1 łyżka tahini
  • 1 łyżeczka brązowego cukru
  • 2 łyżki octu ryżowego (zastąpiłam octem winnym)
  • 1 łyżka oleju sezamowego
  • 1 łyżka sosu sojowego

Ryż gotujemy w osolonej wodzie do miękkości. W miseczce mieszamy wszystkie składniki sosu i odstawiamy, aby się „przegryzł”.

Brokuła myjemy, dzielimy na różyczki, zieloną cebulkę siekamy, paprykę kroimy w cienkie paseczki. W woku rozgrzewamy oliwę z oliwek i wrzucamy brokuła. Solimy i smażymy na sporym ogniu, aż zrumieni się i będzie półmiękki, dorzucamy paprykę i połowę zielonej cebulki. Smażymy chwilę, a następnie dodajemy czosnek posiekamy w cienkie plasterki.

Usmażone warzywa mieszamy z ugotowanym ryżem, polewamy wcześniej przygotowanym sosem, posypujemy sezamem i resztą zielonej cebulki. Smacznego!🙂

stir fry orientalny

wspinaczka na ben macdui, czyli expect unexpected

Dziś zabieram Was na długą wyprawę. Polecam więc zabranie ze sobą kawy, herbaty, kanapek albo litra lodów🙂

Od naszych zeszłorocznych pieszych wypraw na Deeside i Buchan, kiedy tak na prawdę nie wiedzieliśmy dokładnie gdzie idziemy i co napotkamy, to pierwsza wyprawa, która tak mnie zaskoczyła wszystkim. Trudnością, pogodą, zwrotami akcji i niezwykłym klimatem, jaki tworzą szkockie góry (zwłaszcza w połączeniu, ze szkocką pogodą).

Zapraszam więc na Ben Macdui – drugi najwyższy szczyt Wielkiej Brytanii.

IMG_0006

Wszystkie nasze trasy wyszukuję na Walking Highlands, tak było i tym razem. Całkiem spontanicznie, bo tej trasy nie było wcześniej w naszych planach (chociaż nie mam pojęcia jak to się stało). Ben Macdui to drugi najwyższy szczyt w Wielkiej Brytanii – 1300m. Pomyślałam sobie: weszłam kiedyś na Pilsko (ponad 1500m), wejdę i tu. Całkiem odważnie wymyślam sobie czasem te nasze wycieczki, 25 km już mnie nie przeraża, ale nie biorę poprawki na to, że 25 km po płaskim, to jednak co innego niż 25 km w górach. Ostatnio znalazłam świetną trasę górskim szlakiem, 28,5 km – co to dla mnie! Dałam radę przejść 35 km przecież, to 28 km nie dam? Trasa szacowana na 8-10 godzin marszu. Uznałam, że to fantastyczny pomysł do zrealizowania od zaraz :)  Taka jestem szalona.

Po Ben Macdui myślę sobie: chyba jestem szalona!

Na Ben Macdui można wspiąć się na kilka sposobów, najkrótsza trasa wiedzie wzdłuż kolejki przy ośrodku narciarskim niedaleko Aviemore. Trasa którą wybraliśmy to jedynie 17,5 km, również startuje przy ośrodku narciarskim, ale prowadzi naokoło, przez ogromny płaskowyż.

Zatrzymujemy się na parkingu przy ośrodku narciarskim. Opłata parkingowa jest dobrowolna, jeśli chcesz możesz wrzucić do skrzyneczki 2 funty co niniejszym czynimy. Turystów tego dnia jest sporo, jednak chyba większość z nich wybiera wjazd kolejką.

Już w pierwszej chwili gubimy trasę, bo wszystkie kierunkowskazy prowadzą na szlak wzdłuż kolejki. Pierwsze kilkadziesiąt metrów pod górkę, a ja dostaję zadyszki i serce z piersi chce mi wyskoczyć. Musimy zrobić przystanek. Przy okazji sprawdzamy mapę i okazuje się, że nie jesteśmy na naszej ścieżce. Wracamy na dół i odnajdujemy nieco ukrytą boczną ścieżkę. Jesteśmy na naszej trasie – wirtualna mapa, która pobiera nasz sygnał gps uratuje nam życie jeszcze co najmniej kilka razy tego dnia.

