ho! ho! ho! Edinburgh

Zdecydowanie ani ja ani Luby nie jesteśmy wielkomiejscy. Dlatego jako punkt docelowy naszych wycieczek zwykle wybieramy raczej jakieś miłe zadupie, aniżeli ruchliwe i głośne miasto. Tym razem jednak Luby, w ramach nieco spóźnionego mikołajkowego prezentu, postanowił zafundować nam bilety autobusowe do Edynburga. Po pierwsze, tak na prawdę w Edynburgu byliśmy tylko raz, a właściwie pół raza, bo naszą krótką eskapadę w środku nocy w drodze z lotniska, w dniu w którym po raz pierwszy nasze stopy stanęły na szkockiej ziemi, pełną wizytą nazwać nie można. A po drugie, chcieliśmy zobaczyć jak prezentuje się świąteczny Edynburg i może nieco tej świątecznej atmosfery złapać. Szybko jednak okazało się, że ani ja ani Luby nie jesteśmy wielkomiejscy 🙂

Pogoda zdała się nie potraktować nas poważnie i na dzień dobry zaserwowała nam deszcz, po czym jednak stwierdziła chyba, że zasłużyliśmy sobie na miły dzień i słońce towarzyszyło nam już do końca jakże krótkiego grudniowego dnia. BTW zimowe dni w Szkocji są depresyjnie krótkie, o 8 rano nadal zalega ciemność jak w środku nocy, a przed 16 dzień kładzie się spać. Nawet w najgorsze, paskudnie zimowe dni w Polsce nie miałam takich problemów z porannym wstawaniem jak tutaj.

Nie mamy wielkiego planu na zwiedzanie, tak na prawdę nie mamy żadnego planu na zwiedzanie Edynburga. Koncepcja zakłada jedynie wizytę w świątecznej wiosce i na wzgórzu, na którym byliśmy blisko dwa lata temu w drodze z lotniska. Poza tym mamy kilka godzin na szwendanie się gdzie nas nogi poniosą.

Pierwsze miejsce gdzie z reguły współczesny człowiek ląduje po wyjściu z dworca autobusowego/stacji kolejowej? Centrum handlowe. Wprawdzie edynburski dworzec autobusowy nie znajduje się w samym środku centrum handlowego, jak to zwykle bywa, ale jakimś dziwnym zrządzeniem losu w pierwszych krokach właśnie na centrum handlowe trafiamy. A przed centrum dwie ogromne żyrafy, wykonane ze złomu.

giraffes

zyrafa-edynburg

Idziemy coś zjeść, żeby mieć siłę i nie zwiedzać z burczącym brzuchem i zaczynamy spacer.

Idziemy zatem bez ładu i składu, za tłumem, w kierunku słońca, jak kto woli i kawałek dalej natrafiamy na uliczkę, gdzie kręcona była scena z filmu Trainspotting (pamiętacie moment, w którym główny bohater podczas ucieczki wpada pod auto?) Robiąc to zdjęcie nawet nie zdawałam sobie sprawy z tego, że to właśnie TO miejsce. Dopiero kilka dni temu, oglądając ponownie film, zauważyłam, że przypadkowo sfotografowałam właśnie to miejsce.

edynburg-trainspotting

Kierujemy się w stronę ścisłego centrum, nie trudno to zauważyć, gdyż stoimy ściśnięci w gąszczu pieszych czekających na zielone światło. Przed nami nietrudna do zauważenia świąteczna wioska, a w zasadzie świąteczne miasteczko powinnam powiedzieć. Wydaje się całkiem sporych rozmiarów w porównaniu do naszej aberdińskiej wioski 🙂 Świąteczny nastrój mijamy jednak bokiem, wrócimy tutaj o zmierzchu. Tymczasem robimy odwrót w boczną uliczkę uciekając od tłoku, hałasu i sznurów aut.

edinburg2

edynburg4

edynburg3

edynburg

edynburg29

edynburg6

edynburg5

edynburg14 edynburg13 edynburg12

edynburg-swieta

edynburg11 edynburg10 edynburg9 edynburg8 edynburg7

Lubimy boczne uliczki. Cisza, spokój, nawet słychać jak śpiewają ptaki (zdecydowany plus Szkocji – w zimie śpiewają ptaki. Zauważyłam to ostatnio kilka razy wychodząc do pracy w całkiem ładną pogodę, słońce świeci, ptaki śpiewają – prawie jak wiosna. Od razu się człowiekowi humor poprawia).

edynburg15

edynburg16

Robimy bardzo miłe kółeczko i w sam raz na zachód słońca lądujemy w centrum. Na tym samym skrzyżowaniu.

edynburg17

edynburg19

edynburg18

Najwyższa pora by odwiedzić świąteczne miasteczko. Robi wrażenie. Swoją wielkością i ogromem przygotowań i nakładu pracy jaki zapewne włożono w jego stworzenie. Nie jestem fanką tego rodzaju rozrywek, tłum, hałas i przepychanie się między świątecznymi straganami nie należą do moich ulubionych. Ale wrażenia nie można świątecznemu miasteczku odmówić. Zapewne gdybym miała więcej cierpliwości do siebie, statywu i tłumu mogłabym zaprezentować Wam zapychające dech w piersiach fotografie 😉 Ale ponieważ nie mam żadnej z tych trzech rzeczy, prezentuję Wam niezbyt profesjonalne, za to mam nadzieję oddające atmosferę fotki jakie udało mi się pstryknąć.

