wiosenna owsianka z owocami

Nigdy nie przepadałam szczególnie za owsianką, ani na mleku, ani na wodzie – obie były mdlące i bez smaku. Ostatnio bardzo się to zmieniło, od kiedy odkryłam połączenie płatków owsianych i owoców. Zwłaszcza połączenia tych słodkich jak banany i maliny i kwaskowatych – jeżyn, wiśni i porzeczek. Owoce zmieniają nudną owsiankę w pyszne, kolorowe śniadanie, które aż chce się jeść. Zwłaszcza w taki słoneczny poranek.

Jeśli więc wraz z wiosną chcecie nieco zmienić dietę i rozpocząć dzień zdrowym śniadaniem, polecam przetestowanie takiej właśnie owocowej owsianki. Możecie posypać ją dodatkowo ziarnami lnu – będzie jeszcze zdrowsza 🙂

Składniki:

  • ¾ szklanki płatków owsianych
  • 2 łyżeczki miodu
  • 1 mały banan
  • garść mrożonych owoców (maliny, jeżyny, truskawki, porzeczki czerwone i czarne, wiśnie)
  • szczypta soli

Płatki owsiane zalewamy wodą tak, aby były zakryte, ale niezbyt dużo by zdołały wchłonąć cały płyn. Dodajemy szczyptę soli, mieszamy i gotujemy 2-3 minuty.

Jeśli lubicie owsiankę na ciepło, dodajcie owoce już na samym początku, rozmrożą się i zagrzeją. Jeśli wolicie na zimno, mrożone owoce można dodać pod koniec gotowania.

Ugotowaną owsiankę przekładamy do miseczki, dodajemy pokrojonego w plasterki banana i dosładzamy miodem. Gotowe!

wiosenna sałatka z sosem z ziarnami lnu

Wiem że jeszcze ciągle jest luty, ale są takie dni, kiedy szkocka aura za oknem próbuje mnie przekonać, że wiosna już blisko (oby!). Ptaki śpiewają jak szalone, słońce przygrzewa, choć kiedy wiatr zawieje miło naciągnąć czapkę na uszy. Ostatnie trzy miesiące pełne były przeróżnej maści obowiązków i gotowanie dla przyjemności odeszło na daleki plan. Mnóstwo spraw związanych z przeprowadzką i moszczeniem się na nowym miejscu.

Teraz na powrót oswajam się z aparatem, światłem i możliwościami jakie daje mi duży stół, który z premedytacją postawiłam pod oknem. Potraktujmy dzisiejszy przepis jako wprawkę.

Sałatkę tak na prawdę możecie przygotować ze swoich ulubionych warzyw, bo całą dobroć kryje się w sosie. Bazą jest oliwa z oliwek extra-virgin, ciemnozielona i gorzkawa w smaku, ale bogata w kwasy omega 6 i 9 oraz witaminy E i K. Złagodzimy jej smak łyżeczką miodu i odrobiną letniej wody. Do tego trochę różowej soli himalajskiej, która w przeciwieństwie do zwykłej soli kuchennej, stanowi podobno bogactwo składników mineralnych. Podobno, bo jak zawsze teorii jest wiele. Jedna z nich głosi, że sól himalajska nosi w sobie całą tablicę Mendelejewa łącznie z uranem, plutonem i neptunem i bardziej nadaje się do budowy bomby atomowej niż przyprawiania sałatki. U mnie sól himalajska znalazła się z czystej ciekawości, ma nieco inny słony smak niż zwykła sól i myślę, że do sałatki nadaje się w sam raz 😉 Do tego len który jest dobry, dla skóry, włosów i żołądka (podobno;)) i orzechy które są smaczne i zdrowe zawsze i wszędzie. Gotowy sos jest pyszny i w zasadzie kusiło mnie, żeby zjeść go samego bez sałatki 🙂

salatka-z-ziarnami-lnu

Składniki:

