bieszczadzka wyprawa, czyli nie wierz mapom i przewodnikom ;)

Zupełnie niezamierzenie okazało się, że z najdalej wysuniętego na północ miejsca Polski, czyli z okolic Rozewia przemieściliśmy się do najdalej wysuniętej na południe zamieszkałej miejscowości – Wołosatego (na stałe mieszka tam podobno 40 osób). Nie uświadczymy tam tłumów, dyskotek ani budek z kebabem. Na szczęście🙂 Tylko góry, łąki, a w nocy niebo pełne spadających gwiazd. I cisza. Nie licząc współmieszkańców. Fantastyczna cisza.

Nigdy nie byłam jakąś szaloną fanką gór. Chodzenie po górach oznaczało dla mnie wspinaczkę stromą drogą wśród drzew, po drodze ducha z wyczerpania można wyzionąć, dochodzi się w końcu do punktu, gdzie stoi tabliczka z nazwą szczytu, a potem schodzi się z powrotem. Oczywiście na szczycie to samo co po drodze, czyli las🙂 Nie generalizuję, po prostu takie mam wspomnienia z wielu górskich wycieczek. Tak było do momentu, kiedy dwa lata temu postanowiliśmy urlop podzielić na część morską i górską (żeby obie strony były zadowolone). Wtedy pierwsza nasza wycieczka na Tarnicę zrobiła na mnie porządne wrażenie i kompletnie odwróciła mój pogląd na górskie wspinaczki. Jako niewprawny górski „chadzacz” dostawałam zawału, wylewu i pewnie parę razy byłam bliska wyzionięciu ducha, ale szczyt, a w zasadzie wędrówka szczytami warta była każdego wysiłku. Wtedy trafiliśmy na chłodną i dość wilgotną pogodę i nisko wiszące chmury, którymi przysłonięty był szczyt Tarnicy (widoczny na jednym ze zdjęć poniżej) – wtedy cały pogrążony w chmurze. Dosłownie miało się wrażenie, że wystarczy wyciągnąć rękę i złapać sobie kawałek chmury. Dodatkowo mocno wiało, więc chmury nieustannie się przesuwały i miało się wrażenie, że człowiek się znajduje w samym środku nieba. Wrażenie piorunujące. Dlatego w tym roku postanowiliśmy tą wyprawę powtórzyć.

Postanowiłam pokrótce (no nie do końca krótko to wyszło) opisać wszystkie trzy trasy, którymi szliśmy zamiast pokazywania samych zdjęć – myślę, że taka forma będzie ciekawsza i może przyda się komuś, kto będzie się w Bieszczady wybierać.

Dzień pierwszy:  Wołosate – Tarnica – Szeroki Wierch – Ustrzyki Górne – Wołosate

Na pierwszy ogień wybraliśmy wyprawę na wspomnianą już Tarnicę. Szlak niebieski rozpoczyna się w Wołosatem (na wejściu należy uiścić opłatę za wstęp do Parku, bodajże 7zł/bilet normalny), wiedzie na szczyt Tarnicy, dalej ciągnie się szczytem (szlak czerwony), a następnie schodzi w dół, kończąc się w Ustrzykach Górnych. Dalej już asfaltówka (znów szlak niebieski), którą wracamy do Wołosatego (jest to odcinek ok. 6km).

na tarnicę
fragment podejścia na Tarnicę szlakiem niebieskim

Na pewno nie można się nastawiać na spokojny spacerek na szczyt.  Szlak jest zmienny. Ja takie lubię. Trochę ostro w górę po schodach z korzeni drzew, trochę po prostym, trochę z górki. Trasa jest dość mocno uczęszczana, natomiast sporo turystów dochodzi do szczytu i wraca z powrotem na dół, więc na dalszej trasie do Ustrzyk Górnych nie ma tłumów. Na całym odcinku co jakiś czas napotykamy miejsce do odpoczynku, czy to ławki, czy wiatę, pod którą można odpocząć czy posilić się. My najczęściej na odpoczynek wybieraliśmy malutkie polanki i leżeliśmy na trawie słuchając szumu wiatru i wygrzewając się w słońcu. Szliśmy bez większego pośpiechu, a postoje robiliśmy długie, więc ta trasa zajęła nam cały dzień, w Wołosatem byliśmy już po zmroku, natomiast co wprawniejsi wędrowcy, bez tak długich przystanków jak nasze, mogą przemierzyć tę trasę w dużo krótszym czasie.

tarnica

widok na tarnicę
widok na szczyt Tarnicy
z tarnicy do ustrzyk
czerwony szlak z Tarnicy do Ustrzyk Górnych

tarnica

Moim zdaniem jest to jedna z bardziej malowniczych i ciekawych tras, między innymi dlatego, że dość spory fragment szlaku przemierza się właśnie szczytami.

