co mnie zaskoczyło w Szkocji – część 2

Zapraszam Was dziś na kolejną porcję zaskakujących faktów różniących Szkocję od reszty świata😀
ChildLeashWoman-2

Przypuszczam, że w Polsce to temat dość kontrowersyjny – prowadzanie dziecka na „smyczy” (nie wiem czy to się jakoś specjalistycznie nazywa, ale widok powoduje dość jednoznaczne skojarzenie) wymaga od rodziców pewnego rodzaju odwagi i nastawienia się na cały wachlarz krzywych spojrzeń i komentarzy. Tutaj odnoszę wrażenie, że prowadzenie potomka „na sznurku” jest rzeczą zupełnie normalną i nikogo nie dziwi. Pracuję w miejscu gdzie przetaczają się tabuny rodziców z dzieciakami i nie przesadzę, jeśli powiem, że z połowa z nich chodzi na smyczy.

Nie mnie oceniać czy to dobre czy złe, sama mam mieszane uczucia względem tego wynalazku. Natomiast powszechność tego widoku tutaj zaskoczyła mnie, bo w Polsce ani razu chyba nie miałam okazji widzieć dziecka prowadzonego na smyczy. Przypuszczam, że w Polsce w mniejszych miastach czy na wsiach taki widok spotkałby się z całą falą skrajnych reakcji – od pochwał po wzywanie pomocy społecznej (z przewagą tej drugiej). Tutaj najwyraźniej ta „metoda wychowawcza” jest całkiem powszechna i akceptowana.

∗∗∗

Oczywiście nie obejdzie się bez kategorii – dom🙂

Anegdota:

postanowiliśmy dokonać z Lubym zakupu kompletu pościeli. Co okazało się sporym wyzwaniem, bo chcieliśmy tak jak w Polsce kupić komplet bawełnianej pościeli, pod którą człowiek nie czuje się jakby spał w foliowym worku. Tutaj niestety powszechnym jest spanie w poliestrze, więc kupienie kompletu pościeli z bawełny okazało się sporym wydatkiem finansowym rzędu od 50 do 100 funtów. Udało nam się jednak całkiem przypadkiem znaleźć komplet pościeli 100% cotton, na dodatek z flaneli. W paskudnym wprawdzie kolorze, ale czego się nie robi dla wygody i przyjemności spania w miękkim bawełnianym kokonie. Jakie było nasze zdziwienie, kiedy wróciliśmy do domu i rozpakowaliśmy zdobycz. Wyjmujemy pierwszy z zestawu element – wielki kawał materiału – takie sporej wielkości prześcieradło. Myślimy – szkoda, że nie z gumką, byłoby wygodniejsze, ale duże, powkłada się pod materac i będzie dobrze. Idziemy dalej – dwie poszewki na poduszki. I ostatni element z paczki – a kuku – prześcieradło. Z gumką.

???

Dostaliśmy wybrakowany zestaw? Dwa prześcieradła? Gdzie poszewka na kołdrę? Cel posiadana 2 „prześcieradeł” wyjaśnił nam współlokator. To wielkie „prześcieradło” bez gumki nazywa się flat sheet i służy do oddzielenia śpiącego od jego kołdry, tudzież tego pod czym śpi np. koca. Kładzie się to na prześcieradle, na to kołdrę, koc czy co tam, a na to można położyć jeszcze ozdobną narzutę. Fragment tego prześcieradła wykłada się na wierzch i tak się śpi. Brzmi skomplikowanie – najlepiej widać to na załączonym obrazku.

flat sheet

Pościelowa historia zakończyła się zakupem kolejnego kompletu pościeli (krakowskim targiem 50/50% z poliestru) z prawdziwą poszewką na kołdrę, a rzeczone flat sheet służy nam jako narzuta😀