  • miks różnych sałat – u mnie czerwona cykoria, roszponka i jakaś strzępiasta sałata
  • 1 czerwona podłużna papryka
  • pół dużego zielonego ogórka
  • kawałek łagodnego sera cheddar
  • garść kaparów z zalewy
  • pół czerwonej cebuli
  • kilka łyżek oliwy z oliwek extra-virgin
  • kilka łyżek wody
  • szczypta pieprzu cytrynowego
  • szczypta różowej soli himalajskiej
  • 1 łyżeczka miodu
  • 2 łyżeczki nasion lnu
  • kilka kropel soku z cytryny
  • ½ łyżeczki suszonej natki pietruszki
  • garść różnych orzechów (u mnie mix orzechów z Lidla)

Przygotowujemy sos. Oliwę mieszamy ze wszystkimi przyprawami i odrobiną letniej wody. Mieszamy dokładnie, aby miód dobrze się rozpuścił. Dodajemy len i odstawiamy na chwilę. W tym czasie przygotowujemy warzywa na sałatkę.

Sałatę płuczemy, strzępimy i przekładamy do dużej miski lub garnka. Paprykę i ogórka kroimy w kostkę. Żółty ser również kroimy w niedużą kostkę. Czerwoną cebulę siekamy dość drobno. Kapary odcedzamy z zalewy i dorzucamy do sałaty.Wszystko razem mieszamy. Polewamy przygotowanym sosem i posypujemy garścią orzechów.

Podajemy ze świeżym pieczywem. Smacznego!

salatka-z-siemienim-lnianym

 

ho! ho! ho! Edinburgh

Zdecydowanie ani ja ani Luby nie jesteśmy wielkomiejscy. Dlatego jako punkt docelowy naszych wycieczek zwykle wybieramy raczej jakieś miłe zadupie, aniżeli ruchliwe i głośne miasto. Tym razem jednak Luby, w ramach nieco spóźnionego mikołajkowego prezentu, postanowił zafundować nam bilety autobusowe do Edynburga. Po pierwsze, tak na prawdę w Edynburgu byliśmy tylko raz, a właściwie pół raza, bo naszą krótką eskapadę w środku nocy w drodze z lotniska, w dniu w którym po raz pierwszy nasze stopy stanęły na szkockiej ziemi, pełną wizytą nazwać nie można. A po drugie, chcieliśmy zobaczyć jak prezentuje się świąteczny Edynburg i może nieco tej świątecznej atmosfery złapać. Szybko jednak okazało się, że ani ja ani Luby nie jesteśmy wielkomiejscy 🙂

Pogoda zdała się nie potraktować nas poważnie i na dzień dobry zaserwowała nam deszcz, po czym jednak stwierdziła chyba, że zasłużyliśmy sobie na miły dzień i słońce towarzyszyło nam już do końca jakże krótkiego grudniowego dnia. BTW zimowe dni w Szkocji są depresyjnie krótkie, o 8 rano nadal zalega ciemność jak w środku nocy, a przed 16 dzień kładzie się spać. Nawet w najgorsze, paskudnie zimowe dni w Polsce nie miałam takich problemów z porannym wstawaniem jak tutaj.

Nie mamy wielkiego planu na zwiedzanie, tak na prawdę nie mamy żadnego planu na zwiedzanie Edynburga. Koncepcja zakłada jedynie wizytę w świątecznej wiosce i na wzgórzu, na którym byliśmy blisko dwa lata temu w drodze z lotniska. Poza tym mamy kilka godzin na szwendanie się gdzie nas nogi poniosą.

Pierwsze miejsce gdzie z reguły współczesny człowiek ląduje po wyjściu z dworca autobusowego/stacji kolejowej? Centrum handlowe. Wprawdzie edynburski dworzec autobusowy nie znajduje się w samym środku centrum handlowego, jak to zwykle bywa, ale jakimś dziwnym zrządzeniem losu w pierwszych krokach właśnie na centrum handlowe trafiamy. A przed centrum dwie ogromne żyrafy, wykonane ze złomu.

giraffes

zyrafa-edynburg

Idziemy coś zjeść, żeby mieć siłę i nie zwiedzać z burczącym brzuchem i zaczynamy spacer.