edynburg20

edynburg21

edynburg24

edynburg28

edynburg27

edynburg25

Bardziej od świątecznej wioski robią na mnie wrażenie rozświetlone dziesiątkami świateł budynki. To spektakl piękniejszy niż wszystkie świąteczne dekoracje 🙂

edynburg22

edynburg26

edynburg23

Tłum znów szybko nas męczy, więc po raz kolejny uciekamy z centrum. Pisałam na początku, że jednym z naszych celów było wzgórze, na którym byliśmy podczas naszej nocnej wizyty w dniu naszego przylotu. Ani ja ani Luby nie sprawdziliśmy jednak gdzie wzgórze się znajduje i jak na nie trafić. Wzgórze, to wzgórze stały na nim dość charakterystyczne ruiny, więc jakoś trafimy 🙂 Szybkie spojrzenie na mapę w telefonie – jakieś wzgórze jest, więc zmierzamy w jego kierunku. Lądujemy w końcu pod budynkiem parlamentu i gdzieś w zakamarkach pamięci, wykopujemy widok, w którym ze wzgórza właśnie widać parlament. Znaczy się jesteśmy na dobrej drodze. Jest już kompletnie ciemno, więc trudno nam ocenić odległość, wysokość itp. Nagle na horyzoncie pojawia się wielka czarna plama, która w pierwszym odruchu wydaje się nam wielką czarną chmurą. A okazuje się być wielkim czarnym wzgórzem. Całkiem dużym jak na wzgórze.

Kiedy znajdujemy się już nieco bliżej, a właściwie całkiem blisko, okazuje się, że to wzgórze to całkiem spora góra, a żadne z nas nie przypomina sobie abyśmy, aż tak się wspinali. Przychodzi nam do głowy, że być może po prostu doszliśmy ze złej strony. Dookoła wzgórza wiedzie chodnik, stwierdzamy więc, że kawałek przejdziemy i zobaczymy może wejście jest z drugiej strony. Ciemno jak wiecie gdzie, nie ma latarni, dobrze, że mamy latarkę. Przechodzimy spory kawałek i dochodzimy do miejsca gdzie droga wjeżdża na wzgórze. Ale po ruinach ani widu ani słychu, na dodatek centrum miasta oddaliło się od nas całkiem sporo (z oddali widać świąteczne młyńskie koło), a pamiętamy dobrze, że na wzgórze właśnie z miasta się wchodziło. Czyli zgubiliśmy się 🙂

Robimy odwrót i idziemy z powrotem, mijamy punkt w którym wystartowaliśmy i idziemy kawałek w przeciwnym kierunku, może z drugiej strony pojawią się ruiny. Docieramy na parking, jest nawet mapa. Faktycznie stoimy na jakimś wzgórzu, ale kompletnie nie przypomina ono tego na którym byliśmy. Szkoda że jest już tak ciemno, bo to też wydaje się całkiem przyjemne. Rozglądamy się dookoła i nagle, po zupełnie przeciwnej stronie świata dostrzegam zarys ruin, których szukamy od dwóch godzin. Czy nie wydaje Wam się to zdarzenie jakąś życiową metaforą? Dwie godziny wędrujesz na wzgórze, po czym okazuje się, że to nie to którego szukasz, jak już sobie myślisz że zmarnowałaś dwie godziny czasu, nagle doznajesz olśnienia, że to którego szukasz jest po przeciwnej stronie miasta? Eureka!

Bierzemy azymut na ruiny i jak po sznurku trafiamy wprost pod wejście na to właściwe wzgórze, które faktycznie jest wzgórzem i prowadzą na nie schodki wprost ze środka miasta. Ha! jest i widok na budynek parlamentu, a z drugiej jego strony nasze „wzgórze” z którego właśnie wróciliśmy. Paskudne zdjęcie prezentuję poglądowo, żebyście mogli mieć odniesienie do tego „wzniesienia”, na które mieliśmy zamiar się wspiąć 😉

edynburg30

Tutaj też zakończyliśmy naszą wycieczkę. Dotarcie do dworca autobusowego zajęło nam jakieś trzydzieści minut, łącznie z zakupem pączków i czekoladowych ciastek na drogę 🙂

Zgodnie z tym, co obliczył nam Sports Tracker, zeszło nam się po Edynburgu ładnych 25 kilometrów.

Wniosek?

Czasem człowiek musi się zgubić, żeby się dowiedzieć czego szuka i gdzie to znaleźć 😉

Odkrywczych podróży Wam życzę w Nowym Roku!