2

Skoro jesteśmy na naszej trasie możemy już spokojnie delektować się wędrówką. Szlak prowadzi nas wąską ścieżką z przepięknymi widokami na okolicę i jezioro Avon.

image

3

Oczywiście pogoda zmienną jest i słońce, które mieliśmy w drodze do Aviemore, zaczyna znikać w chmurach. Nad małym wodospadem robimy szybki przystanek na kanapki – siła tego dnia będzie nam potrzebna. Przed nami widać już potężne chmurska i zaczyna siąpić drobniutki deszcz. Oczywiście wieje też bo to w końcu góry.

4

Elegancka komfortowa ścieżka nagle znika i wyznacznikiem naszej trasy jak nam się zdaje stają się kamienie, lekkie podejście pod górę, deszcz zacina cały czas z jednej strony. Na szczęście jest całkiem ciepło, więc smagające mnie po twarzy krople są nawet całkiem przyjemne i odświeżające.

Po paru minutach tak jak nagle deszcz się zaczął, tak nagle się skończył. Wieje niezmiennie. Ścieżka znów nabiera wyraźnego kształtu i pnie się co raz wyżej w górę. W oddali widzimy goniącą nas parę wędrowców, mają niezłe tempo. Podejście nie jest jakoś szczególnie strome, mimo wszystko co chwilę muszę przystawać, inaczej wyzionę ducha zanim jeszcze wejdziemy na szczyt. Przystanki i pogoda pozwalają mi porobić trochę zdjęć, bo widoki piękne. To podejście zajmuje nam sporo czasu, przez moje ciągłe zatrzymywanie się. Para wędrowców zbliża się w kosmicznym tempie, aż w końcu mija nas na ścieżce i jakby nigdy nic pakuje się na sam szczyt wzniesienia, po czym znika nam z widoku. Albo oni idą tak szybko, albo my tak wolno. Jeśli całą trasę będę przemierzać w tym tempie, do zmroku nie dojdziemy z powrotem do auta. Nie mam problemów z chodzeniem, ale podejścia pod górkę są dla mnie mordercze jeśli są długie. Potrzebuję choć kilkunastu metrów po płaskim, żeby odzyskać oddech i uspokoić serce.

5

6

7

8

9

W końcu docieramy na szczyt, oczywiście nie na Ben Macdui, tylko na szczyt pierwszego poważniejszego wzniesienia🙂 Przed nami rozpościera się ogromny płaskowyż. Wszystko dookoła pokryte chmurami, widoczność mocno ograniczona, ale i tak jest pięknie. Dookoła po prostu pustka. Nie ma drzew, krzaków, niczego. Trawa i kamienie. I przestrzeń. Niestety nie dałam rady na tym odcinku robić zdjęć, przez zacinający co chwilę deszcz. Z drugiej strony miło było po prostu iść nie skupiając się na kadrach i przysłonach.

Wyraźna ścieżka pnie się to do góry, to w dół. To lubię. Pod górę się męczę, ale potem zaraz mam możliwość uspokoić oddech idąc w dół. Piękne widoki, które zapewne roztaczają się w około zasłaniają nam gęste niskie chmury, przesuwające się z prędkością światła. Wiatr, deszcz, chmury i pustka (od dwóch kosmicznych wędrowców nie spotkaliśmy nikogo) tworzą nieco groźny, tajemniczy klimat. Wędrowanie w słońcu i przy błękitnym niebie byłoby pewnie dużo przyjemniejsze, ale o ile mniej ekscytujące. Po drodze mijamy kilka razy kopczyki usypane z kamieni. Moje skojarzenia zgodnie z panującym wokoło klimatem wędrują na jakąś pustynną tundrę, gdzie ciała zmarłych zasypuje się kamieniami, aby nie rozszarpały ich sępy…

Nagle ścieżka się urywa i przed nami wyrasta morze kamieni. Żadnej trawy, żadnej ziemi, po prostu kamień na kamieniu jak okiem sięgnąć. A ścieżka? Którędy teraz? Tu olśnienie. Kamienne kopce to wyznaczniki trasy. Tutaj wydają się być rozrzucone bez ładu i składu, ale wirtualna mapa twierdzi, że ścieżka tędy prowadzi. Przemierzamy więc kamienne morze wyglądając kopczyków, starając się iść w miarę w tempie i nie skręcić nogi. Widoków nie podziwiamy, bo trzeba patrzeć pod nogi (poza tym dookoła chmury), podziwiamy więc cierpliwość i samozaparcie kogoś, kto tę trasę przemierzał i układał kopce z kamieni.