Idziemy zatem bez ładu i składu, za tłumem, w kierunku słońca, jak kto woli i kawałek dalej natrafiamy na uliczkę, gdzie kręcona była scena z filmu Trainspotting (pamiętacie moment, w którym główny bohater podczas ucieczki wpada pod auto?) Robiąc to zdjęcie nawet nie zdawałam sobie sprawy z tego, że to właśnie TO miejsce. Dopiero kilka dni temu, oglądając ponownie film, zauważyłam, że przypadkowo sfotografowałam właśnie to miejsce.

edynburg-trainspotting

Kierujemy się w stronę ścisłego centrum, nie trudno to zauważyć, gdyż stoimy ściśnięci w gąszczu pieszych czekających na zielone światło. Przed nami nietrudna do zauważenia świąteczna wioska, a w zasadzie świąteczne miasteczko powinnam powiedzieć. Wydaje się całkiem sporych rozmiarów w porównaniu do naszej aberdińskiej wioski 🙂 Świąteczny nastrój mijamy jednak bokiem, wrócimy tutaj o zmierzchu. Tymczasem robimy odwrót w boczną uliczkę uciekając od tłoku, hałasu i sznurów aut.

edinburg2

edynburg4

edynburg3

edynburg

edynburg29

edynburg6

edynburg5

edynburg14 edynburg13 edynburg12

edynburg-swieta

edynburg11 edynburg10 edynburg9 edynburg8 edynburg7

Lubimy boczne uliczki. Cisza, spokój, nawet słychać jak śpiewają ptaki (zdecydowany plus Szkocji – w zimie śpiewają ptaki. Zauważyłam to ostatnio kilka razy wychodząc do pracy w całkiem ładną pogodę, słońce świeci, ptaki śpiewają – prawie jak wiosna. Od razu się człowiekowi humor poprawia).

edynburg15

edynburg16

Robimy bardzo miłe kółeczko i w sam raz na zachód słońca lądujemy w centrum. Na tym samym skrzyżowaniu.

edynburg17

edynburg19

edynburg18

Najwyższa pora by odwiedzić świąteczne miasteczko. Robi wrażenie. Swoją wielkością i ogromem przygotowań i nakładu pracy jaki zapewne włożono w jego stworzenie. Nie jestem fanką tego rodzaju rozrywek, tłum, hałas i przepychanie się między świątecznymi straganami nie należą do moich ulubionych. Ale wrażenia nie można świątecznemu miasteczku odmówić. Zapewne gdybym miała więcej cierpliwości do siebie, statywu i tłumu mogłabym zaprezentować Wam zapychające dech w piersiach fotografie 😉 Ale ponieważ nie mam żadnej z tych trzech rzeczy, prezentuję Wam niezbyt profesjonalne, za to mam nadzieję oddające atmosferę fotki jakie udało mi się pstryknąć.

edynburg20

edynburg21

edynburg24

edynburg28

edynburg27

edynburg25

Bardziej od świątecznej wioski robią na mnie wrażenie rozświetlone dziesiątkami świateł budynki. To spektakl piękniejszy niż wszystkie świąteczne dekoracje 🙂

edynburg22

edynburg26

edynburg23

Tłum znów szybko nas męczy, więc po raz kolejny uciekamy z centrum. Pisałam na początku, że jednym z naszych celów było wzgórze, na którym byliśmy podczas naszej nocnej wizyty w dniu naszego przylotu. Ani ja ani Luby nie sprawdziliśmy jednak gdzie wzgórze się znajduje i jak na nie trafić. Wzgórze, to wzgórze stały na nim dość charakterystyczne ruiny, więc jakoś trafimy 🙂 Szybkie spojrzenie na mapę w telefonie – jakieś wzgórze jest, więc zmierzamy w jego kierunku. Lądujemy w końcu pod budynkiem parlamentu i gdzieś w zakamarkach pamięci, wykopujemy widok, w którym ze wzgórza właśnie widać parlament. Znaczy się jesteśmy na dobrej drodze. Jest już kompletnie ciemno, więc trudno nam ocenić odległość, wysokość itp. Nagle na horyzoncie pojawia się wielka czarna plama, która w pierwszym odruchu wydaje się nam wielką czarną chmurą. A okazuje się być wielkim czarnym wzgórzem. Całkiem dużym jak na wzgórze.