Dzień drugi: Jaworzec – Przełęcz Orłowicza – Smerek – Jaworzec

Kolejna całodniowa wyprawa. Tym razem spory kwałek musieliśmy dojechać samochodem do szlaku, którym chcieliśmy wyruszyć. Początkowo zgodnie z informacją zawartą w przewodniku chcieliśmy zostawić auto na parkingu koło szkoły w Kalnicy (kawałek za Wetliną  w kierunku Cisnej), ale przejechaliśmy wioskę, szkoły nie zauważyliśmy, więc wylądowaliśmy jeszcze kawałek dalej w miejscu, w którym w pierwotnym planie mieliśmy kończyć naszą wycieczkę.

Wyruszyliśmy więc od końca, czyli w Jaworcu i szlakiem czarnym ruszyliśmy w kierunku Przełęczy Orłowicza. Okazało się, że jest to trasa niezbyt szczególnie uczęszczana i w porównaniu ze szlakiem na Tarnicę czy na Połoniny, które zwiedzaliśmy dwa lata temu, bardziej nazwijmy to zapuszczona. Szlak czarny wiedzie w 90% przez las wydeptaną ścieżką – dość monotonnie. Nie napotykamy tutaj ani na wiaty przystankowe, ani na grupy wypoczywających turystów. Las, las i cisza i jeszcze raz las. Taki nieco złowrogi. Jedyne ślady cywilizacji to rozjechane drogi po zwózce drewna. W niektórych miejscach można stracić rachubę, czy to nadal szlak, czy się zgubiliśmy, więc momentami dość nerwowo rozglądaliśmy się za oznaczeniem szlaku na pniach drzew, które wcale jakoś często się nie pojawiały. Szliśmy tak spory kawał czasu, myślę, że blisko 3 godziny i chwilami zastanawialiśmy się, czy w ogóle z tego lasu wyjdziemy. W końcu las zaczął się przerzedzać i z naszej prawej strony wyłoniło się rozległe zbocze góry porośnięte niską roślinnością. Tutaj rozpoczyna się wąska ścieżka prowadząca już pod górę do Przełęczy Orłowicza. Tutaj już ludniej – na Przełęczy spotykają się szlaki żółty, czerwony i czarny, którym przyszliśmy. Dalej wyruszamy szlakiem czerwonym na Smerek – droga wiedzie szczytami, skąd znów można podziwiać piękne widoki.

trasa smerek
szlak czarwony z Przełęczy Orłowicza na Smerek
na smerek
szlak czerwony z Przełęczy Orłowicza na Smerek

na smerek

Schodząc ze szczytu czerwonym szlakiem, dziękowaliśmy, że przejechaliśmy tą Kalnicę i wyruszyliśmy rozpoczynając czarnym szlakiem. Zejście czerwonym szlakiem było bardzo strome i męczące nawet w popołudniowym słońcu. Gdybyśmy wchodzili tędy na górę w samo południe – mogłoby być ciężko. A i 3-godzinny powrót przez las u schyłku dnia czarnym szlakiem byłby trochę hmm… emocjonujący. Z czerwonego szlaku wyszliśmy przed Kalnicą i ostatni odcinek trasy znów pokonaliśmy drogą asfaltową. Uff, miło było posadzić pupę w bezpiecznym samochodzie🙂

smerek szczyt

Dzień trzeci: Bukowiec – Sianki – Źródło Sanu – Bukowiec

Na ostatnią naszą wyprawę wybraliśmy zgodnie z informacją w przewodniku „piękny i łatwy spacer przez najbardziej na południe wysunięty kraniec Polski.” Tego nam trzeba było – na koniec coś na mniejszy wysiłek😉 Trasa wprawdzie dość długa (przewodnik nie podawał czasu, natomiast nasza mapa wskazywała 2 godziny i 20 minut w jedną stronę) i powrót tym samym szlakiem, ale postanowiliśmy wyruszyć skuszeni perspektywą zwiedzenia niezamieszkałej już wsi Sianki (ponoć bardzo popularnej niegdyś miejscowości letniskowej), której zamieszkała część znajduje się nadal po stronie ukraińskiej oraz dojścia do źródła Sanu.

Do tej chwili zastanawiam się czy to nas poniosła wyobraźnia, czy autora tego przewodnika…ale zacznijmy od początku.