edynburg31

Świnki w kocykach, czyli co Szkoci jedzą w święta

W zeszłym roku w świątecznym wpisie na temat Szkocji opisywałam Wam w jaki sposób Szkoci spędzają Święta Bożego Narodzenia. W tym roku chciałabym bliżej opowiedzieć Wam o potrawach, które goszczą na szkockim świątecznym stole. Tak jak już wspominałam, Szkoci nie obchodzą Wigilii w taki sposób jak my. Nie mają wigilijnej kolacji, a cały ciężar świątecznego jedzenia, ląduje na stole w Boże Narodzenie.  Choć w zasadzie już cały grudzień obfituje w świąteczne smakołyki, które spożywane są podczas przyjęć w restauracjach organizowanych przez pracowników firm, znajomych i rodzinę. Szkoci zdecydowanie lubią świętować i robią to jak tylko nadarzy się okazja 😉

christmas-toast

Boże Narodzenie to dzień dla rodziny. Wszyscy spotykają przy stole, w wielu przypadkach wystrojeni w kolorowe świąteczne swetry lub mikołajowe czapki. Uczta rozpoczyna się od „przełamania się” christmas cracker. Jest to papierowa tuba w kształcie wielkiego cukierka, zapakowana w kolorowy papier. Jeśli pociągnie się jednocześnie za oba końce cracker pęka z całkiem głośnym trzaskiem. W środku znajduje się zwykle mały upominek, karteczka z żartem i papierowa korona, którą uczestnicy zakładają na głowę i nie zdejmują do końca kolacji, a czasem nawet wychodzą w niej z domu 🙂 Tradycja christmas crackers sięga XIX wieku, kiedy to londyński cukiernik wpadł na pomysł, aby jego cukierki otwierały się z trzaskiem po pociągnięciu za oba końce. Wpadł na ten pomysł siedząc przy kominku i obserwując płonące z trzaskiem drewno. Wkrótce cukierki zastąpiły inne drobne upominki, pojawiły się zabawne limeryki lub żarty (często dość glupkowate, np. Kto mówi oh!oh!oh!? Święty Mikołaj chodzący do tyłu. Albo: gdzie Mikołaj najbardziej lubi dostarczać prezenty? Do Idaho-ho-ho.) Po dodaniu papierowej korony na przełomie XIX i XX wieku stały się już nieodzownym elementem Świąt.

pullingacracker

Współcześnie christmas crackers można kupić w każdym sklepie, ich cena oscyluje od kilku funtów nawet do stu w zależności od zawartości crackera, w którym może znaleźć się dosłownie wszystko.

Kiedy już tradycji stanie się zadość, można rozpocząć biesiadowanie. Ucztowanie zaczyna się od zupy – najczęściej jest to cock-a-leekie, której historia sięga XVI wieku. Zupa gotowana jest na kurczaku, z porami, śliwkami, czasem też bekonem lub ryżem i marchewką, przyprawiona laurowym liściem, tymiankiem i pietruszką. Czasem na stole ląduje zupa krem z marchwi ze sporą ilością posiekanej świeżej kolendry. Bardzo rozgrzewająca i aromatyczna.

cock-a-leekie

carrotandcoriandersoupDanie główne to pieczony indyk. Nadziewany kasztanami lub mięsem z wieprzowych kiełbasek lub mieloną wieprzowiną, lub typowo szkocki – z nadzieniem z płatków owsianych. Indyk podawany jest z ciemnym sosem przygotowanym na bazie tego, co z pieczonego indyka się wytopiło, zagęszczonym mąką i przyprawionym odrobiną wina (tutaj opcji jest wiele – czerwone wino, porto, sherry…).

the_perfect_roast_turkey_01155_16x9

Tutaj w Aberdeen nazywają nadzienie do indyka skierlie i w okresie świątecznym podają ze wszystkim. Nadziewają nim indyka, podają z ziemniakami i mięsem polane sosem. Kiedy pierwszy raz zobaczyłam skierlie pomyślałam, że to bułka tarta, bo z wyglądu bardzo ją przypomina. W smaku – to już zupełnie inna historia. Oczywiście każdy ma swój sposób na przygotowanie skirlie i każdy uważa, że jego jest najlepszy 🙂 Stąd przepisów na przygotowanie skirlie jest mnóstwo. Głównym składnikiem są oczywiście drobno zmielone płatki owsiane, które w zależności od przepisu smaży się na maśle lub tłuszczu zwierzęcym, z dodatkiem przysmażonej cebulki lub drobno pokrojonego boczku, doprawione solą i pieprzem. Nazwa skirlie pochodzi od słowa „skirl” syczącego, piskliwego dźwięku, który wydają płatki smażone na tłuszczu. Dźwięk ten porównywany jest do odgłosu dud.

skirlie

Zamiast indyka lub dodatkowo podawana jest czasem pieczona wieprzowina w sosie z jabłek i cydru. Wieprzowina jak wieprzowina, ale jabłkowo-cydrowy sos jest przepyszny, zwłaszcza jeśli odrobinę się skarmelizuje.

Bardzo popularny jest również sos chlebowy (bread sauce) przygotowany z bułki tartej, cebuli, czosnku, z dodatkiem ziaren pieprzu, liści laurowych i zwieńczony słodką tłustą śmietanką.

bread-sauce

Całemu temu mięsku towarzyszy armia warzyw gotowanych lub pieczonych. Mamy pieczone ziemniaczki posypane grubą morską solą (pycha!), do tego marchewki, brukselka, korzeń pietruszki, gotowany groszek. Wszystko to podawane bez jakiegoś szalonego przyprawiania, tak by można dowolnie maczać sobie w sosie, wymieszać ze skirlie lub co tam kto lubi 🙂

roasted-veggies

Oczywiście świąteczny obiad nie może obejść się bez sosu żurawinowego, podawanego w formie dżemu z całymi owocami lub galaretki. Żurawina jest przepyszna i smakuje wybornie ze wszystkim – mięsem, warzywami i pieczonymi ziemniakami.