Kiedy znajdujemy się już nieco bliżej, a właściwie całkiem blisko, okazuje się, że to wzgórze to całkiem spora góra, a żadne z nas nie przypomina sobie abyśmy, aż tak się wspinali. Przychodzi nam do głowy, że być może po prostu doszliśmy ze złej strony. Dookoła wzgórza wiedzie chodnik, stwierdzamy więc, że kawałek przejdziemy i zobaczymy może wejście jest z drugiej strony. Ciemno jak wiecie gdzie, nie ma latarni, dobrze, że mamy latarkę. Przechodzimy spory kawałek i dochodzimy do miejsca gdzie droga wjeżdża na wzgórze. Ale po ruinach ani widu ani słychu, na dodatek centrum miasta oddaliło się od nas całkiem sporo (z oddali widać świąteczne młyńskie koło), a pamiętamy dobrze, że na wzgórze właśnie z miasta się wchodziło. Czyli zgubiliśmy się 🙂

Robimy odwrót i idziemy z powrotem, mijamy punkt w którym wystartowaliśmy i idziemy kawałek w przeciwnym kierunku, może z drugiej strony pojawią się ruiny. Docieramy na parking, jest nawet mapa. Faktycznie stoimy na jakimś wzgórzu, ale kompletnie nie przypomina ono tego na którym byliśmy. Szkoda że jest już tak ciemno, bo to też wydaje się całkiem przyjemne. Rozglądamy się dookoła i nagle, po zupełnie przeciwnej stronie świata dostrzegam zarys ruin, których szukamy od dwóch godzin. Czy nie wydaje Wam się to zdarzenie jakąś życiową metaforą? Dwie godziny wędrujesz na wzgórze, po czym okazuje się, że to nie to którego szukasz, jak już sobie myślisz że zmarnowałaś dwie godziny czasu, nagle doznajesz olśnienia, że to którego szukasz jest po przeciwnej stronie miasta? Eureka!

Bierzemy azymut na ruiny i jak po sznurku trafiamy wprost pod wejście na to właściwe wzgórze, które faktycznie jest wzgórzem i prowadzą na nie schodki wprost ze środka miasta. Ha! jest i widok na budynek parlamentu, a z drugiej jego strony nasze „wzgórze” z którego właśnie wróciliśmy. Paskudne zdjęcie prezentuję poglądowo, żebyście mogli mieć odniesienie do tego „wzniesienia”, na które mieliśmy zamiar się wspiąć 😉

edynburg30

Tutaj też zakończyliśmy naszą wycieczkę. Dotarcie do dworca autobusowego zajęło nam jakieś trzydzieści minut, łącznie z zakupem pączków i czekoladowych ciastek na drogę 🙂

Zgodnie z tym, co obliczył nam Sports Tracker, zeszło nam się po Edynburgu ładnych 25 kilometrów.

Wniosek?

Czasem człowiek musi się zgubić, żeby się dowiedzieć czego szuka i gdzie to znaleźć 😉

Odkrywczych podróży Wam życzę w Nowym Roku!

edynburg31

Świnki w kocykach, czyli co Szkoci jedzą w święta

W zeszłym roku w świątecznym wpisie na temat Szkocji opisywałam Wam w jaki sposób Szkoci spędzają Święta Bożego Narodzenia. W tym roku chciałabym bliżej opowiedzieć Wam o potrawach, które goszczą na szkockim świątecznym stole. Tak jak już wspominałam, Szkoci nie obchodzą Wigilii w taki sposób jak my. Nie mają wigilijnej kolacji, a cały ciężar świątecznego jedzenia, ląduje na stole w Boże Narodzenie.  Choć w zasadzie już cały grudzień obfituje w świąteczne smakołyki, które spożywane są podczas przyjęć w restauracjach organizowanych przez pracowników firm, znajomych i rodzinę. Szkoci zdecydowanie lubią świętować i robią to jak tylko nadarzy się okazja 😉