Aby dotrzeć w ogóle do szlaku, trzeba najpierw dojechać do Tarnawy Niżej – wyludnionej wsi pośrodku niczego. Z Tarnawy jedziemy dalej wąską asflatową drogą przez pustkowie. Kierowcom samochodów o niskim zawieszeniu polecam uważać – droga wydaje się równa, natomiast w wielu miejscach ma po środku garb, na którym można zostawić podwodzie. Po dobrych kilkunastu minutach asfalt się kończy i rozpoczyna się bita, kamienista droga i tak kolejnych kilkanaście minut. Znów mamy wrażenie, że ta droga prowadzi do nikąd i nigdy się nie skończy. A wokół nic. Łąki i góry.

Alleluja! Jest cywilizacja – tereny dawnej wsi Bukowiec, z których pozostał parking i kasa😉 Musimy zapłacić za parkowanie i wejście na szlak (łącznie 22zł). I tu niespodzianka – z naszego 2h20′ na mapie zrobiło się 3h25′ na słupku informacyjnym. No cóż. Damy radę, w końcu to „łatwy spacer”. Przy kasie przywitała nas jeszcze jedna informacja – ostrzeżenie o dużej ilości żmij:-/ Buty wprawdzie za kostkę, ale nogi gołe miałam, bo w 30-stopniowym upale, ani mi do głowy nie przyszło wkładać długie spodnie, zwłaszcza na „łatwy spacer” drogą do wsi.

Pierwsze 45 minut to faktycznie spokojny spacer szeroką drogą, niegdyś najpewniej asfaltową czy betonową. Malownicze widoki, które możecie zobaczyć poniżej – już fotografowane w drodze powrotnej niedługo przed zachodem słońca. Po przeciwnej stronie już Ukraina i tory kolejowe, które prowadzą do ukraińskich Sianek. W trakcie naszej wędrówki, nawet 2 razy trafiliśmy na pociąg.

sianki trasa

do sianek

sianki szlak

Po 45 minutach dochodzimy do niewielkiego lasu, który kryje dawny cmentarz. Jest i ławeczka – można odpocząć. Wokół nas ani żywej duszy, nikogo nie mijamy, nikt nie idzie przed nami, ani za nami. Jesteśmy kompletnie sami. Z cmentarza droga nagle zmienia się diametralnie, z szerokiej asfaltówki, a potem szerokiej ubitej drogi przez łąki, nagle stajemy przed wielkim pasem roślinności po pas i wąską dróżką szerokości jednej stopy.

No nic, idziemy. Wprawdzie żmije, ale będziemy patrzeć pod nogi (o ile pozwoli gęsta trawa). Wędrujemy w  żółwim tępie, a ścieżka wcale się nie poszerza, co więcej wiedzie pośród nielicznych drzewek i momentami trzeba prawie składać się na pół. Nagle na niewielkim poszerzeniu, uklepanej ziemi wygrzewa się co? Żmija oczywiście. Słysząc, że się zbliżamy czmycha prędko w trawę. Robi się niewesoło. Jesteśmy zupełnie sami, zasięgu w telefonach oczywiście nie ma, w razie awarii jesteśmy zdani na siebie. Szlaku nie znamy, nie wiemy czy ktoś w ogóle nim chodzi sądząc po stopniu zarośnęcia ścieżki.  Postanawiamy przejść jeszcze kawałek, może ścieżka w końcu się skończy i znów wrócimy na szeroki trakt. Po kilku kolejnych minutach nic się nie zmienia, co więcej rozpoczyna się las, a ścieżka tak samo wąska. Podejmujemy decyzję o powrocie – nie znamy szlaku, nikogo oprócz nas tutaj nie ma, nie wiemy jaka droga jeszcze nas czeka. No i żmije. Z ciężkim sercem robimy odwrót.

