o tym dlaczego nie zostanę kulinarną celebrytką

Dziś przepisu nie będzie, będzie za to garść moich przemyśleń kulinarnych. Potraktujcie je proszę z lekkim przymrużeniem oka, tekst nie ma na celu atakowania nikogo personalnie, a Top Chef to jedynie przykład – równie dobrze mogłabym posłużyć się innym tego typu programem. To też trochę tak w kontekście mojego wczorajszego pogwałcenia befsztyka😉

Telewizja to jest takie zaczarowane pudełko – nigdy nie wiadomo, czy przedstawia rzeczywistość, czy ją kreuje?

Zdarzyło mi się ostatnio oglądać niektóre odcinki Top Chef i pomimo, że w pełni zdaję sobie sprawę jakimi prawami rządzi się telewizja i programy tego typu, to czasem nie mogę wyjść ze zdziwienia po tym co tam widzę. Ponieważ jednak program ten dotyczy gotowania, to ciekawi mnie bez względu na formułę w jakiej jest prowadzony. Do rzeczy.

W ostatnim odcinku, w jednej z konkurencji uczestnicy mieli okazję gotować pod dowództwem dwójki jurorów. Jednym z nich był Wojciech Modest Amaro, o którym słyszałam już jakiś czas temu w jakiejś telewizji śniadaniowej. I teraz, żeby nie zostać źle zrozumianą, absolutnie nie umniejszam wiedzy kulinarnej Pana Amaro, którą posiada na pewno i przy nim moja własna, to nawet nie kiełkująca roślinka. Ale oczy moje otwierały się coraz szerzej patrząc jak pęsetą układa na talerzu różne elementy dania, a potem pozostała dwójka jurorów niemal rozpływa się nad finezją, smakiem i kompozycją dzieła Mistrza. OK – takie są reguły programu i trudno, żeby jeden juror kwestionował mistrzostwo drugiego i powiedział mu zwyczajnie – słuchaj Wojtek, no nie smakowało mi to. Zaznaczam, że nie miałam też nigdy okazji (i pewnie mieć nie będę) by spróbować dania, które wyszło z kuchni Pana Amaro i istnieje taka możliwość, że gdyby mnie taka okazja spotkała, to po skosztowaniu co najmniej padłabym w podzięce na kolana niedowierzając, że ludzkie ręce mogły skomponować takie cudo. Niewykluczone.

Ale tak całkiem subiektywnie odczuwam lekki przerost formy nad treścią. Nie chodzi o jedzenie, którego zresztą w tym przypadku było tyle co kot napłakał, ani o samą osobę Pana Amaro, co o tę otoczkę medialną, jaka gotowaniu zaczęła towarzyszyć. Kulinarni celebryci stali się niemal nadludźmi, bogami i guru kuchennym każdego Polaka. Alfą i omegą garnka i patelni. Szczytem wyrafinowania, dobrego gustu i klasy. A cała reszta jest miałka i bez grama finezji, jak w starym skeczu Kabaretu Moralnego Niepokoju o wielkim zmutowanym chomiku. Nagle okazuje się, że wszyscy mają smak wysublimowany do granic możliwości, stołują się tylko i wyłącznie w restauracjach z klasą i wyszukanym menu…

I tutaj pojawiła mi się kolejna kwestia, która w tym właśnie odcinku Top Chef zwróciła moją uwagę i wprawiła w lekką konsternację. Uczestnicy konkursu mieli za zadanie przygotować dla jury pizzę. Oczywiście jurorzy po degustacji przyjęli wspólny front i z wielu ust padały zarzuty, że Polacy to lubią tak na bogato, tak duuużo wszystkiego i na dodatek wieeelkie porcje (a fuj!). Ja się pytam zatem – a cóż w tym złego? Co obrzydliwego i uwłaczającego jest w tym, że my Polacy lubimy na bogato, a nasze porcje nie są na jeden kęs? Ciekawe czy Tajlandczycy albo  Malezyjczycy wstydzą się swoich wielkich placków chlebowych i sosu nalewanego chochelką (tutaj zapraszam na fantastyczny blog Tofu na Patyku  – gdzie możecie zapoznać się z azjatycką kulturą kulinarną)? Czy Amerykanie uważają, że ich tradycja kulinarna jest obciachowa? Może też mają swoich celebrytów kulinarnych, którzy mówią im, że to tak nieelegancko i bez klasy podawać sos na chochle? Nasi rodzimi celebryci (a prócz jurorów Top Chef, w pizzowej konkurencji opiniowały również inne gwiazdy TV) kiwali głowami jeden po drugim z lekkim niesmakiem – że tego za dużo, tamtego za dużo…ehh to takie polskie.

