mincemeat pudding, czyli proste, pyszne ciasto

Pamiętacie marmoladowy pudding cake Nigelli? Koncepcja tego ciasta – wilgotnego, trochę zakalcowatego, tak mi się spodobała, że postanowiłam wypróbować jakąś jego inną wersję. Padło na sticky toffie pudding, ale jak na złość akurat w sklepie nie było daktyli, które są podstawowym składnikiem  tego ciasta. Za to w tak zwanym funciaku moją uwagę zwrócił słoik mincemeat stojący na półce z produktami do wypieku ciast. Co mięso mielone robi na półce obok rodzynek i orzechów? Okazało się, że mincemeat to wcale nie mielone mięso, ale mieszanka suszonych owoców, rodzynek i bakali zmielona na masę. Swoją nazwę podobno odziedziczyło po słoikach z mięsem, które kiedyś często konserwowano owocami zawierającymi duże ilości pektyn. Z upływającym czasem mincemeat wyewoluowało do postaci słodkiej owocowo-bakaliowej masy, często zalewanej również brandy, która stała się jednym z tradycyjnych składników bożonarodzeniowych ciast. Słoik powędrował ze mną do domu w zastępstwie daktyli.

Koniec końców z kilku przepisów znalezionych w internecie poskładałam jeden i oto co wyszło. Słodkie, dość wilgotne, ale całkiem ładnie wyrośnięte ciasto o nieco świątecznym charakterze i aromacie palonego cukru. Mincemeat możecie zastąpić zalanymi gorącą wodą, rozmokniętymi, a następnie odcedzonymi i zmiksowanymi daktylami lub lub innymi suszonymi owocami zmielonymi na słodką, lepką masę.

mincemeat pudding

Składniki:

• 150 g masła
• 6-8 łyżek brązowego cukru
• ok. 400 g słoik mincemeat (można zastąpić 200 g daktyli zalanymi gorącą wodą, a następnie odcedzonymi i zmiksowanymi na masę)
• 2 duże jajka
• kubek mąki
• szczypta soli
• 1 łyżeczka sody
• 1 łyżeczka proszku do pieczenia
• na sos: 250 ml słodkiej śmietanki 30% + 3 łyżeczki brązowego cukru

Masło ucieramy z cukrem na gładką masę, następnie dodajemy jajka i mieszamy. Do płynnej masy dodajemy wszystkie suche składniki i dokładnie mieszamy do uzyskania jednolitej konsystencji. Na koniec dodajemy mincemeat (lub daktyle).

Ciasto przekładamy do żaroodpornej formy i wstawiamy do piekarnika nagrzanego do 180ºC. Pieczemy 25 minut. W międzyczasie mieszamy śmietankę z brązowym cukrem i tak przygotowanym sosem polewamy wierzch ciasta, nakłuwając go uprzednio w wielu miejscach widelcem. Pieczemy kolejne 10-15  minut, pilnując aby się nie spiekło.

Podajemy ciepłe z lodami lub bitą śmietaną, chociaż na zimno wyjadane łyżką wprost z foremki smakuje równie dobrze 😉

Smacznego!

szybkie ciasto

Reklamy

wermiszel z makiem i rodzynkami, czyli słodkie drugie śniadanie

W temacie makaronu (ale też kaszy i ryżu) jestem jak Marysia:

Ilekroć gotuję makaron, czy wsypuję kaszę, ryż do risotto czy zupy, w głowie uporczywie coś zawsze mi powtarza „e to za mało chyba będzie...” i potem ląduję jak Marysia z sitem pełnym makaronu albo z zupą, w której łyżka staje dęba. Nic na to nie mogę poradzić i w 90% przypadków zawsze popełniam ten sam błąd.

Przedwczoraj gotowałam makaron do pomidorowej i oczywiście: to za mało chyba będzie… i jeszcze: a co będę taką resztkę zostawiać w opakowaniu, zje się przecież. No i przecież się zje, lekko obsuszony makaron leżąc smętnie na sitku powiedział mi następnego dnia rano dzień dobry. Się powiedziało, że się zje, to się musiało coś wymyślić, żeby się nie zmarnowało.

Przypomniało mi się, że kilka dni temu przeglądałam przepisy, które dostałam kiedyś od Rosołka i coś tam było z makaronem, na słodko, co się dziwnie nazywało: WERMISZEL. Na pomoc przyszedł wujek google informując, że wermiszel to nie żaden tam deser czy inny cud świata, tylko cienki makaron produkowany fabrycznie popularnie zwany u nas nitkami. A wermiszlem zwie się od włoskiego słowa vermicello, czyli „robaczek”. I ot, cała tajemnica.