christmas-toast

Boże Narodzenie to dzień dla rodziny. Wszyscy spotykają przy stole, w wielu przypadkach wystrojeni w kolorowe świąteczne swetry lub mikołajowe czapki. Uczta rozpoczyna się od „przełamania się” christmas cracker. Jest to papierowa tuba w kształcie wielkiego cukierka, zapakowana w kolorowy papier. Jeśli pociągnie się jednocześnie za oba końce cracker pęka z całkiem głośnym trzaskiem. W środku znajduje się zwykle mały upominek, karteczka z żartem i papierowa korona, którą uczestnicy zakładają na głowę i nie zdejmują do końca kolacji, a czasem nawet wychodzą w niej z domu 🙂 Tradycja christmas crackers sięga XIX wieku, kiedy to londyński cukiernik wpadł na pomysł, aby jego cukierki otwierały się z trzaskiem po pociągnięciu za oba końce. Wpadł na ten pomysł siedząc przy kominku i obserwując płonące z trzaskiem drewno. Wkrótce cukierki zastąpiły inne drobne upominki, pojawiły się zabawne limeryki lub żarty (często dość glupkowate, np. Kto mówi oh!oh!oh!? Święty Mikołaj chodzący do tyłu. Albo: gdzie Mikołaj najbardziej lubi dostarczać prezenty? Do Idaho-ho-ho.) Po dodaniu papierowej korony na przełomie XIX i XX wieku stały się już nieodzownym elementem Świąt.

pullingacracker

Współcześnie christmas crackers można kupić w każdym sklepie, ich cena oscyluje od kilku funtów nawet do stu w zależności od zawartości crackera, w którym może znaleźć się dosłownie wszystko.

Kiedy już tradycji stanie się zadość, można rozpocząć biesiadowanie. Ucztowanie zaczyna się od zupy – najczęściej jest to cock-a-leekie, której historia sięga XVI wieku. Zupa gotowana jest na kurczaku, z porami, śliwkami, czasem też bekonem lub ryżem i marchewką, przyprawiona laurowym liściem, tymiankiem i pietruszką. Czasem na stole ląduje zupa krem z marchwi ze sporą ilością posiekanej świeżej kolendry. Bardzo rozgrzewająca i aromatyczna.

cock-a-leekie

carrotandcoriandersoupDanie główne to pieczony indyk. Nadziewany kasztanami lub mięsem z wieprzowych kiełbasek lub mieloną wieprzowiną, lub typowo szkocki – z nadzieniem z płatków owsianych. Indyk podawany jest z ciemnym sosem przygotowanym na bazie tego, co z pieczonego indyka się wytopiło, zagęszczonym mąką i przyprawionym odrobiną wina (tutaj opcji jest wiele – czerwone wino, porto, sherry…).

the_perfect_roast_turkey_01155_16x9

Tutaj w Aberdeen nazywają nadzienie do indyka skierlie i w okresie świątecznym podają ze wszystkim. Nadziewają nim indyka, podają z ziemniakami i mięsem polane sosem. Kiedy pierwszy raz zobaczyłam skierlie pomyślałam, że to bułka tarta, bo z wyglądu bardzo ją przypomina. W smaku – to już zupełnie inna historia. Oczywiście każdy ma swój sposób na przygotowanie skirlie i każdy uważa, że jego jest najlepszy 🙂 Stąd przepisów na przygotowanie skirlie jest mnóstwo. Głównym składnikiem są oczywiście drobno zmielone płatki owsiane, które w zależności od przepisu smaży się na maśle lub tłuszczu zwierzęcym, z dodatkiem przysmażonej cebulki lub drobno pokrojonego boczku, doprawione solą i pieprzem. Nazwa skirlie pochodzi od słowa „skirl” syczącego, piskliwego dźwięku, który wydają płatki smażone na tłuszczu. Dźwięk ten porównywany jest do odgłosu dud.

skirlie

Zamiast indyka lub dodatkowo podawana jest czasem pieczona wieprzowina w sosie z jabłek i cydru. Wieprzowina jak wieprzowina, ale jabłkowo-cydrowy sos jest przepyszny, zwłaszcza jeśli odrobinę się skarmelizuje.