Stół mamy już suto zastawiony, ale to jeszcze nie wszystko. Gdyby komuś mało było mięska to na stole lądują pigs in blankets, czyli świnki w kocykach. Są to malutkie pieczone wieprzowe kiełbaski (wielkości kciuka) owinięte w plasterek bekonu.

sausages-in-bacon

Jest też coś dla fanów ryb. Niestety mój ulubiony karp nie jest świątecznym szkockim przysmakiem, za to jeśli jesteście fanami łososia, jest i coś dla Was. Łosoś pieczony podawany jest w różnych odsłonach, na przykład w kremowym limonkowym sosie posypany obficie koperkiem.

wild-alaska-salmon-celebration-roast_a0

Jeśli zostało Wam jeszcze „odrobinę” miejsca w żołądku, to zabieramy się za desery. Podstawą w całej Wielkiej Brytanii jest świąteczny pudding. Pudding tak jak inny świąteczny deser – mince pies, w swej pierwotnej wersji wcale nie był deserem. Wywodzi się od XV-wiecznej potrawy zwanej plum pottage. Gotowano pokrojone na kawałki mięso wołowe lub baranie, z dodatkiem warzyw i suszonych owoców do postaci bardzo gęstej zupy. Z czasem zaczęto przed gotowaniem zawijać potrawę w specjalną chustę i dopiero gotować. Dzięki temu całość nabierała konsystencji puddingu o kulistym kształcie. Z czasem mięso i warzywa zniknęły z przepisu i została bakaliowa masa, do której zaczęto dodawać korzenne przyprawy, jabłka lub marchewkę, mąkę i jaja oraz alkohol 🙂 Jak w wielu innych przypadkach nie istnieje jeden przepis na świąteczny pudding, każdy ma swój 🙂

Oczywiście byłoby nieważne, gdyby Szkocja nie miała swojej wersji puddingu 😉 Szkocki pudding praktycznie nie różni się od przepisu z 1747 roku zamieszczonego przez Hannah Glasse w „The Art of Cookery made Plain and Easy”. Nosi nazwę „clootie dumpling”. Clootie to szkockie słowo oznaczające „cloth”-ścierkę, a „dumpling” to kluska. Pudding nie zawiera alkoholu. Przygotowany jest z wołowego łoju, mąki, rodzynek, jabłek, korzennych przypraw, melasy, jajek, gotowany oczywiście w specjalnej ściereczce. Pudding jest wilgotny, mięciutki, napakowany bakaliami i jak wszystkie wyspowe desery jest przesłodki. Gdyby samego puddingu było Wam mało, możecie podać go z masłem aromatyzowanym brandy (tak właśnie!), sosem rumowym, custardem (czyli czymś na kształt waniliowego sosu budyniowego) lub śmietanką. W okresie przedświątecznym w sklepach pojawiają się przedziwne składniki jak właśnie masło o smaku brandy, gęsta śmietanka o smaku likieru Bailey’s, brandy lub amaretto. Podawane jako dodatek do puddingów i zapewne wszystkich pozostałych słodkości.

Idziemy dalej, bo pudding to nie jedyny świąteczny deser. Kolejny, charakterystyczny dla Szkocji, to crannachan. Przygotowany z uprażonych płatków owsianych, puszystej tłustej bitej śmietany, sporej porcji whisky, miodu i malin.

cranachan

Jest jeszcze Dundee Cake, czyli ciasto pochodzące ze szkockiego miasta Dundee, przypominające nieco nasz keks. W cieście znajdziemy bakalie (koniecznie migdały), skórkę pomarańczową i… whisky 😉

mary-berrys-victorian-christmas-cake

Obowiązkowo inne słodkości zajadane nie tylko na święta, ale w święta szczególnie: mince pies, shortbread, czyli pyszne kruche ciastka w kształcie prostokątów, tablet, czyli coś na kształt karmelków, przygotowanych ze skondensowanego mleka, cukru i masła. Oczywiście do tego orzechy, czekoladki i inne łakocie. Jeśli jeszcze coś Wam się zmieści 😉

mince-pies

Na koniec alkohol – tutaj dowolność, każdy pije to co lubi, czyli szkocką whisky 😉

Uff, nie wiem jak Wy, ale ja zrobiłam się głodna 🙂

A czy Wam coś ze szkockich świątecznych przysmaków przypadło do gustu? Mielibyście ochotę wypróbować któryś z pomysłów? A może mieliście już okazję któregoś z nich spróbować?

merrychristmascard2012

 

PS Wszystkie zdjęcia zamieszczone w tym wpisie zostały wyszukane w sieci.

święta na ostatnią chwilę – zbiór przepisów

Jeśli tak jak ja, z planowaniem świąt jesteście daleko w czarnym lesie lub wybieracie się do kogoś ze świąteczną wizytą i nie chcecie przyjść z pustymi rękami, polecam wypróbowanie któregoś ze świątecznych przepisów. Jedne są bardzo proste i szybkie inne wymagają nieco więcej pracy, wszystkie są sprawdzone przeze mnie 🙂

Zamieszczam przepisy na potrawy świąteczne oraz takie, które w okresie świątecznym i noworocznym mogą Wam posłużyć. Tematem przewodnim są pomarańcze, orzechy, cynamon, znajdziecie też kilka pomysłów na świąteczne mięsko i rybę. Po kliknięciu na zdjęciu z interesującą Was potrawą otworzy się nowa karta z przepisem. Enjoy! 🙂

PS A po Świętach, jak zawsze, zapraszam na lekturę przepisów na potrawy, które w tym roku zagoszczą na naszym Świątecznym stole.