Idziemy tak dobrych kilka minut, aż kamienie się kończą i znów można iść fragment płaską ścieżką. Przed nami pojawia się kolejne wzniesienie. Kupa kamieni i burobrązowy piach. Dookoła szaro i gęsto. No i wiatr niezmiennie. Kolejne wzniesienie trochę mnie przeraża, proponuję więc byśmy może zaczęli wracać i tak widoczność jest taka, że na szczycie nic a nic nie zobaczymy. Ledwo możemy się dopatrzyć usypanych z kamieni kopczyków. W piachu wypatruję śladów po kijkach kosmicznych wędrowców, którzy najwyraźniej na szczyt już zdążyli wejść i wrócić na dół. Ale zostały nam do szczytu jedynie 2 km decydujemy więc, że dojdziemy do końca. Wspięliśmy się na wzniesienie a przed nami znów jak okiem sięgnąć (znaczy się na parę metrów) płaskowyż – kamulce i piach. Nic więcej. No i kopczyki usypane co jakiś czas. Wieje straszliwie, co trochę zacina deszczem. Czuję się jak jakiś alpinista, kiepski, ale alpinista😉

Trasa wydaje się nigdy nie kończyć. Kolejne wzniesienie. Napotykamy usypane z kamieni „bazy” wysokości do pół uda. To na wypadek gdyby ktoś miał ochotę sobie tutaj zanocować? Od deszczu nie osłoni, ale przynajmniej wiatr nie zdmuchnie. Nagle widać na horyzoncie wystający punkt. Szczyt! Uff. Nareszcie. Zapewne w sprzyjających warunkach pogodowych rozpościera się stąd piękny widok na okoliczne góry. W tej chwili rozpościera się jedynie mgła i chmury. Widoki są mniej więcej takie:

12

13

14

11

10

Wiatr wieje już tutaj dość zimny więc gdy zatrzymujemy się na chwilę by pokontemplować od razu robi się zimno. Schodzimy na dół tą samą trasą. Na płaskowyżu deszcz znów zaczyna zacinać, widoczność żadna, aż tu nagle z mgły wynurza się postać. Patrzę kobieta. W stroju joggingowym. Sama. Wbiega! Na szczyt! Mija nas w ciszy i skupieniu i biegnie dalej. Myślę sobie – szalona jakaś. Samotnie tak wbiegać (ja idę ledwo) w taką pogodę? Zdziwienie nie opuszcza nas jeszcze przez dłuższą chwilę.

Znów przemierzamy morze kamieni, zgodnie z mapą gdzieś za nim, nasza ścieżka rozwidla się i mamy kierować się w prawo. Wracamy. Myślę sobie: teraz to już tylko z górki. Taaa…

15

Niebawem okazuje się, że nasza wyprawa tak prosto się nie kończy. Ona się dopiero zaczyna😉

IMG_0010

Bez problemu znajdujemy trasę powrotną, ścieżka wyraźnie się rozwidla i skręca w prawo. Ten szlak tworzy pętelkę, więc nie wracamy tą samą drogą. Nadal jesteśmy w samym środku chmur, które jakby jeszcze bardziej się zagęszczają. Gdzieś hen na horyzoncie widać jednak ładną pogodę i błękitne niebo.

16

17

Znów wędrujemy płaskowyżem. Gdzieniegdzie widać jeszcze resztki śniegu, podziwiamy niezwykłe formacje skalne, które wyłaniają się z mgły.

18

19

20

Na jednym z przeciwległych szczytów widać sterczące kamienne kopczyki. Ścieżka wije się wyraźnie, zdaje się, że tak już będziemy dalej schodzić. Nic bardziej mylnego.

IMG_0012

Ścieżka nagle się urywa, bo znów docieramy do kamienistego miejsca. Jest kopczyk, czyli jesteśmy na trasie, na wprost skarpa w dół kilkadziesiąt metrów, po prawej wielki kamienny nasyp. Kolejnych kopczyków ani widu ani słychu.