Bardzo popularny jest również sos chlebowy (bread sauce) przygotowany z bułki tartej, cebuli, czosnku, z dodatkiem ziaren pieprzu, liści laurowych i zwieńczony słodką tłustą śmietanką.

bread-sauce

Całemu temu mięsku towarzyszy armia warzyw gotowanych lub pieczonych. Mamy pieczone ziemniaczki posypane grubą morską solą (pycha!), do tego marchewki, brukselka, korzeń pietruszki, gotowany groszek. Wszystko to podawane bez jakiegoś szalonego przyprawiania, tak by można dowolnie maczać sobie w sosie, wymieszać ze skirlie lub co tam kto lubi 🙂

roasted-veggies

Oczywiście świąteczny obiad nie może obejść się bez sosu żurawinowego, podawanego w formie dżemu z całymi owocami lub galaretki. Żurawina jest przepyszna i smakuje wybornie ze wszystkim – mięsem, warzywami i pieczonymi ziemniakami.

Stół mamy już suto zastawiony, ale to jeszcze nie wszystko. Gdyby komuś mało było mięska to na stole lądują pigs in blankets, czyli świnki w kocykach. Są to malutkie pieczone wieprzowe kiełbaski (wielkości kciuka) owinięte w plasterek bekonu.

sausages-in-bacon

Jest też coś dla fanów ryb. Niestety mój ulubiony karp nie jest świątecznym szkockim przysmakiem, za to jeśli jesteście fanami łososia, jest i coś dla Was. Łosoś pieczony podawany jest w różnych odsłonach, na przykład w kremowym limonkowym sosie posypany obficie koperkiem.

wild-alaska-salmon-celebration-roast_a0

Jeśli zostało Wam jeszcze „odrobinę” miejsca w żołądku, to zabieramy się za desery. Podstawą w całej Wielkiej Brytanii jest świąteczny pudding. Pudding tak jak inny świąteczny deser – mince pies, w swej pierwotnej wersji wcale nie był deserem. Wywodzi się od XV-wiecznej potrawy zwanej plum pottage. Gotowano pokrojone na kawałki mięso wołowe lub baranie, z dodatkiem warzyw i suszonych owoców do postaci bardzo gęstej zupy. Z czasem zaczęto przed gotowaniem zawijać potrawę w specjalną chustę i dopiero gotować. Dzięki temu całość nabierała konsystencji puddingu o kulistym kształcie. Z czasem mięso i warzywa zniknęły z przepisu i została bakaliowa masa, do której zaczęto dodawać korzenne przyprawy, jabłka lub marchewkę, mąkę i jaja oraz alkohol 🙂 Jak w wielu innych przypadkach nie istnieje jeden przepis na świąteczny pudding, każdy ma swój 🙂

Oczywiście byłoby nieważne, gdyby Szkocja nie miała swojej wersji puddingu 😉 Szkocki pudding praktycznie nie różni się od przepisu z 1747 roku zamieszczonego przez Hannah Glasse w „The Art of Cookery made Plain and Easy”. Nosi nazwę „clootie dumpling”. Clootie to szkockie słowo oznaczające „cloth”-ścierkę, a „dumpling” to kluska. Pudding nie zawiera alkoholu. Przygotowany jest z wołowego łoju, mąki, rodzynek, jabłek, korzennych przypraw, melasy, jajek, gotowany oczywiście w specjalnej ściereczce. Pudding jest wilgotny, mięciutki, napakowany bakaliami i jak wszystkie wyspowe desery jest przesłodki. Gdyby samego puddingu było Wam mało, możecie podać go z masłem aromatyzowanym brandy (tak właśnie!), sosem rumowym, custardem (czyli czymś na kształt waniliowego sosu budyniowego) lub śmietanką. W okresie przedświątecznym w sklepach pojawiają się przedziwne składniki jak właśnie masło o smaku brandy, gęsta śmietanka o smaku likieru Bailey’s, brandy lub amaretto. Podawane jako dodatek do puddingów i zapewne wszystkich pozostałych słodkości.

