mincemeat pies, czyli wyspowe przysmaki świąteczne

Klasycznym świątecznym tutejszym przysmakiem są mince pies, czyli po naszemu kruche babeczki z bardzo słodkim bakaliowym nadzieniem. W grudniu mince pies pojawiają się w każdym sklepie i są jednym z głównych okołoświątecznych słodyczy, jakimi możemy być poczęstowani jeśli w tym czasie gościmy na wyspach.

Próbowałam kilku sklepowych mince pie’ów i wszystkie były przeokropnie słodkie. Aż chwilami cukier zgrzytał w zębach, dlatego na potrzeby własne wykonałam kruche ciasto bez odrobiny nawet cukru. I takie właśnie Wam polecam jeśli nie lubicie bardzo słodkich słodyczy. By zniwelować jeszcze słodycz mincemeat’a do części babeczek dodałam na wierzch marmoladę pomarańczową, którą bardzo lubię, ale oczywiście nie jest to konieczne. Mince pies możecie też przez upieczeniem posypać granulowanym cukrem lub po upieczeniu cukrem pudrem.

W UK mincemeat można kupić gotowy w słoiku. Wspominałam już o nim przy okazji przepisu na mincemeat pudding. W zależności od firmy może się lekko różnić składnikami (mincemeat jest też w dwóch rodzajach – z alkoholem i bez), natomiast zawsze bazą są prażone jabłka, rodzynki, suszone porzeczki i korzenne przyprawy i tona cukru 🙂 Przygotowując własny mincemeat możecie pominąć cukier zupełnie – będzie na pewno zdrowszy niż ten sklepowy. W końcu suszone i kandyzowane owoce same w sobie są słodkie i dodatkowy cukier może przydać się chyba jedynie jeśli chcecie zakonserwować mincemeat na dłużej. Oczywiście nie musicie też poprzestawać na prażonych jabłkach, rodzynkach i suszonych porzeczkach. Jeśli lubicie możecie dodać daktyle, suszone morele lub śliwki.

Mincemeat pie można również przygotować w dużej formie do tarty i podawać pokrojone jak tort.

mincemeat pies

Składniki (na 12 sztuk):

  • 1½ szklanki mąki
  • ok. 100 g masła
  • szczypta soli
  • kilka łyżek bardzo zimnej wody
  • 400 g meance meat (możecie przygotować samodzielnie mieszając: uprażone jabłka, moczone w wodzie lub alkoholu rodzynki, suszone porzeczki lub żurawinę, kandyzowaną skórkę pomarańczową i cytrynową i przyprawy: cynamon, gałkę muszkatołową, goździki, cukier)
  • opcjonalnie: marmolada pomarańczowa

Bazą naszych babeczek będzie kruche ciasto. Przygotowujemy je standardowo mieszając mąkę i sól  z posiekanym masłem, następnie dodajemy kilka łyżek bardzo zimnej wody i szybko zagniatamy. Ja zawsze wstępnie zagniatam w dużej misce, a dopiero potem przenoszę ciasto na blat. Jest wtedy mniej bałaganu z rozsypaną wszędzie mąką.

Gotowe ciasto formujemy w krążek i wkładamy do lodówki lub zamrażalnika na kilka/kilkanaście minut.

Formę do muffinek wysmarowujemy lekko masłem.

Schłodzone ciasto wałkujemy niezbyt cienko (ok. 3mm) i wykrawamy kółeczka. Muszą być na tyle duże, aby wypełniły muffinkową foremkę. Każdą z foremek wypełniamy ciastem, dociskając do dna i ścianek. Do środka nakładamy mincemeat – nie za dużo, aby podczas pieczenia nie kipiało i nie przykleiło się do formy.

Ja przygotowałam dwa rodzaje pie’ów, takie jakie można spotkać w tutejszych sklepach – otwarte z gwiazdką, do nich nałożyłam jeszcze na wierzch odrobinę marmolady pomarańczowej i zamknięte. Dekoracyjne listki dodałam od siebie.

Na wierzchu każdego pie’a układamy gwiazdkę lub zaklejamy kółeczkiem z kruchego ciasta. Wkładamy do nagrzanego do 190ºC piekarnika i pieczemy do zrumienienia – 20-25 minut. Po wyjęciu studzimy i przechowujemy do kilku dni w szczelnie zamkniętym pojemniku. Można je posypać cukrem pudrem, jednak mnie już jednak słodyczy wystarczyło.