21

22

IMG_0016

W dół nie da rady pójść, tam nie ma ścieżki, poza tym jest zbyt stromo, za kamiennym nasypem wydaje się jakby już nic nie było, ale nie mamy innego wyjścia. Włazimy na górę. A tam jeszcze więcej kamieni. Nic więcej nie widać, bo jesteśmy w samym środku chmury. Po lewej najwyraźniej nic nie ma. Kamienie się kończą, przepaść kilkadziesiąt metrów w dół. Trochę się wystraszam, bo nie widać co przed nami, jak dalej wygląda szlak, czy w ogóle dalej jest szlak? A ja tak w ogóle to mam lęk wysokości…

23

Proszę Lubego, żeby sprawdził na magicznej mapie w telefonie, czy znajdujemy się choć w okolicy wyznaczonej ścieżki. Najwyraźniej szlak prowadzi wzdłuż tej fantastycznej przepaści – Szkoci  naprawdę mają fantazję. Nagle dostrzegam kamienny kopczyk. Wypatruję kolejnych, które dają mi nadzieję, że nie zgubiliśmy się w tym kamiennym oceanie. Idziemy powoli i zastanawiamy się jakie jeszcze niespodzianki ta trasa ma w zanadrzu. Chmura nieco się przerzedza, więc trochę lepiej widać co jest dookoła nas. Robi się troszkę mniej straszno.

24

25

26

Nagle z naprzeciwka nadchodzą dwie kobiety w pełnym górskim „umundurowaniu”, z plecakami, czyżby szły na szczyt o tej porze? Może zamierzają nocować w jednej z baz na szczycie? Pomysł choć wydaje mi się równie szalony, jak wbieganie samotnie na szczyt w joggingowym stroju, to z drugiej strony całkiem ciekawie byłoby nocować w takiej pustce…

IMG_0018

Idziemy dalej, a ja dalej naiwnie myślę, że teraz to już z górki🙂 Schodzimy do małej dolinki, ścieżka znów rozwidla się, znaków żadnych. Początkowo wybieramy trasę po lewej, ale Luby sprawdza mapę. Oczywiście idziemy źle. Bez tej mapy byśmy tutaj dzisiaj bankowo zginęli. Pogoda zaczyna wariować, wieje strasznie, niskie chmury przesuwają się w ekspresowym tempie, co chwile dając słońcu możliwość podświetlenia jakiegoś fragmentu krajobrazu.

I co? I nagle ścieżka się kończy. Mam wrażenie, że się powtarzam, ale ścieżka naprawdę znów się kończy. Co więcej nie kończy się tak bez sensu, kończy się, bo wyrasta przed nami góra, na którą najwyraźniej musimy się wspiąć. Kopczyków brak, więc tylko domniemywam. Nie wiem, czy proporcjonalnie do upływu kilometrów każde wzniesienie wydaje mi się coraz bardziej strome. Ale to jest bardzo strome. Mówię Lubemu, że nie dam rady wleźć na górę. Chociaż przecież wiem, że nie mam innego wyjścia…

Wspinam się w ślimaczym tempie, Luby koryguje kierunek spoglądając na wirtualną mapę, ja wypatruję w ziemi między kamieniami śladów po kijkach – kosmiczni wędrowcy oczywiście już dawno tędy szli. Za naszymi plecami rozgrywa się niezwykły spektakl chmur i słońca, które rozświetla blaskiem co chwilę to inny fragment krajobrazu. Wyjęłabym aparat, ale wiatr wieje tak mocno, że chwilami wpół zgięta muszę przytrzymywać się kamieni, żeby mnie nie zdmuchnął. Poza tym już ledwo zipię, a i nogi przy wspinaczce czuję że mam. Mimo wszystko, albo właśnie dlatego, dookoła jest tak pięknie.

Wreszcie docieramy na szczyt. Znów jesteśmy w samym środku chmury, ale daleko wszędzie nadal odbywa się spektakl chmur i słońca.

30

Docieramy do stacji meteorologicznej. Wieje straszliwie.