I cóż w takiej sytuacji zrobić ma przeciętny Polak, który w ramach wieczornego odpoczynku odpala telewizor i ogląda Top Chef zajadając dajmy na to polską pizzę w wersji na bogato? No chyba tylko spaść na skraj depresji, jako szczyt bezguścia i dobrego smaku. Mam jednak nadzieję, że przeciętny Polak ma w sobie jednak sporo dystansu i w tej sytuacji zwyczajnie luzuje pasek w spodniach, żeby zmieściło mu się więcej pizzy😉

Przyznam, że przeglądając przepisy na różnych blogach sama miałam taki moment zamyślenia – o kurcze, ludzie to prowadzą wyrafinowaną kuchnię – ricotta, balsamico, cuda-wianki, a ja tutaj z makaronem z kiełbasą i kluskami kładzionymi wyskakuję…

Na litość – gotowanie to nie operacja na otwartym sercu! Gotowanie i jedzenie ma sprawiać przyjemność i gotującym i jedzącym – a każdy i smak i pojemność żołądka ma inną, więc bez spiny! Inspirujmy się pomysłami naszych kulinarnych „guru”, szukajmy nowych smaków, eksperymentujmy, ale nie podchodźmy do gotowania z taką śmiertelną powagą, jakbyśmy byli na sądzie ostatecznym (tutaj zawsze mnie lekko przeraża moment, w którym uczestnicy rywalizacji stawiają przed jurorami talerze z przygotowanymi przez siebie daniami, a potem stają w równym rządku oczekując na wyrok – rozstrzelanie co najmniej).

Jeśli więc Twój mąż najbardziej lubi schabowego z kapustą i kompot, a podczas oglądania Top Chef prycha z rozbawieniem, to niczym się nie przejmuj, tylko ciesz się, że lubi to co mu gotujesz, a na deser upiecz mu sernik. Najlepiej z ricotty…a nóż widelec mu posmakuje 😉

4 thoughts on “o tym dlaczego nie zostanę kulinarną celebrytką

  1. Bardzo trafnie napisane. Sama chyba też bym się nie nadawała do tego typu programów, bo ogólnie mówiąc mam gdzieś sztukę kulinarną, jeśli właśnie zrobiłam najlepszy w życiu sernik albo pieczeń! I pewnie popełniłam przy tym masę niewybaczalnych błędów, ale póki gotowanie nie jest moim zawodem, a hobby to wszystko jest w porządku. Owszem, chętnie nauczyłabym się od ludzi takich jak Pan Amaro sztuki kulinarnej, ale chyba nie będzie mi to dane, więc póki co muszę się posiłkować własną wyobraźnią. A porcje robię różne, w zależności od apetytu domowników. Pozdrawiam i cieszę się, że nie wszyscy biorą kuchnię tak na poważnie!

  2. Myślałam, że tylko ja mam takie odczucia po obejrzeniu ostatniego odcinka Master Chefa. Osobiście jak robię w domu pizzę czy wychodzę do pizzerii to zawsze zamawiam tą „bogatszą” wersję z wieloma składnikami. Po prostu lubię jak jest na niej dużo różnorodnych rzeczy – szynka, kukurydza, pomidory, oliwki… A w tym programie faktycznie, nie dość że te pizze były malutkie to bardzo chwalona była klasyka – tylko dwa, trzy składniki. Jak oglądam ten program to o większości przygotowywanych dań nie mam zielonego pojęcia i nawet nie wiem z czym to się je. Ale tak jak napisałaś – trzeba gotować to, co smakuje domownikom, a przy okazji trochę eksperymentów nie zaszkodzi. Bardzo fajny wpis. Pozdrawiam!

    1. Cieszę się, że nie tylko ja zwróciłam na to uwagę. Nie mam nic przeciwko kuchennemu minimalizmowi czy zachowywaniu klasycznych zestawień, natomiast bardzo nie spodobało mi się właśnie to podejście, że jak po polsku z dużą ilością składników, to od razu bez smaku – a co z naszym tradycyjnym bigosem na przykład? Wydaje mi się, że to „na bogato” wynika częściowo z naszej historii, z tego, że kiedyś każdy musiał wymyślić jak zrobić coś z niczego, ucztę z 4 produktów na krzyż. Ale nie uważam, żeby to było uwłaczające naszej kulturze kulinarnej.
      Moim zdaniem, to, że akurat pokazują tam różne składniki, czy dania o których istnieniu nam się nawet nie śniło, to akurat fajne – można się wielu ciekawych rzeczy dowiedzieć, zainspirować. Ale mimo wszystko oglądając te programy, mam wrażenie, że akurat gotowanie to ostatni priorytet mediów😉

Zapraszam do komentowania :)

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s