Smacznego!

mince pies

babeczki swiateczne

prosta tarta creme brulee z białą czekoladą

Po produkcji ostatniej bezy zostało mi trochę żółtek, postanowiłam więc wykorzystać je do przygotowania creme brulee. Jeśli nigdy nie próbowaliście prawdziwego creme brulee, to musicie koniecznie spróbować.

Z creme brulee już zawsze będzie kojarzyć mi się ta sceną i wspomnieniem mojego pierwszego creme brulee w krakowskim Słodkim Wentzl’u.

 

Oczywiście moja wersja jest jedynie namiastką prawdziwego francuskiego creme brulee, nie zmienia to jednak faktu, że w przeciwieństwie do bezy, prawie całą tratę zjadł Luby (który nie przepada za słodyczami) znaczy, że musiała być dobra 😉

Podana poniżej ilość składników wystarczy na przygotowanie tarty w okrągłej formie do tarty lub okrągłej formie do tortu, średnicy ok. 20 cm. Ja przygotowałam tartę w małej podłużnej foremce, a resztę kremu wlałam do małego żaroodpornego naczynia i również zapiekłam.

tarta creme brulee z biala czekolada

Składniki (na ok. 20cm średnicy okrągłą formę):

  • ok. 200 g herbatników digestive (można zastąpić zwykłymi herbatnikami)
  • 1/3 kostki masła
  • 1-2 tabliczka białej czekolady
  • 5 żółtek
  • 500 ml śmietanki 30 lub 36%
  • 1/3 szklanki cukru
  • 1 łyżeczka esencji waniliowej lub 1-2 łyżeczki cukru waniliowego
  • brązowy cukier do posypania z wierzchu

Z żółtek (powinny mieć temperaturę pokojową) i cukru przy użyciu miksera ukręcamy kogiel mogiel.

W garnku podgrzewamy śmietankę z esencją waniliową, kiedy już prawie wrze wyłączamy gaz i cały czas mieszając powolutku dodajemy kogiel mogiel. Śmietanka nie może wrzeć, aby żółtko się nie ścięło. Kiedy już cały kogiel mogiel znajdzie się w garnku ze śmietanką, odstawiamy ją do przestygnięcia.

W tym czasie zajmiemy się ciasteczkową bazą naszej tarty. Herbatniki gnieciemy na możliwie najdrobniejszy proszek. Ja zwykle rozdrabniam je w dłoniach, ale jeśli dysponujecie woreczkiem z grubszej folii, to można tam wrzucić ciastka i potraktować je wałkiem. Roztapiamy masło i dodajemy do niego pokruszone ciastka. Mieszamy aż powstanie masa i całe ciastka wchłoną tłuszcz.

Formę do pieczenia wykładamy masą ciasteczkową ugniatając i dociskając do dna i brzegów, po czym wkładamy ją na 10 minut do zamrażalnika (lub na 20 minut do lodówki).

Białą czekoladę rozpuszczamy w mikrofali (2-3 minuty w zależności od mocy) lub w kąpieli wodnej (w garnku gotujemy wodę, na garnku umieszczamy najlepiej metalową miseczkę, do której wkładamy połamaną czekoladę, cierpliwie czekamy aż zacznie topnieć, mieszamy i czekamy).

Formę z ciasteczkową bazą wyjmujemy z zamrażalnika i spód pokrywamy białą czekoladą. W moim przypadku wystarczyła jedna tabliczka, do większej okrągłej formy potrzebne będą dwie tabliczki.

Formę znów wkładamy do zamrażalnika, dosłownie na 5 minut, aby czekolada stężała. W tym czasie rozgrzewamy piekarnik do 150ºC – górna i dolna grzałka (u mnie ok. 140ºC i termoobieg, ponieważ niezmiennie mam tylko górną grzałkę).