28

27

Mapa mówi, żeby kierować się w lewo, więc idziemy w lewo. I nagle bardzo tym razem wyraźne oznaczenie trasy. Jak tak, to nie było ani jednego kopczyka. Teraz cały zestaw ustawiony równo jak od linijki🙂

29

Teraz wygląda na to, że już tylko z górki🙂 Wchodzimy na ścieżkę ułożoną z kamieni i ograniczoną po bokach taśmami. Jest dość stromo, więc idziemy ostrożnie. Mamy za to widok na całą dolinę, w miarę jak schodzimy pogoda robi się coraz ładniejsza. Przed nami schronisko, a daleko przed nami jezioro Avon.

31

32

33

34

38

37

36

333

35

Za schroniskiem ścieżka dalej prowadzi w dół i wygląda na to, że już tylko w dół🙂 Słońce zaczyna przygrzewać, a wiatr ustaje. Robi się piękna, ciepła, słoneczna pogoda. Zdaje się, że schodzimy całą wieczność. Godzinę, dwie? Moje kolana próbują mi powiedzieć, że już dość tego schodzenia, Luby też już idzie ostatkiem sił. A tu ciągle w dół i w dół. Już widzimy parking przy ośrodku narciarskim. Ścieżka nie idzie prosto, tylko wije się zakrętami. Oj dobrze, że tędy nie wchodziliśmy…

39

40

41

42

W końcu parking, jak miło postawić stopy na płaskiej betonowej powierzchni. Jeszcze raz podziwiamy widok na góry teraz pełne słońca i przypominamy sobie, jak kilka godzin temu wyruszaliśmy tą trasą. Myślę głośno, że poszłabym z chęcią jeszcze raz tym szlakiem. Na co Luby stwierdza, że on też, tylko najpierw musimy trochę poczekać aż zapomni jak było ciężko🙂

Z tej perspektywy 28,5 km górskim szlakiem wydaje mi się na serio szalone. Ale gdyby tak mieć namiot, tak na wszelki wypadek… w sumie można by po drodze zanocować…🙂

PS Zdecydowanie polecam Wam korzystanie z map w formie plików gpx. Jeszcze ani raz nas nie zawiodły, a w przypadku tej wycieczki kilkakrotnie pomogły nam się nie zgubić. Taka mapa nie nawiguje, ale pozwala zorientować się, czy znajdujemy się na trasie, czy poza, w którym kierunku idziemy i ile jeszcze kilometrów nam pozostało. Nie potrzebuje dostępu do internetu bo pobiera nasz sygnał GPS. Internet potrzebny jest tylko po to, aby mapę pobrać. Potem otwieramy ją w aplikacji, która obsługuje pliki gpx (w naszym przypadku Footpath) i gotowe. Jeśli chodzi o szlaki w Polsce, takie mapy można pobrać z http://www.trail.pl

daktylowy koktajl z kakao i lodami czekoladowymi

Powiedzmy, że jest to zdrowy deser. Pominąwszy lody czekoladowe, których tak na prawdę nie musimy wykorzystać i możemy zastąpić kilkoma kostkami lodu, mamy tu same dobre składniki.

Suszone daktyle bogate w błonnik, witaminy i przeciwutleniacze. Banan pełen potasu i wszystkich podstawowych witamin. A na koniec bogate w magnez kakao. Cała słodycz pochodzi z owoców, więc koktajl sam w sobie jest słodki. Po dodaniu lodów to już na prawdę słodycz nieziemska.

Coś dla fanów zdrowych słodyczy, albo dla spragnionych słodkości dzieciaków🙂

daktylowy koktajl

 

Składniki na dużą szklankę:

  • spora garść suszonych daktyli
  • 1 banan
  • 200 ml mleka (użyłam mleka sojowego waniliowego)
  • 2 łyżeczki prawdziwego kakao
  • duża łyżka lodów czekoladowych (opcjonalnie)

Do wysokiego pojemnika wrzucamy pokrojonego w plastry banana, daktyle, kakao i zalewamy wszystko mlekiem. Miksujemy przy pomocy blendera do uzyskania możliwie jak najgładszej masy.

Przelewamy do szklanki, na wierzchu kładziemy kulkę lodów czekoladowych. Gotowe! Smacznego🙂

koktajl z daktyli