Z pozostałych jakże istotnych w życiu codziennym drobiazgów odróżniających Szkocję od reszty świata to okna otwierane do zewnątrz (jeśli nie jesteś Spidermanem, to nie pozostaje nic innego, jak wynająć firmę do umycia okna po zewnętrznej stronie) i całkiem zmyślne w wielu przypadkach (o ile nie zapomnisz włączyć/wyłączyć) włączniki prądu przy gniazdkach. Wtykasz wtyczkę, ale prąd nie popłynie, dopóki nie włączysz magicznego przycisku ON. Zdarzyło mi się już kilka godzin ładować telefon albo elektryczną szczoteczkę bez wciśnięcia tego magicznego pstryczka😀

onoff

∗∗∗

Czego by nie powiedzieć o wyspach, tutaj pieniądze naprawdę leżą na ulicy😉 Serio. Za całe życie w Polsce nie udało mi się znaleźć na ulicy tyle zgubionych/porzuconych monet, co tutaj w ciągu kilku miesięcy. Nie ma dnia, żebym nie znalazła jakiejś szczęśliwej monety.

„See a penny, pick it up. All day long you’ll have good luck.”

A girl in red shoes finds a penny on the sidewalk. Pick it up and you'll have good luck all day!

Zgodnie z powyższą zasadą, będę miała chyba tyle szczęścia w życiu, że nie wiem czy dam radę ogarnąć😉 Ale najwyraźniej nikt tutaj drobnych z ziemi nie podnosi – kiedyś byliśmy świadkami jak gość wyszedł ze sklepu, coś tam grzebał po kieszeniach i niechcący wypadła mu moneta. Już miał się schylić, żeby ją podnieść, ale zorientował się że to tylko 2 pensy, więc cofnął się i sobie poszedł. Dla mnie podniesienie monety z chodnika to odruch podobny do tego, który mówi, że chleba nie wyrzuca się do kosza na śmieci. Chucham i chowam do kieszeni. Przynoszą mi szczęście jak brakuje mi drobnych na bilet autobusowy😉

∗∗∗

Kiedy lecieliśmy do Aberdeen jedną z naszych obaw było to, że w dużym mieście, blisko 250 000 mieszkańców, brakować nam będzie zieleni, lasu i miejsc, gdzie można wyjść na spacer, poszwędać się w samotności. Wiecie, tylko beton, granit, korki, sznury samochodów, te sprawy. Wiecie jak bardzo miasto może zaskoczyć? Chodzimy z Lubym naprawdę dużo, staramy się eksplorować miasto na piechtę (bo niestety na razie auta brak) we wszystkich możliwych kierunkach, stąd często gubimy się i odnajdujemy sporo fajnych miejsc.

Nie wiem czy tendencja do betonowania wszystkiego jest tendencją ogólnopolską, mówię na przykładzie mojego miasta – niedużego – 50 000 mieszkańców, południe kraju. Każdy fragment wolnej trawiastej i drzewiastej przestrzeni w przeciągu ostatniego dziesięciolecia został zabetonowany na potrzeby parkingu, garaży tudzież mniejszych i większych pomieszczeń „do wynajęcia”.  Szczytem (dla mnie) było wycięcie kilkudziesięciu drzew w centrum miasta, wokół osiedla mieszkalnego i postawienia tam piętrowych budynków, do wynajęcia oczywiście, na sklepy i biura. Oczywiście miasto zapewniło, że w zamian za wycięte drzewa postawi dzieciakom plac zabaw, nie zmienia to faktu jednak, że zieleni i drzew coraz mniej. Beton. Beton. Beton.

Ta dygresja miała na celu wyjaśnienie mojego zaskoczenia Aberdeen – które skądinąd jest dużym, przemysłowym miastem. Pomijając całe oficjalnie stojące parki, ogrody letnie i zimowe, błonia, wystarczy zapuścić się w miasto, by zaskoczyć się ilością niespodziewanej zieleni. Środek miasta, główna ulica spory ruch. Po jednaj stronie chodnika kawałek trawnika i wydeptana ścieżka w dół (Aberdeen to miasto gdzie dużo się chodzi pod górkę i z górki – to całkiem logiczne), po prawej i po lewej osiedle mieszkalne, a przed nami rzeka, drzewa i kawał trawnika po obu stronach rzeki (wiecie nie jakaś bycza rzeka, taki większy strumień), jakieś dzieciaki tylko rzucają sobie piłką do baseballa, poza tym nikogo. I takich miejsc jest mnóstwo.