Do formy wlewamy śmietankę z koglem moglem i pieczemy ok. 45-50 minut. Ja część śmietanki wlałam do formy, a drugą część do małego żaroodpornego naczynia i również zapiekłam. Po upieczeniu formę wyjmujemy z piekarnika i posypujemy brązowym cukrem – jeśli mamy palnik, przypalamy cukier przy pomocy palnika. Jeśli nie, temperaturę w piekarniku podkręcamy na 200º, przełączamy na górną grzałkę i na najwyższą półkę wkładamy naszą tartę. Przypieczenie jej z wierzchu zajmie dosłownie sekundy, więc nie odchodźcie nigdzie i co parę sekund zaglądajcie co dzieje się z tartą, bo przypala się w tempie ekspresowym.

Tartę odstawiamy do całkowitego wystudzenia. Przechowujemy w lodówce maksymalnie do 3 dni (szybko zmienia smak i łapie lodówkowe zapachy).

Smacznego!

odrywane dyniowe drożdżówki

Wielka blacha gorących, dyniowych drożdżówek jest w stanie rozjaśnić nawet najbardziej pochmurny i deszczowy jesienno-zimowy wieczór. Nawet ci, którzy dyni nie lubią, nie oprą się słodkim, pachnącym i żółtym jak kurczaczek bułeczkom.

Drożdżówki wymagają trochę pracy i czasu, ale absolutnie są tego warte.

Z podanych ilości wychodzi pełna, duża blacha wielkości piekarnika (ok.20 sztuk). Jeśli wystarczy Wam 10-12 bułeczek, zredukujcie ilości składników o połowę.

odrywane dyniowe drozdzowki

Składniki:

  • 250 ml mleka
  • 150 g masła
  • puszka puree z dyni (ok. 400g)
  • 4 łyżki białego cukru
  • 2 łyżki przyprawy korzennej
  • 1 łyżeczka soli
  • 1 duże jajko
  • 3 łyżeczki suchych drożdży
  • 4 szklanki mąki pszennej
  • ¾ szklanki brązowego cukru
  • 1 łyżka cynamonu
  • ½ szklanki cukru pudru
  • 1 łyżeczka soku z cytryny

W garnuszku podgrzewamy mleko, dodajemy połowę masła, 4 łyżki białego cukru i drożdże. Wszystko mieszamy razem aż drożdże się rozpuszczą. W dużej misce mieszamy razem: puree z dyni, przyprawę korzenną, sól i jajko. Dodajemy ciepłe mleko i ponownie mieszamy. Następnie dodajemy mąkę i mieszamy, najpierw łyżką, a gdy ciasto robi się już bardzo gęste zaczynamy zagniatać ręką. Zagniatamy do uzyskania jednolitego, elastycznego ciasta, w razie potrzeby dodajemy mąkę. Miskę przykrywamy czystą ściereczką i ciasto odstawiamy na godzinę w ciepłe miejsce (ja podgrzewam piekarnik do 50ºC, następnie gaszę i do ciepłego wkładam miskę z ciastem – zawsze się sprawdza).

Przygotowujemy nadzienie do drożdżówek: rozpuszczamy drugą połowę masła, dodajemy brązowy cukier i cynamon.

Po godzinie ciasto zagniatamy ponownie i podsypując lekko mąką, rozwałkowujemy na prostokąt grubości 5 mm. Całą powierzchnię ciasta smarujemy miksturą z masła, cukru i cynamonu. Następnie zwijamy wzdłuż krótszego boku. Dużą blachę z piekarnika wykładamy papierem do pieczenia.

Zwinięte w rulon ciasto kroimy na kilkucentymetrowe kawałki przy pomocy ostrego noża. Bułeczki układamy na blasze zachowując możliwie dużą odległość. Z podanych ilości wyszło mi ok. 20 bułeczek. Blaszkę znów odstawiamy w ciepłe miejsce na kolejną godzinę (ja po prostu włożyłam ponownie do piekarnika). W ciągu godziny bułeczki powinny podwoić swoją objętość. Jeśli tak jak ja, blachę trzymaliście w piekarniku, wyjmujemy ją, a piekarnik rozgrzewamy do 180-200ºC (ja ustawiam na 180ºC i uruchamiam wiatrak, bo mam tylko górną grzałkę).

Bułeczki wkładamy do rozgrzanego piekarnika i pieczemy ok. 25-30 minut do zrumienienia.