Okazuje się, że wermiszel spadł mi jak z nieba i makaron otrzymał drugie życie. Raz kozie śmierć, pomyślałam, najwyżej nie wyjdzie, albo będzie niedobre. Ale o dziwo wyszło i na dodatek wsunęłam ze smakiem całość, nawet nie zauważyłam kiedy. Nie przepadam za rodzynkami, wolałabym tutaj zdecydowanie suszone morele albo śliwki, ale dosłownie kilkanaście sztuk też leżało w kuchennej szafce i czekało na zbawienie, a poza tym były w przepisie. W przepisie z kolei nie było maku, który dodałam od siebie bo jakoś tak pomyślałam, że będzie pasował. I zamiast w piekarniku zapiekłam na patelni, bo szkoda mi było grzać piekarnik na taką malutką porcję.

Zapraszam Was zatem na coś z niczego, czyli wermiszel z makiem i  rodzynkami 🙂 Przepis dodaję do akcji „Moje wypieki i desery na każdą okazję”, która jest jednocześnie zadaniem konkursowym. Wermiszel z makiem i rodzynkami świetnie sprawdzi się jako drugie śniadanie, bo: 1) pozwala na szybkie przygotowanie czegoś pysznego „z niczego”, 2) można dowolnie żąglować dodatkami i dodawać to, co akurat lubimy/mamy w kuchni, 3) jest to dobry sposób na wykorzystanie resztek, aby się nie zmarnowały 🙂 Do wygrania w konkursie jest coś, z czego na bank skorzystam: http://www.mojewypieki.com/info/moje-ksiazki

makaron nitki

Składniki na 1 porcję (na małą patelnię 20cm):

• ok. 5 łyżek ugotowanego makaronu nitki (mój ulubiony to te okrągłe niteczki, nie cięte)
• 1 duże jajko
• 1 łyżka maku
• garstka rodzynek (śliwek suszonych, moreli, czy co tam lubicie)
• 1 łyżka cukru
• ½ łyżeczki cukru waniliowego
• skórka otarta z połowy cytryny
• plaster masła

Rodzynki zalewamy odrobiną wrzątku i odstawiamy na czas pozostałych przygotowań. Żółtko oddzielamy od białka. Białka ubijamy na sztywno, dodając 1 łyżkę cukru. Do ubitych białek dodajemy mak i mieszamy.

Żółtko rotrzepujemy z cukrem waniliowym i skórką z cytryny. Dodajemy odsączone z wody rodzynki, pianę z makiem, a na koniec makaron. Mieszamy delikatnie.

Na patelni roztapiamy plaser masła i rozprowadzamy po całej powierzchni patelni, po bokach też. Wlewamy makaron, równamy powierzchnię i przykrywamy pokrywką. Zapiekamy na malutkim ogniu przez jakieś 10 minut, aż spód się zezłoci. Powinien powstać taki gruby puszysty, delkatny a’la omlet. Kiedy zrumieni się z jednej strony, przekładamy go na drugą. Najłatwiej i najtrudniej jednocześnie byłoby go podrzucić i przewrócić, jak naleśnika, ale nie chciałam ryzykować, więc zdjęłam wermiszel na deskę do krojenia, po czym z powrotem przełożyłam na patelnię. Zapiekamy z drugiej strony jeszcze ok. 5 minut. Gotowy wermiszel przekładamy na talerz i podajemy. Przepis zalecał dekorację z bitej śmietany, ale dla mnie byłoby to już zbyt dużo słodyczy, dlatego poprzestałam na wersji solo. Smacznego! 🙂

wermiszel

wermiszel z rodzynkami

Moje wypieki i desery na każdą okazję

sernik jagodowy bez pieczenia

Zapraszam Was dziś na bardzo prosty i szybki (nie licząc czasu oczekiwania) sernik jagodowy bez pieczenia. Ma piękny kolor i poza podniebieniem na pewno ucieszy nie jedno oko. Sernik jest mocno jagodowy, delikatny i kremowy. Jeśli następnego dnia spodziewacie się gości, można wieczorem szybko zmiksować wszystkie składniki, a sernik na noc włożyć do lodówki. Sernik można też zrobić z mrożonych owoców. Ja jagody uprzednio zamroziłam z zupełnie innym planem ich wykorzystania, ale ostatecznie przyszedł mi pomysł na ten serniczek. Wystarczyło tylko owoce wcześniej rozmrozić.