Słodkości…

sernikupside down cakeświąteczne ciastosernik czekoladowy z piankami jojociasto jogurtowe z suszonymi porzeczkamimincemeat pies

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

rolada bezowa z owocami lesnymi

 

mincemeat puddingmarmalade pudding cake

 

 

 

 

cherry cake

ciasto z miodem i orzechamisernik kremowypuszysty sernik

 

 

 

 

 

sernik z nutellądeser na zimno

 

 

 

 

 

zimowa tarta czekoladowamakaron nitkikarnawalowe roze z jablek

 

 

 

 

 

łazankichrust

 

 

 

 

 

 

 

 

mlekokawa kogiel-mogielkawa gotowana z kardamonem

kawa z kakao i pistacjamimint chocolate

 

 

 

 

 

 

… i cała reszta

zupa wigilijnawywar z burakówswiateczna pieczona szynkapolędwiczki z grzybami i boczkiemśledź w śmietaniewedzony lupacz w sosie pietruszkowymswiateczne krokiety z kapusta i grzybamiorange saladchicken baked with garlicwigilijne śledziedorada z grilla

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

marchew

WESOŁEGO ŚWIĘTOWANIA! 🙂

kurczak teriyaki

Kuchnia chińska (japońska, wietnamska -generalnie te klimaty) to jedna z moich ulubionych, dlatego kiedy udaje mi się stworzyć coś zbliżonego do dań które podają w azjatyckich restauracjach cieszę się bardzo. Bo wtedy mogę sobie zafundować chińszczyznę, kiedy tylko mam na to ochotę 🙂

Dziś szef kuchni poleca kurczaka teriyaki, którego możecie często spotkać w różnych chińskich knajpkach. Nazwa podobno wcale nie oznacza sosu, w którym kurczak jest podawany, a sposób jego przygotowania. „Teri” oznacza błyszczący a „yaki” grillowany. Sos przygotowany jest z mieszanki sosu sojowego, słodkiego japońskiego wina, odrobiny czosnku i imbiru, czyli podstawowych składników azjatyckiej kuchni.

Kurczaka możecie przygotować na 3 sposoby, które opisuję poniżej. Sos również możecie wykonać sami, jeśli nie macie sake, myślę, że można zastąpić je słodkim białym winem.

Smacznego!
kurczak-teriyaki

Składniki na porcję dla 2 osób:

  • 500g mięsa z kurczaka – u mnie mięso z podudzi (może być też pierś)
  • ok. 2 łyżki sosu teriyaki ∗ (użyłam marynaty/sosu Kikkoman)
  • 1 kopiasta łyżeczka mąki kukurydzianej lub mąki ziemniaczanej
  • 2-3 łyżki oleju
  • łyżka sezamu
  • ryż
  • kawałek zielonego ogórka

Mięso z kurczaka kroimy w paseczki i marynujemy 10-20 minut w 2 łyżkach sosu teriyaki. Posypujemy mąką kukurydzianą lub ziemniaczaną i dokładnie mieszamy.

W woku rozgrzewamy 2-3 łyżki oleju i na gorący wrzucamy kurczaka i na dość sporym ogniu smażymy, często mieszając. Smażymy dopóki kurczak nie będzie miękki i złocisty. Mąka, która pokrywa kawałki kurczaka powinna stworzyć lekko chrupiącą glazurę. Próbujemy czy jest wystarczająco słony, jeśli nie, dodajemy odrobinę sosu teriyaki. Tak przygotowany kurczak jest gotowy do podania i osobiście mnie smakuje najbardziej. Natomiast Luby lubi wszelkie chińskie dania z sosem, dlatego wymieszałam jeszcze 2 łyżki sosu teriyaki z 2 łyżeczkami mąki kukurydzianej i kilkoma łyżkami wody i taką mieszaniną zalałam mojego kurczaka.

Kurczaka posypujemy odrobiną sezamu i podajemy gorącego z ryżem i pokrojonym w cienkie plasterki zielonym ogórkiem.

Kurczaka można również przygotować w inny sposób – usmażyć samego na patelni lub grillu, aż będzie miękki i złoty. W osobnym garnku przygotować sos teriyaki mieszając go z wodą rozmąconą mąką kukurydzianą lub ziemniaczaną. Tak przygotowanym gęstym sosem polewamy usmażonego kurczaka i podajemy z ryżem i zielonym ogórkiem.

∗ sos teriyaki możecie też przygotować sami mieszając sos sojowy z winem sake, odrobiną wody i brązowego cukru lub miodu. Do tego troszkę rozgniecionego czosnku (lub czosnek granulowany) i startego na tarce imbiru. Sos powinien mieć dość wyraźny sojowy smak, ze sporą dawką słodyczy i aromatem czosnku i imbiru.

chicken-teriyaki

podbijamy Szkocję (albo Szkocja podbija nas) – wyprawa na Isle of Skye

image11

Dla turystów odwiedzających Szkocję, wyspa Skye jest jednym z obowiązkowych punktów. Kiedy zaczęliśmy podróżować po Szkocji i dla nas Skye stało jednym z miejsc, które chcieliśmy koniecznie zobaczyć. Największa z Hybryd Wewnętrznych, określana jest jako miejsce magiczne i niezwykłe, a gdzie się nie obejrzysz – widoki zapierające dech w piersiach. Uznana przez National Geographic jako 4 najpiękniejsza wyspa na świecie. Nie mogło być inaczej – musieliśmy zobaczyć to na własne oczy.