Przygotowujemy lukier: cukier puder mieszamy z sokiem z cytryny i dobrze ciepłą wodą – wodę dodajemy po łyżce i mieszamy. Dodajemy tyle łyżek wody, aby uzyskać gęsty, ale dość płynny lukier – na tyle, aby móc rozlać go po upieczonych bułeczkach. Gotowym lukrem dekorujemy bułeczki i odczekujemy aby trochę ostygły, a lukier zastygł.

Oczywiście bułeczki najlepiej smakują świeże i jeszcze ciepłe, natomiast można bez problemu przechowywać je przez kolejne 2-3 dni w temperaturze pokojowej. Świetnie smakują maczane w kawie lub z kubkiem gorącego mleka na śniadanie 😀

dyniowe drozdzowki

obłędnie pyszna beza z musem z mango

Kiedy po raz pierwszy spróbowałam bezy z chrupiącym wierzchem i puchatym, słodkim wnętrzem, poczułam, że stanie się ona jednym z moich ulubionych deserów (zaraz po tiramisu i lodach czekoladowych z kawałkami czekolady). Zapewne każdy z nas w życiu choć raz próbował małych, suchych, kruchych bezików, nigdy jakoś szaleńczo mi nie smakowały. Natomiast beza, taka beza…to zupełnie inna bajka.
Jeśli jeszcze nigdy nie próbowaliście takiej bezy, to koniecznie musicie to zrobić. Być może tak jak ja, odkryjecie jakieś kolejne słodkie niebo.

Bezę najlepiej połączyć z nieco przeciwstawnym smakiem, by zrównoważyć słodycz. Dlatego mango, które w pierwszej wersji miało wylądować w serniku, ostatecznie skończyło na bezie. I to był bardzo dobry pomysł. Do tego dołączyłam serek Philadelphia. Na początku nie byłam do niego przekonana, bo jest nieco słony w smaku, a po dodaniu cukru pudru przyznam, że miał już zupełnie dziwaczny smak. Postanowiłam jednak zaryzykować, w końcu kuchenne katastrofy nie są mi obce, więc i tą przyjęłabym na klatę (tak jak tą, że pierwsze białka musiały wylądować w zlewie, bo odrobina żółtka rozlała się do białka i już nie chciały się ubić).

Jakie było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że efekt końcowy jest na tyle smaczny, że sama, nie dzieląc się z nikim, zjadłam całą bezę wielkości obiadowego talerza 😀

beza z musem z mango

Składniki:

» 4 duże jajka w temperaturze pokojowej

» 1 szklanka drobnego cukru do wypieków

» 1 łyżeczka mąki ziemniaczanej

» 1 łyżeczka octu

» szczypta soli

» 1 serek Philadelphia (naturalny)

» 1 puszka mango w syropie

» ok. 1 łyżka cukru pudru

» 1 łyżeczka soku z cytryny

Bardzo ostrożnie oddzielamy żółtka od białek, tak aby ani odrobinka żółtka nie dostała się do białek, inaczej białko się nie ubije. Ubijamy białka najlepiej w metalowej misce (ubijałam tym razem w plastikowej i wszystko było OK) dodając szczyptę soli. Ubijanie zaczynamy od najwolniejszych obrotów (wtedy będziemy mieć pewność, że całe białko się ubije i nic nie zostanie na dnie), a następnie ubijamy na dużej mocy aż piana będzie sztywna. Po trochu dodajemy cukier i miksujemy do momentu, aż cały cukier znajdzie się w pianie. W tym momencie powinniśmy uzyskać lśniącą, gęstą i białą pianę.

Piekarnik nastawiamy na 180ºC g – górna i dolna grzałka.

Na papierze do pieczenia odrysowujemy koło (od dużej miski, talerza deserowego…). Przy pomocy szpatułki lub łyżki przekładamy pianę na papier formując okrągłą kopułę.  Blaszkę z pianą wkładamy do rozgrzanego piekarnika na 5 minut, po czym zmniejszamy temperaturę do 140ºC i suszymy bezę przez 90 minut. Tutaj w moim przypadku, a raczej w przypadku mojego piekarnika, zadanie jest utrudnione, bo mam tylko górną grzałkę. Dlatego bezę musiałam umieścić na dolnej półce piekarnika, aby nie spiekła się zbytnio, ustawić termoobieg, zmniejszyć temperaturę do 100ºC i wydłużyć czas suszenia o kolejne 90 minut. Beza pozostała miękka od spodu, co uniemożliwiło mi przeniesienie jej z papieru na talerz, dlatego zastanawiam się, czy zrobienie poprawnej bezy bez dolnej grzałki jest możliwe. Jeśli komuś się to udało, dajcie znać.