Aż tu nagle, ni z gruchy ni z pietruchy, zza krzaków pojawia się grupa turystów. Czyli są tu jacyś ludzie! Mimo wszystko mijamy ich i docieramy z powrotem do ławeczki przy starym cmentarzu. Nagle na trasie zrobił się ruch. Jedna grupa, druga grupa, rodzinka z małym dzieckiem (w sandałach! Czyżby czytali ten sam przewodnik i info o łatwym spacerku?). Nie ma opcji idziemy jeszcze raz. Tylko tym razem idziemy za grupą, żeby było raźniej. Wąska ścieżka przez łąki przeobraziła się w wąską ścieżkę przez las pełen pokrzyw po pas i dziwnych roślin o wielkich liściach, czasem nawet po głowę. Nagle szlak łączy się jak gdyby nigdy nic, z szeroką kamienistą drogą. Tak wędrujemy kolejny odcinek, dalej biegnie droga, ale szlak skręca w lewo do lasu🙂 I znów wędrówka w nieznane: wąskie ścieżki w lesie, znów podejścia przez łąki po pas, stroma wspinaczka po korzeniach, a celu nie widać. Docieramy do ruin majątku Stroińskich (czyli do paru kamieni przypominających fundamenty i włazu pod ziemię, który najwyraźniej był piwnicą), a po kilkunastu minutach do kolejnego cmentarza, gdzie pochowani zostali owi Stroińscy. Czyli zbliżamy się do Sianek! Jeszcze tylko sto milionów lat przez las i dojdziemy do wsi. W chwili kiedy już można nas wykręcać, docieramy do postoju. Duża tablica informacyjna ze zdjęciem panoramicznym i opisem. Jesteśmy w Siankach. To znaczy powinnam powiedzieć w łąkach. Sianki są – co najmniej kilometr dalej po stronie ukraińskiej i nie wyglądają jak wieś, a raczej jak całkiem ładne miasteczko. Natomiast w promieniu kilkuset metrów przed nami (a i pewnie kilkunastu kilometrów za nami i na boki) łąki i lasy. Piękne łąki obsypane kwiatem i sięgające ramion. Ale po wiosce ani śladu. Spodziewaliśmy się choćby ruin. Wyobrażaliśmy sobie wioskę podzieloną granicą z jednej strony żywą ze starą stacją kolejową, a z drugiej zrujnowaną.

Chyba jednak mamy zbyt dużą wyobraźnię.

Źródło Sanu określone w przewodniku jako nikły potoczek (tutaj nie spodziewaliśmy się wiele, ale ten widok też nas troszkę zaskoczył) okazał się malutką kałużą pod korzeniem drzewa, spływającą w las ledwie siurczkiem (no ale już nie czepiajmy się – mamy Egipskie temperatury i San mógł podeschnąć. Swoją drogą przewodnik pisze, że to zewnętrzna granica strefy Schengen!). Udało nam się nabrać nieco wody z tego źródła na pamiątkę😉 Zdjęcia brak, szkoda było wyjmować aparat. Spore wrażenie robiły natomiast słupy graniczne powyżej źródła – słup pomalowany na biało-czerwono po naszej stronie, na żółto-niebiesko po ukraińskiej, a na na środku wielkie białe betonowe coś z ukraińskimi napisami (jak ktoś wie, co to jest to wielkie betonowe coś i co tam może pisać, to proszę niech napisze w komentarzu).

Droga powrotna dla odmiany zajęła nam 2 godziny. Dostaliśmy niezłego sprinta. Wprawdzie patrząc po nogi i kontrolując czy nie ma na drodze żmij, ale jakoś już z mniejszym strachem🙂 Po dotarciu na parking spotkaliśmy leśnika, który dołożył nam swoje pięć groszy opowiadając o trujących roślinach, których na szlaku jest sporo (fajnie nie?;)) Dowiedzieliśmy się też, że ruiny Sianek istnieją naprawdę, wprawdzie tylko fundamenty i kilkadziesiąt studni, ale można je zobaczyć wczesną wiosną, kiedy trawy są jeszcze niskie (to wiele wyjaśnia).

Hmm może połasimy się na tą wyprawę jeszcze raz na wiosnę?🙂

Tak właśnie spokojny spacerek, okazał się najdłuższą i najtrudniejszą dla nas trasą.

6 thoughts on “bieszczadzka wyprawa, czyli nie wierz mapom i przewodnikom ;)

      1. Ustrzyki Dolne🙂 Powiem Ci, że jak tam mieszkałam to jakoś tak mi te góry obojętne były, dopiero jak wyjechałam na wyspy to zatęskniłam za tym krajobrazem, świeżocią powietrza i tym wszystkim🙂

      2. Ale to chyba każdy tak ma, że jak się przebywa na co dzień w danym miejscu, to przestaje się zauważać pewne rzeczy. Jak ktoś mieszka nad morzem to też pewnie nie budzi się co dzień z myślą „jak cudownie! mieszkam nad morzem!”😉 Ale to fakt – Bieszczady – góry i te na wpół opuszczone wioski mają coś w sobie – są piękne, a jednocześnie takie trochę „creepy” (przynajmniej dla mnie).

  1. cudne zdjęcia, przywołują masę cudnych wspomnień🙂 w Bieszczadach byłam raz, jeszcze w liceum, i zawsze obiecałam sobie, że jeszcze tam wrócę. mam nadzieję, że tak się stanie🙂

Zapraszam do komentowania :)

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s