Świetna okazja nadarzyła się, gdy pod koniec sierpnia odwiedziła nas moja siostra. Wyprawę na Skye uznałam za fantastyczny pomysł – niespodziankę z okazji jej przyjazdu. Dołączył do nas nasz współlokator i tak we czwórkę wyruszyliśmy na podbój Isle of Skye 🙂

Zróbcie sobie kawę, herbatę i kanapki, bo to będzie dłuuuuga podróż 😉

Wyjeżdżamy najwcześniej jak się da, co w naszym przypadku oznacza między szóstą a siódmą rano, więc wcale nie tak wcześnie. Ale google maps nastroiło mnie pozytywnie informacją, że całą wyspę można z góry na dół przejechać w dwie i pół godziny (o jakże się myliłam), więc uznaliśmy, że damy radę wykonać wszystko to co zaplanowaliśmy. Dodatkową atrakcją miała być również sama droga na wyspę. Zamiast krótszej i szybszej trasy główną przelotówką, wybraliśmy nieco dluższą, ale malowniczą trasę przez góry.

Ta wycieczka pokazała nam, jak mało jeszcze wiemy o Szkocji i jak wiele jest nas w stanie zaskoczyć. Przejazd przepiękną trasą przez góry, okazuje się wyprawą samą w sobie pełną zaskakujących zwrotów akcji i niespodzianek, a przede wszystkim dużo dłuższą niż się spodziewaliśmy.

Po kilku godzinach ekscytującej jazdy, z fanfarami i tchem zapartym w piersiach przekraczmy w końcu most łączący ląd (a właściwie wyspę) z wyspą i oficjalnie znajdujemy się na Skye. Wedle nawigacji tylko półtorej godziny jazdy dzieli nas od naszego punktu docelowego znajdującego się na małym wystającym najbardziej na zachód dzyndzelku wyspy. Mamy zaplanowaną około czterogodzinną przebieżkę szlakiem do latarni Neist Point – niezwykle popularnego miejsca, z widokiem na Hebrydy Zewnętrzne, przepiękne klify, a jeśli ma się wystarczająco dużo szczęścia, to i na pływające w morzu (czy to już Ocean Atlantycki?) płetwale. 

Zatem od tych niezwykłych widoków dzieli nas w teorii jedynie półtorej godziny, jesteśmy już nieco zmęczeni podróżą, ale ciągle podekscytowani tym, co jeszcze nas czeka. A czekało nas wiele 🙂

Przede wszystkim test cierpliwości. Oczywiście spotkaliśmy się już podczas naszych wypraw, z wąskimi na jedno auto drogami, gdzie co chwilę pojawia się mijanka, na wypadek spotkania twarzą w twarz z kierowcą z naprzeciwka. Nie przewidzieliśmy jedynie, że jakieś 90% dróg na Skye właśnie tak wygląda.

9

Na każdej takiej drodze znajduje się ograniczenie prędkości do 60 mil/godzinę i zapewne na podstawie tego ograniczenia nawigacja wylicza pi razy oko, czas dojazdu z punktu A do punktu B. Natomiast jeśli nie jesteś kierowcą rajdowym, to prędkości 60 mil/godzinę nijak na takiej drodze nie rozwiniesz (chociaż zdarzyło nam się podczas tej wyprawy napotkać kierowcę Tesco, który po wąziutkiej, krętej drodze popierniczał z taką prędkością, że o mało z butów nie wyskoczyliśmy z wrażenia). Zwłaszcza, że niektóre fragmenty dróg są własnością owiec, które nie zważając na okoliczności, pasają się wzdłuż i w poprzek ulicy, więc nogę trzeba trzymać w pogotowiu na hamulcu, a oczy mieć dookoła głowy.

15

I tak z półtoragodzinnej drogi na Neist Point, zrobiły się trzy. Przyznaję, pod koniec przeklinaliśmy na czym świat stoi, gdy po raz n-ty okazywało się, że to jeszcze nie tu, że to jeszcze kilka mil. Bo przecież nie da się przejechać 90km w półtorej godziny, jeśli średnia prędkość wynosi 30-40km na godzinę… Kiedy w końcu docieramy na miejsce okazuje się, że nasz plan trochę się posypał i jesteśmy zmuszeni nieco go zmienić, jeśli chcemy jeszcze tego samego dnia dojechać do Armadale, gdzie czeka na nas nocleg. Do Armadale mamy co najmniej tyle samo drogi przemierzanej w żółwim tempie, a tu już po 15:00.

Parkujemy auto w pierwszym wolnym miejscu przy drodze prowadzącej do Neist Point i ciesząc się tym, że możemy wreszcie rozprostować nogi ruszamy przed siebie.