Po 90 minutach wyłączamy piekarnik i absolutnie go nie otwieramy. Zostawiamy bezę na kilka godzin lub na całą noc w piekarniku do ostygnięcia. Wysuszona beza powinna trochę popękać – oznacza to że wierzch jest już chrupiący, a nie ciągnący i miękki.

Mango odcedzamy z syropu i miksujemy na mus przy pomocy blendera.

Serek Philadelphia mieszamy z sokiem z cytryny, cukrem pudrem i 2-3 łyżkami musu z mango. Masę serkową rozkładamy na bezie i całość polewamy musem z mango. Bezę można przechowywać w temperaturze pokojowej do 2 dni (w lodówce wierzch zmięknie i przestanie być kruchy). Smacznego! 🙂

beza z mango

beza mango

rumuński wynalazek :)

To jest przepis trochę skradziony, trochę skopiowany. Pewien Rumun poczęstował mnie kiedyś takim wynalazkiem. Wynalazek był całkiem smaczny, więc bazując na smaku postanowiłam ów wynalazek odtworzyć. Wydaje mi się, że całkiem zgrabnie mi to wyszło 😉
Wydać się może nieco dziwnym połączenie owczo-koziego smaku sera halloumi ze słodkimi śliwkami i miodem (ku memu zaskoczeniu halloumi i miód to pyszne połączenie) i pewnie nie każdemu przypadnie do gustu taki zestaw. Jeśli macie chęć i odwagę, polecam wypróbowanie takiego połączenia. Do wersji świątecznej do nadzienia można dodać cynamon lub jakąś korzenną mieszankę przypraw.

calzone ze sliwkami i halloumi

Składniki na ciasto:

· ok. 1½ szklanki mąki
· 2 łyżeczki suszonych drożdży (lub świeżych jeśli macie takie)
· kilka łyżek oleju
· 1 czubata łyżeczka cukru
· ½ łyżeczki soli
· ciepła woda

Składniki na nadzienie:

• 250 g opakowanie sera halloumi (w moim przypadku z miętą, chociaż w ogóle jej nie czułam)
• puszka śliwek w syropie (można też użyć suszonych, wędzonych śliwek, natomiast nadzienie wtedy będzie bardziej suche)
• opcjonalnie: miód lub syrop klonowy do polania

Przygotowujemy standardowe ciasto na pizzę. Drożdże mieszamy z cukrem w ok. ½ szklanki ciepłej wody i odstawiamy na chwilę by popracowały.

W dużej misce mieszamy mąkę, sól i 2-3 łyżki oleju. Dolewamy po trochu rozpuszczone drożdże i zagniatamy ciasto do uzyskania gładkiej i elastycznej masy. W razie potrzeby podsypujemy mąką. Gotowe ciasto odstawiamy na kilka minut. W tym czasie przygotowujemy nadzienie.

Ser halloumi kroimy w małą kostkę, śliwki odsączamy z zalewy i pozbawiamy pestek. Oba składniki mieszamy ze sobą.

Gotowe ciasto na pizzę zagniatamy ponownie i rozwałkowujemy na dość cienki placek. Przy pomocy miseczki lub innego okrągłego naczynia wykrawamy w cieście kółka. Wyszło mi osiem kółek średnicy ok. 15 cm, czyli cztery calzone – nadzienia wystarczyło idealnie.

Na środek każdego kółka nakładamy nadzienie i przykrywamy drugim kółkiem ciasta. Brzegi zlepiamy według uznania.

Piekarnik nagrzewamy do 180ºC (z termoobiegiem). Wierzch calzone smarujemy lekko olejem, układamy na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia i zapiekamy do zrumienienia (ok. 20 minut).

Podajemy ciepłe polane miodem lub syropem klonowym. Na zimno smakują równie dobrze. Można je jak drożdżówkę zabrać do pracy na drugie śniadanie 🙂 Smacznego!

sliwki i halloumi