Można go przygotować także z innych owoców – malin, porzeczek, ale jagodowy kolor jest jedyny w swoim rodzaju 🙂 Jeśli jesteście na bakier z pieczeniem, to taki serniczek na pewno nie sprawi Wam problemu. Trzeba jedynie dać mu czas na stężenie.

jagodowy sernik bez pieczenia

Składniki (robiłam w tortownicy 26cm):

· 500 g jagód
· 200 ml śmietanki 30%
· 1 kg sera na sernik (może być mniej – 700-900 g na mniejszą tortownicę)
· 6 łyżeczek żelatyny
· cukier puder do smaku

Jagody przebieramy, płuczemy i odsączamy z wody (chyba że używacie mrożonych). Miksujemy ze śmietanką przy pomocy blendera. Kilka łyżek odkładamy do kubeczka. Resztę przy pomocy zwykłego miksera miksujemy z serkiem i cukrem pudrem – dodajcie tyle ile lubicie. Ja dodałam jakieś 3 czubate łyżki cukru pudru.

Żelatynę rozpuszczamy bardzo dokładnie w kilku łyżkach gorącej wody (chyba, że przepis na opakowaniu mówi inaczej). Dodajemy 2-3 łyżeczki do kubeczka z odłożonymi zmisowanymi jagodami, a resztę małym strumieniem wlewamy do masy serowej cały czas miksując, aby żelatyna dobrze wymieszała się z serem. Naczynie z masą serową wkładamy do lodówki, aby trochę zgęstniała i nie była bardzo płynna.

Tortownicę wykładamy folią aluminiową (jeśli Wasza tortownica jest szczelna i macie co do niej pewność, możecie nie wykładać folią). Lekko zgęstniałą masę serowo-jagodową przelewamy do tortownicy i wstawiamy do lodówki. Po ok. godzinie, rozkładamy na wierzchu odłożone wcześniej zmiksowane jagody, wymieszane z odrobiną żelatyny i całość wkładamy do lodówki. Sernik przedstawiony na zdjęciach był w lodówce ok. 3 godziny, ale zdecydowanie było to jeszcze za krótko, dlatego proponuję, aby sernik zostawić w lodówce na całą noc. Będzie wtedy na tyle sztywny, że bez problemu można będzie pokroić ładne kawałki.

Smacznego!sernik z jagodami

sernik jagodowy

sernik jagody bez pieczenia

tarta creme (całkiem) brulee, czyli przypalona do kwadratu

Po bezowym dublu zostały mi 2 pojemniczki po 6 żółtek, które wrzuciałam do zamrażalnika, by poczekały cierpliwie na swoją kolej. Przekopałam sieć w poszukiwaniu pomysłu co z nich przygotować i koniec końców trafiłam z powrotem na bloga Doroty do przepisu na tartę crème brûlée. Podeszłam do przepisu bez spięcia, zakładając, że co ma być to będzie. Nie mam formy do tarty z wyjmowanym dnem (piekłam w silikonowej), nie miałam czym obciążyć ciasta, a śmietanki miałam tylko 250 ml zamiast 375ml (niedobór uzupełniłam mlekiem), laski wanilii też nie miałam i zmuszona byłam użyć cukru waniliowego (wanilinowego mówiąc ściśle), a brązowy cukier zastąpić zwykłym. Byłam ciekawa, czy bez tych wszystkich elementów uda mi się jednak coś upiec. Bo jeśli mnie się uda, to każdemu innemu też 😉

Crème brûlée, czyli przypalony krem (w moim wypadku należy traktować to określenie całkiem dosłownie) po raz pierwszy jadłam kilka lat temu w krakowskiem Wentzlu. Pamiętam z jaką atencją przełamywałam łyżeczką pierwszy kawałek spieczonej cukrowej skorupki, przypominając sobie fragment Amelii (kto nie oglądął ten trąba;) ) Tym większe rozczarowanie poczułam, gdy z mojej spieczonej chrupkiej cukrowej skorupki zrobiła się po prostu warstwa przypalonego cukru (o czym przeczytacie niżej)… Mam nadzieję jednak, że kakowy kamuflaż się udał i na zdjęciach nie widać, że crème wyszedł za bardzo brûlée. Moja tarta też wyszła bardzo niziutka, ponieważ piekłam w dość dużej formie. I po konsumpcji finalnej stwierdzam, że jednak wolę wersję bez ciasta, tzn. w formie deseru i następnym razem na pewno właśnie tak go przygotuję. Tymczasem moja wersja tego przepisu.