Latarnia faktycznie okazuje się bardzo popularnym wśród turystów miejscem, chyba jeszcze nigdzie podczas naszych wycieczek po Szkocji nie spotkaliśmy takich tłumów, ja chyba jednak wolę mniej oblegane i zatłoczone atrakcje.

image2h

1

image3

Zdjęcie poniżej to zbliżenie najbardziej wysuniętego na prawo fragmentu ze zdjęcia powyżej, z nieco innego kąta. Jeden pan wędkuje, a drugi kontempluje tudzież wspiera go duchowo. Nie wiem czy gratulować odwagi, czy to już skraj szaleństwa, a może tradycyjne szkockie spędzanie czasu na łowieniu ryb. W każdym razie za żadne skarby stopa moja nie stanęłaby na tej skale kilkanaście metrów nad szalejącą wodą…

5

4

Neist Point okazuje się bardzo urokliwym zakątkiem nawet pomimo hordy turystów, wokoło przepiękne widoki na klify tak potężne, że aż trudno ogarnąć je wyobraźnią.

image4

7

3

Kto jest w stanie dojrzeć na zdjęciu mikroskopijnej wielkości owieczki?

image1h

2

6

image5

Goni nas czas, robimy mały postój na kanapki i wracamy do auta. Po drodze dają o sobie znać malutkie, upierdliwe i nieziemsko wkur…denerwujące highlandzkie meszki zwane midgets. Napadają setkami, obsiadają i wyrywają mikroskopijne kawałki skóry. Komary to przy nich cienkie Bolki.

8

16

Ostatnie ujęcie mglistego popołudnia i w drogę do Armadale.

image8

Powoli zapada zmierzch, panowie postanawiają sobie zrobić mały przystanek na papierosa, ja decyduję się pstryknąć kilka fotek widoków przepięknej urody. Nie da rady. Po dziesięciu sekundach od wyjścia z auta następuje zmasowany atak midgetsów. Poniżej pierwsze i ostatnie zdjęcie, jakie udało mi się zrobić zanim wskoczyliśmy z powrotem do auta, otworzyliśmy okna i czemprędzej ruszyliśmy, by wiatr wywiał te żarłoczne potwory. Ślady po nich zniknęły mi po dwóch dniach, ale Luby ponad tydzień walczył z bolesnymi i swędzącymi bąblami.

18

Dojeżdżamy do pierwszego większego miasteczka – przystanek na tankowanie, krótkie zwiedzanie i wizytę w sklepie. Po tak długim dniu należą nam się piwo, cydr i chińskie zupki 🙂

14 13 12

Tuż przed 21:00 jesteśmy nadal w drodze, gdy dzwoni Sandy – właścicielka campingu, w którym będziemy nocować. Z przyjemnością mogę jej jednak oznajmić, że za 2 mile będziemy w Armadale. Na szczęście camping udaje nam się znaleźć bez większych problemów, jeszcze wypakować toboły i wreszcie można zjeść, wypić i paść. Jeszcze wieczorna toaleta, która w tym wypadku okazuje się nie lada wyzwaniem, ale o tym za chwilę. Po tak intensywnym dniu wszyscy zasypiamy kamiennym snem nie zważając na komary, ćmy i pająki, które korzystając z okazji również pakują się do naszego wigwamu 🙂

Poranek wita nas pogodą jakiej nikt z nas się nie spodziewał. Za radą znajomych uzbroiliśmy się w swetry, czapki i kurtki przeciwdeszczowe, tymczasem wczorajszy pochmurny wieczór zamienił się w słoneczny, ciepły,  bezwietrzny poranek. Ukryte wczoraj pod osłoną ciemności piękno tej wyspy, ujawniło nam się w całej swojej okazałości.

Na ławeczce przed wigwamem pijemy kawę i jemy śniadanie podziwiając widok na malutki port w Armadale, który od samego rana tętni życiem. Wiemy już, że na pewno tutaj wrócimy w przyszłym roku, co najmniej na kilka dni.

11

20

A po śniadaniu można pokiwać się w hamaku zadając sobie pytanie: dlaczego przyjechaliśmy tylko na jedną noc? 😉

19

Pora teraz by opowiedzieć nieco o miejscu gdzie spędzamy noc. Nie jest to zwykły camping, to niezwykłe miejsce z duszą, świetnym pomysłem i sporą dawką fantazji. Zdaję sobie też sprawę z tego, że nie każdemu może się tu spodobać. Wielu może uznać je za niechigieniczne lub zaniedbane. Camping zaspokaja naprawdę podstawowe potrzeby i dla kogoś, kto hmm…nie przepada za spotkaniami z naturą nocowanie tutaj może okazać się…dość problematyczne 😉

Kiedy trafiłam w internecie na Forest Gardens, od razu spodobał mi się pomysł, ostatecznie przekonała mnie cena: 50£ za dobę za cztery osoby.

41 Camping zajmuje 16 akrów zalesionej powierzni tuż nad samym brzegiem morza i prowadzony jest w duchu ekologicznym. Po całej jego powierzchni rozsypane są miejsca namiotowe, a dla spragnionych nieco większych „luksusów” zbudowano maleńkie drewniane chatki z dostępem do prądu, łóżkiem i kominkiem -tzw. kozą. Wszystko rozplanowane jest tak, by każdy z domków miał swoją własną zieloną intymną przestrzeń wokół siebie. Sprawia to wrażenie jakby się było sam na sam z otaczającą naturą.

A teraz nawiększe wyzwanie eco campingu – toaleta.