Idziemy dalej, bo pudding to nie jedyny świąteczny deser. Kolejny, charakterystyczny dla Szkocji, to crannachan. Przygotowany z uprażonych płatków owsianych, puszystej tłustej bitej śmietany, sporej porcji whisky, miodu i malin.

cranachan

Jest jeszcze Dundee Cake, czyli ciasto pochodzące ze szkockiego miasta Dundee, przypominające nieco nasz keks. W cieście znajdziemy bakalie (koniecznie migdały), skórkę pomarańczową i… whisky 😉

mary-berrys-victorian-christmas-cake

Obowiązkowo inne słodkości zajadane nie tylko na święta, ale w święta szczególnie: mince pies, shortbread, czyli pyszne kruche ciastka w kształcie prostokątów, tablet, czyli coś na kształt karmelków, przygotowanych ze skondensowanego mleka, cukru i masła. Oczywiście do tego orzechy, czekoladki i inne łakocie. Jeśli jeszcze coś Wam się zmieści 😉

mince-pies

Na koniec alkohol – tutaj dowolność, każdy pije to co lubi, czyli szkocką whisky 😉

Uff, nie wiem jak Wy, ale ja zrobiłam się głodna 🙂

A czy Wam coś ze szkockich świątecznych przysmaków przypadło do gustu? Mielibyście ochotę wypróbować któryś z pomysłów? A może mieliście już okazję któregoś z nich spróbować?

merrychristmascard2012

 

PS Wszystkie zdjęcia zamieszczone w tym wpisie zostały wyszukane w sieci.

święta na ostatnią chwilę – zbiór przepisów

Jeśli tak jak ja, z planowaniem świąt jesteście daleko w czarnym lesie lub wybieracie się do kogoś ze świąteczną wizytą i nie chcecie przyjść z pustymi rękami, polecam wypróbowanie któregoś ze świątecznych przepisów. Jedne są bardzo proste i szybkie inne wymagają nieco więcej pracy, wszystkie są sprawdzone przeze mnie 🙂

Zamieszczam przepisy na potrawy świąteczne oraz takie, które w okresie świątecznym i noworocznym mogą Wam posłużyć. Tematem przewodnim są pomarańcze, orzechy, cynamon, znajdziecie też kilka pomysłów na świąteczne mięsko i rybę. Po kliknięciu na zdjęciu z interesującą Was potrawą otworzy się nowa karta z przepisem. Enjoy! 🙂

PS A po Świętach, jak zawsze, zapraszam na lekturę przepisów na potrawy, które w tym roku zagoszczą na naszym Świątecznym stole.

Słodkości…

sernikupside down cakeświąteczne ciastosernik czekoladowy z piankami jojociasto jogurtowe z suszonymi porzeczkamimincemeat pies

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

rolada bezowa z owocami lesnymi

 

mincemeat puddingmarmalade pudding cake

 

 

 

 

cherry cake

ciasto z miodem i orzechamisernik kremowypuszysty sernik

 

 

 

 

 

sernik z nutellądeser na zimno

 

 

 

 

 

zimowa tarta czekoladowamakaron nitkikarnawalowe roze z jablek

 

 

 

 

 

łazankichrust

 

 

 

 

 

 

 

 

mlekokawa kogiel-mogielkawa gotowana z kardamonem

kawa z kakao i pistacjamimint chocolate

 

 

 

 

 

 

… i cała reszta

zupa wigilijnawywar z burakówswiateczna pieczona szynkapolędwiczki z grzybami i boczkiemśledź w śmietaniewedzony lupacz w sosie pietruszkowymswiateczne krokiety z kapusta i grzybamiorange saladchicken baked with garlicwigilijne śledziedorada z grilla

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

marchew

WESOŁEGO ŚWIĘTOWANIA! 🙂