creme brulee tart

Składniki na spód:

· 1½ szklanki mąki pszennej
· 2 łyżki proszku budyniowego (u mnie waniliowego)
· 125 g zimnego masła
· 1 żółtko
· 1 łyżka zimniej wody (ja dodałam ok. 3 łyżki)

Składniki na cèreme brûlée:

· 5 żółtek
· ok. ½ szklanki drobnego cukru
· 250 ml śmietanki 30% (oryginalnie 375ml)
· ok. 200 ml mleka (oryginalnie 80ml)
· 1-2 łyżeczki cukru waniliowego

Dodatkowo:

· cukier do posypania i zapieczenia lub kakao

Przygotowanie tarty rozpoczęłam od zagniecenia ciasta na spód. Do garnka wsypałam mąkę i proszek budyniowy, dodałam zimne masło pokrojone w plasterki oraz żółtko i 1 łyżkę zimnej wody. Zagniotłam, jednak ciasto wydało mi się nieco zbyt suche, dodałam więc jeszcze 2 dodatkowe łyżki zimnej wody. Ciasto zagniotło się łatwo i szybko. Włożyłam je do woreczka i wsadziłam do zamrażalnika na ok. 20 minut.

W tym czasie zabrałam się za ukręcanie mikserem kogla-mogla z żółtek i cukru. Miksowałam aż masa stała się jasnożółta, kremowa i puszysta.

Ciasto wyjęłam z zamrażalnika i przy pomocy wałka rozwałkowałam na dość spory placek – tak by wypełnił całą formę na tartę, a brzegi wystawały poza rant. Zagniotłam je trochę do zewnątrz, licząc, że w razie gdyby brzegi miały zamiar opaść, to zatrzymają się na obrzeżu foremki. Nie wygląda to szalenie pięknie, ale zadziałało 🙂 Zgodnie z przepisem wstawiłam je do lodówki i zabrałam się za kończenie crème brûlée.

W garnuszku zagotowałam mleko ze  śmietanką i cukrem waniliowym. Cały czas miksując kogel-mogel dolewałam po trochu gorącego mleka. Potem dodatkowo jeszcze wymieszałam, aby zebrać dokładnie wszystko z dna i ścianek naczynia. Odstawiłam do ostygnięcia.

Piekarnik nagrzałam do 190ºCi do gorącego włożyłam wyjętą z lodówki formę z ciastem. Niestety nie miałam niczego by obciążyć ciasto, więc musiałam zaryzykować i spróbować upiec spód bez wsparcia. Podniósł się trochę  w jednym miejscu, po zalaniu crème brûlée nie udało mi się zakryć tej górki, więc jeśli chcecie mieć tartę idealną, znajdźcie jednak sposób na to, by jakoś ciasto docisnąć do dna podczas pieczenia. Tarta w piekarniku stała ok. 20 minut, nie pozwoliło to jednak jej się zezłocić.

Po 20 minutach skręciłam piekarnik na 140ºC, formę wyjęłam i wylałam na nią wystudzone mleko ze śmietanką i koglem-moglem. Foremka znów powędrowała do piekarnika, wystarczyło 50 minut, aby była gotowa.

Po tym czasie wyjęłam ją z piekarnika, który nastawiłam na maksymalną temperaturę i funkcję grillowania. Tartę zaś posypałam zwykłym białym cukrem. Kiedy piekarnik rozgrzał się na maksa zgodnie z instrukcją wsadziłam tartę tuż pod grzałkę, nastawiłam czas na 2 minuty i dosłownie na minutę wyszłam z kuchni. Ta jedna minuta wystarczyła, żeby z jednej strony tarty cukier zdążył się baaardzo spiec – na tyle że po otwarciu piekarnika buchął dym. Dlatego proponuję nie stawiać tarty tuż pod samą grzałką, pewnie zależy to też od budowy piekarnika, ale moje tuż pod grzałką, było na prawdę TUŻ POD grzałką. Mogłam więc jednak wstawić odrobinę niżej i obserwować efekt, w razie czego przestawiając wyżej. No cóż mleko się wylało, trzeba było jakoś zakamuflować ten wypadek przy pracy. Zasypałam więc całość przesianym przez sitko kakao, co okazało się całkiem niegłupim pomysłem – wypadek zakamuflowany, a smak uzyskał nowy wymiar. Nie jest to już prawdziwe crème brûlée, ale w sytuacji awaryjnej jest to jakieś wyjście 😉

Kiedy tarta ostygła włożyłam ją do lodówki, aby stężała. Po schłodzeniu jest gotowa do jedzenia. Smacznego! 🙂

creme brulee

tarta z creme brulee

creme brulee tarta

kto nie ryzykuje ten nie je bezy

„Nadejszła wiekopomna chwila…”!