Powiecie oj tam, oj tam, w wielu Polskich miastach jest dużo zieleni – nie wymyślaj. Ale ile z Was spotkało sarny wracając z Lidla? Idziemy sobie kiedyś z Lidla, środek miasta, Lidl przy jednej z głównych ulic. Na tyłach Lidla jest rezerwat przyrody (a co!) biegnie przez niego ścieżka dla pieszych. Stoją na niej dwie osoby i patrzą na coś, patrzę więc i ja, a przez środek trawnika wędruje sobie spory kawał lisa z jakąś zdobyczą w paszczy. Idziemy dalej, robimy skrót przez miejski park. Słońce chyli się ku zachodowi, w parku niewiele ludzi. Idziemy chodnikiem, a tu z zarośli wyłania się jelonek i sarenka. Jelonek raźno zmierza w naszym kierunku. Zastygliśmy w bezruchu żeby go nie spłoszyć, ale on wydawał się całkiem zainteresowany naszą obecnością i idzie w naszą stronę. Dość niezwykła jak na środek miasta i drogę powrotną z Lidla sytuacja. Co robić? Wiać? Przywołać jelonka gwizdaniem? Sarenka okazała się dużo bardziej płochliwa, podbiegła do jelonka, czmychnęły nam przed nosem i pobiegły wypasać się na drugą stronę trawnika. Taka sytuacja.

park

Poza jelonkami i lisami, na porządku dziennym są szare wiewiórki i mieszkające w wielu miejscach stada królików. Królików, nie naszych poczciwych leśnych zajęcy sporych rozmiarów, tylko małych wielkanocnych króliczków (kiedyś zamieściłam na FB zdjęcia, jeśli macie ochotę to zapraszam). Jeśli macie ochotę na krowy i owce to wystarczy wyjść poza osiedla i już można spacerować drogą wśród pól i pastwisk.

∗∗∗

Dla wszystkich fanów lumpeksowych eksploracji mam złą wiadomość – tutaj nie ma lumpeksów/secondhandów – jak kto woli. Na naszym osiedlu jest „lumpeks odwrotny”, czyli miejsce, gdzie każdy może przynieść swoje nieużywane ubrania, zabawki etc.- dają funt bodajże za kilogram. Są jednak miejsca, które gwarantują podobne do lumpeksowych wykopalisk wrażenia. Charity shopy. Czyli sklepy, w których można kupić nowe i używane ubrania, książki i wszystkie inne rzeczy, które przyjdą Wam do głowy. Oczywiście w bardzo atrakcyjnych cenach. Najfajniejsze jest jednak to, że pieniądze zostawione przez klientów nie idą do kieszeni właściciela sklepu, a na cele dobroczynne. Każdy charity shop zbiera na inny cel. Często pracują w nich wolontariusze. I tak na przykład na poniższym zdjęciu, środki pieniężne uzyskane ze sprzedaży powędrują dla zwierzaków, które potrzebują opieki weterynaryjnej. Dobry pomysł, prawda? Myślicie, że u nas coś takiego mogłoby się sprawdzić?

charity

pozdrawiam paula

2 thoughts on “co mnie zaskoczyło w Szkocji – część 2

  1. Obawiam sie ze w Polsce taki Charity shop by nie przeszedł… Polacy są bardzo zachłanni a poza tym musieliby do interesu dokładać (trzeba opłacić rachunki, czynsz, prąd etc) a szkoda bo to fajna inicjatywa🙂

    1. Właśnie ciekawi mnie jak to tutaj funkcjonuje, czy może prowadzący takie sklepy są w jakiś sposób zwolnieni z pewnych opłat. Te sklepy tutaj znajdują się przy głównych ulicach handlowych, a wiadomo, że w takich miejscach czynsze na pewno nie są niskie. Być może część z dochodu „idzie” na utrzymanie sklepu a reszta na cel dobroczynny, bo zakładam, że sklepy takie są prowadzone przez fundacje, a nie osoby prywatne.

Zapraszam do komentowania :)

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s