40 39

Zanim wejdziesz i zrobisz to, co zwykle robi się w toalecie, przeczytaj uważnie wszystkie instrukcje. Wszystkie hmm, że tak powiem odpady stałe i płynne przetwarzane są na kompost, którym potem nawożone są rośliny i zioła hodowane na terenie campingu. Jak to wygląda w praktyce? Panie robią siku do wiaderka, które następnie samodzielnie opróżniają w krzaczki i płuczą w specjalnie do tego przeznaczonym kontenerze z wodą. Panowie mają (jak zwykle) ułatwioną sytuację. W ścianie toalety umieszczona jest pochodząca z recyklingu plastikowa butelka, której drugi koniec wychodzi na zewnątrz. Panowie robiąc siku bezpośrednio przyczyniają się do nawożenia bujnej roślinności. Jeśli chodzi o poważniejsze sprawy, to jak zauważycie na zdjęciu znajduje się „normalna” toaleta, pod którą umieszczony jest kompostownik na odpady stałe 😉

Najbardziej urocze z całości pozostają zasłonki w kaczuszki 🙂

Jeśli chodzi o prysznic, nie ma obaw, nie myjemy się pod szlauchem na wolnym powietrzu 😉 Prysznic znajduje się w drewnianym domku obok toalety i jest najbardziej podstawową wersją kabiny prysznicowej jaką jesteście w stanie sobie wyobrazić z (hurra!) ciepłą wodą pochodząca z przepływowego ogrzewacza (nic mnie tak nie przeraża jak wizja prysznica w zimnej wodzie, no może tylko prysznic w zimnej wodzie w towarzystwie pająków). Pod prysznicem krótka notka z prośbą o nie mordowanie pająków, które pożerają midgetsy (na szczęście chyba wszystkie pająki już spały, bo Bogu dzięki ani jednego nie widziałam).

38

Camping zamieszkują kaczki, które śmiertelnie nas wystraszyły gdy wieczorem wyruszyliśmy na poszukiwania toalety i prysznica.
37

A tutaj hodowane są różne rośliny i zioła, które można kupić za symboliczną kwotę.

34

Po śniadaniu wybieramy się na przechadzkę po terenie campingu. Prowadzi tutaj krajoznawcza ścieżka, z której roztaczają się piękne widoki na okolicę.

33 32 31 30 29 28 27 26 25 24 23 22

21

Po takim spacerze robimy się porządnie głodni, postanawiamy więc posilić się przed kolejną wyprawą. W porcie zamawiamy tradycyjne fish&chips ze świeżo złowionego łupacza, pochłaniamy podziwiając widoki i wygrzewając się w słońcu.

42

Pora w dalszą drogę. Początkowo planowaliśmy wybrać się na zwiedzanie północnej części wyspy, ale po niekończącej się podróży samochodem jaką przeżyliśmy dnia poprzedniego, rezygnujemy z tego pomysłu. Cały dzień spędzony w drodze w tak piękną pogodę nie miałby najmniejszego sensu.

Decydujemy przemieścic się do położonego o 10 minut drogi z Armadale – Point of Sleat. Oczywiście 10 minut drogi według google maps i nawigacji. W prawdziwym życiu – conajmniej 40 minut. Droga do Point of Sleat przyprawia nas o emocje podobne do jazdy na rollercoasterze. W górę, w dół, ostry zakręt, rzecz jasna wszystko na szerokość jednego auta. W końcu docieramy na miejsce.

43

Point of Sleat to punkt najdalej wysunięty na południe, mieści się na nim mała, nowoczesna latarnia. Sama latarnia niczego szczególnego w sobie nie ma, za to piękna jest trasa, która do niej wiedzie.47 46 45 44 48

Ścieżka pnie się w górę, co chwilę napotykamy na pasące się owce, wrzosy aż kłują w oczy kolorem. Słońce przyjemnie przypieka, nie dokucza charakterystyczny szkocki wiatr.

49

W pewnym momencie natrafiamy na taki oto widok. Wprawdzie puste już kartony po sokach, słoik z kawą, cukrem i słoiczek pełen monet jednofuntowych. Podejrzewam, że gdyby w Polsce na szlaku ktoś chciał taki poczęstunek dla turystów uczynić, nie byłoby tam już ani napojów, ani monet, ani nawet stołu 😉

50

Szlak doprowadza nas wkrótce na niezwykłą plażę, przez chwilę wydaje się jakbyśmy nie znajdowali się w zimnej i mrocznej Szkocji, a na lazurowym wybrzeżu. Drobny, prawie biały piasek, lazurowe jak niebo morze i tylko temperatura wody przypomina, że to jednak Szkocja.

55

54 53 51

Spędzamy na plaży dłużą chwilę rozkoszując się słońcem, widokami i rajską atmosferą, która panuje w tym miejscu.

image9

56 60 57

Ścieżka pnie się do góry, po czym kamiennymi schodkami prowadzi nas stromo w dół. Znajdujemy się w miejscu, które najprawdopodobniej w jakiś okresach czasu, przykrywa morze. Teraz trawa pokryta jest mnóstwem muszelek, patyków i innych farfocli wyrzuconych przez morze.61

62 66

W końcu docieramy do celu. Powyżej widok na wyspy Eigg i Rum, nad którymi zawisły kłęby chmur. Poniżej latarnia, na szczycie kamiennego zbocza.65 64 63

image12

Znów krótki postój i znów pora wracać. Przed nami długa droga. Najpierw rollercoasterem z powrotem do Armadale, a potem już prosto do domu.59 58

52

paula i milo