Kto nie ryzykuje ten nie je bezy.

A komu uda się beza, uda się wszystko!

beza

Tym podniosłym wtępem, chciałam Wam obwieścić, że zrobiłam w swoim życiu pierwszą Pavlovą, która czekała na swój debiut od roku. Z drążcym sercem, mając w myśli powyże słowa ubijałam pianę, a potem gapiłam się w okienko piekarnika. Gdyby nie wyszło, przygotowałam sobie już roboczo tytuł posta: „jaka piękna katastrofa!”

Tymczasem udało się! Jestem pod wrażeniem. Siebie i bezy 😛

Kończąc te górnolotne wynurzenia, przechodzę do rzeczy. Przepis na bezę mam oczywiście z Moich Wypieków. Przeczytałam też informacje w poradniku i starałam się bardzo przygotować wszystko tak, jak Pan Bóg przykazał i nie improwizować. A skoro mi wyszło, to wiecie…;)

beza pavlova

Składniki:

· 6 białek
· 1½ szklanki drobnego cukru
· 1 łyżeczka mąki ziemniaczanej
· 1 łyżeczka octu winnego
· szczypta soli

Dodatkowo:

· 250 ml słodkiej śmietanki 30%
· 2 łyżki cukru pudru
· pudełeczko malin
· ok. 2 łyżeczki mąki ziemniaczanej
· odrobina wody

W metalowym garnku ubiłam mikserem białka ze szczyptą soli (uważając, by nie dostała się ani odrobina żółtka), zaczynając od niskich obrotów, a potem zwiększając aż piana zesztywnieje (polecam lekturę poradnika z Moich Wypieków, tam wszystko jest bardzo dobrze wytłumaczone). Następnie po troszeczku dodawałam cukier i miksowałam aż do rozpuszczenia. Kiedy piana byłą już gęsta (po dodaniu cukru robi się gęsta), bielutka i błyszcząca, dodałam łyżeczkę octu winnego i łyżeczkę mąki ziemniaczanej.

W międzyczasie też nastawiłam piekarnik na 180ºC, by piana nie musiała zbyt długo czekać. Okazało się jednak, że skończył mi się papier do pieczenia. Nie chciałam kłaść na folii aluminiowej z obawy, że potem cała będzie przyklejona do spodu bezy i nijak jej nie oderwę, dlatego zdecydowałam się bezę ułożyć na silikonowej formie do tarty. Nie był to głupi pomysł, bo beza bez problemu od foremki odeszła.

Tak więc ułożyłam na blaszcze z piekarnika foremkę silikonową i wyłożyłam pianę starając się uformować jako takie koło. Pianę razem z blaszką wpakowałam do piekarnika i nastawiłam zegar na 5 minut, bo tyle w 180ºC beza miała się piec. Po 5 minutach przekręciłam na 140ºC, a zegar ustawiłam na 90 minut. I tak się beza suszyła. Po tym czasie piekarnik wyłączyłam i po chwili uchyliłam – ale chyba za wcześnie, bo z jednej strony beza zaczęła lekko opadać (nadrobiłam to potem śmietaną). Beza stała tak do ostygnięcia, a potem całą noc.

Teraz pozostało już najprostsze. Ubiłam śmietanę z 2 łyżkami cukru. Maliny przebrałam, ładniejsze zostawiłam do ułożenia na bezie, a resztę postawiłam w garnuszku na gazie. Mąkę ziemniaczaną rozpuściłam w odrobinie wody i gotujące się maliny zalałam tym i wymieszałam, w razie gdyby wyszło Wam zbyt gęste lub zbyt rzadkie można albo podlać odrobiną wody albo mąki ziemniaczanej wymieszanej z wodą.

Na bezie rozłożyłam bitą śmietanę, na to maliny i jeszcze na wierzch frużelinę. Uff gotowe. Jak widzicie wierzch bezy nieco się zezłocił i jest chrupiący, a w środku gruba, leciutka pianka. Słodkie to jak cholera, ale jakie pyszne! 🙂

Smacznego!

ciasto beza

beza z malinami

pavlova z malinami