pora deszczowa

coffee colour

Nadeszła pora deszczowa. Od zeszłego wtorku pada, z małą przerwą z okazji Sylwestra. Nie to, żeby lało przez godzinę czy dwie. Po prostu pada non stop. Kapuśniaczek, drobny siarczysty deszczyk, mocniejszy deszcz o dużych kroplach – wszystkie rodzaje deszczu jakie możecie sobie wyobrazić. Żeby tego było mało – wieje. We wszystkich możliwych kierunkach. Porywiście. Raz w plecy, raz w twarz tak, że nie można złapać oddechu. Powiedzenie „piździ jak w Kielcach” zupełnie zmienia swoje znaczenie. To co najwyżej „w Kielcach dość mocno wieje” (o ile w ogóle w Kielcach wieje inaczej niż gdzie indziej). Połączenie tych dwóch żywiołów sprawia, że posiadanie parasola jest bezcelowe. Przy pierwszym mocniejszym podmuchu albo pofruniecie w niebo jak Mary Poppins, albo będziecie szukać dużego kosza na śmieci, który zmieści powykrzywiane jak paralityk pozostałości po parasolce (najwyraźniej z braku odpowiednio dużych koszy na śmieci można gdzieniegdzie na ulicach Aberdeen znaleźć porzucone w akcie desperacji parasole). Pozostaje przyjąć na klatę (dosłownie) taki stan rzeczy i pozwolić smagać się po twarzy zacinającymi we wszystkie świata strony kroplami deszczu.

Kojarzycie też takie dni, gdy z rana trzeba zaświecić światło, żeby zrobić mejkap i śniadanie (i nie mam tutaj na myśli kogoś kto ma pobudkę o 3 nad ranem)? Taki moment, kiedy każde pomieszczenie wypełnia pochmurny szary świt? Od prawie dwóch tygodni szary świt jest stanem stałym i generalnie światło mogłoby świecić się od wschodu do zachodu słońca, które mam nadzieję jeszcze gdzieś tam pod grubą warstwą szarych chmur się nadal znajduje (o, u sąsiadów się świeci, chociaż jest dopiero 13:00).

light lights

Zamiast światła żarówki zapalam pozostałe po Świętach, zawieszone pod kuchennym sufitem, kolorowe lampki. Zaparzam mocną kawę z mlekiem i cukrem, puszczam sobie cicho ulubioną muzykę i zasiadam w kuchni. W piekarniku piecze się ciasto (już ponad godzinę…powinnam chyba ustawić wyższą temperaturę…), na kuchni pyrka rosół (bo rosół jest podobno dobry zawsze i na wszystko). Piekarnik rozgrzewa przytulnie kuchnię, ciasto robi się złociste i chrupkie i pachnie w całym domu. A ja cieszę się, że dziś nie muszę wystawiać nosa na dwór i mogę cały dzień kokosić się w cieple. Nikt nie goni, nigdzie nie trzeba się spieszyć. W ogóle nic nie trzeba.

Za oknem wieje i pada. Może wreszcie się wywieje i wypada i przestanie. Wyjmuję ciasto z piekarnika. Pachnie słodko i chrupiąco. Jeszcze za gorące żeby spróbować…

…nie mogę się powstrzymać, kroję piętkę. Słodkie i ciepłe. Skórka przyjemnie chrupie, ziarenka maku strzelają w zębach. Banan i mak – zaskakująco smaczne połączenie. Może zaparzę jeszcze jedną kawę. Tym razem czarną.

ciasto

 

pozdrawiam paula

 

4 thoughts on “pora deszczowa

    1. Nie jest tak źle, póki co pogodowa deprecha mnie nie dopadła. Na szczęście nawet w zimowej porze deszczowej, Aberdeen jest bardzo zielone (w porównaniu do polskiej zimowej bezśnieżnej pogody). Chociaż nie powiem, teskni mi się za spędzaniem wolego czasu na powietrzu, w słońcu, którego wiosną czy latem wcale nie jest znowu tutaj tak mało. No i za długim dniem…byle do wiosny🙂

Zapraszam do komentowania :)

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s