podbijamy Szkocję (albo Szkocja podbija nas) – wyprawa na Isle of Skye

image11

Dla turystów odwiedzających Szkocję, wyspa Skye jest jednym z obowiązkowych punktów. Kiedy zaczęliśmy podróżować po Szkocji i dla nas Skye stało jednym z miejsc, które chcieliśmy koniecznie zobaczyć. Największa z Hybryd Wewnętrznych, określana jest jako miejsce magiczne i niezwykłe, a gdzie się nie obejrzysz – widoki zapierające dech w piersiach. Uznana przez National Geographic jako 4 najpiękniejsza wyspa na świecie. Nie mogło być inaczej – musieliśmy zobaczyć to na własne oczy.

Świetna okazja nadarzyła się, gdy pod koniec sierpnia odwiedziła nas moja siostra. Wyprawę na Skye uznałam za fantastyczny pomysł – niespodziankę z okazji jej przyjazdu. Dołączył do nas nasz współlokator i tak we czwórkę wyruszyliśmy na podbój Isle of Skye 🙂

Zróbcie sobie kawę, herbatę i kanapki, bo to będzie dłuuuuga podróż 😉

Wyjeżdżamy najwcześniej jak się da, co w naszym przypadku oznacza między szóstą a siódmą rano, więc wcale nie tak wcześnie. Ale google maps nastroiło mnie pozytywnie informacją, że całą wyspę można z góry na dół przejechać w dwie i pół godziny (o jakże się myliłam), więc uznaliśmy, że damy radę wykonać wszystko to co zaplanowaliśmy. Dodatkową atrakcją miała być również sama droga na wyspę. Zamiast krótszej i szybszej trasy główną przelotówką, wybraliśmy nieco dluższą, ale malowniczą trasę przez góry.

Ta wycieczka pokazała nam, jak mało jeszcze wiemy o Szkocji i jak wiele jest nas w stanie zaskoczyć. Przejazd przepiękną trasą przez góry, okazuje się wyprawą samą w sobie pełną zaskakujących zwrotów akcji i niespodzianek, a przede wszystkim dużo dłuższą niż się spodziewaliśmy.

Po kilku godzinach ekscytującej jazdy, z fanfarami i tchem zapartym w piersiach przekraczmy w końcu most łączący ląd (a właściwie wyspę) z wyspą i oficjalnie znajdujemy się na Skye. Wedle nawigacji tylko półtorej godziny jazdy dzieli nas od naszego punktu docelowego znajdującego się na małym wystającym najbardziej na zachód dzyndzelku wyspy. Mamy zaplanowaną około czterogodzinną przebieżkę szlakiem do latarni Neist Point – niezwykle popularnego miejsca, z widokiem na Hebrydy Zewnętrzne, przepiękne klify, a jeśli ma się wystarczająco dużo szczęścia, to i na pływające w morzu (czy to już Ocean Atlantycki?) płetwale. 

Zatem od tych niezwykłych widoków dzieli nas w teorii jedynie półtorej godziny, jesteśmy już nieco zmęczeni podróżą, ale ciągle podekscytowani tym, co jeszcze nas czeka. A czekało nas wiele 🙂

Przede wszystkim test cierpliwości. Oczywiście spotkaliśmy się już podczas naszych wypraw, z wąskimi na jedno auto drogami, gdzie co chwilę pojawia się mijanka, na wypadek spotkania twarzą w twarz z kierowcą z naprzeciwka. Nie przewidzieliśmy jedynie, że jakieś 90% dróg na Skye właśnie tak wygląda.

9

Na każdej takiej drodze znajduje się ograniczenie prędkości do 60 mil/godzinę i zapewne na podstawie tego ograniczenia nawigacja wylicza pi razy oko, czas dojazdu z punktu A do punktu B. Natomiast jeśli nie jesteś kierowcą rajdowym, to prędkości 60 mil/godzinę nijak na takiej drodze nie rozwiniesz (chociaż zdarzyło nam się podczas tej wyprawy napotkać kierowcę Tesco, który po wąziutkiej, krętej drodze popierniczał z taką prędkością, że o mało z butów nie wyskoczyliśmy z wrażenia). Zwłaszcza, że niektóre fragmenty dróg są własnością owiec, które nie zważając na okoliczności, pasają się wzdłuż i w poprzek ulicy, więc nogę trzeba trzymać w pogotowiu na hamulcu, a oczy mieć dookoła głowy.

15

I tak z półtoragodzinnej drogi na Neist Point, zrobiły się trzy. Przyznaję, pod koniec przeklinaliśmy na czym świat stoi, gdy po raz n-ty okazywało się, że to jeszcze nie tu, że to jeszcze kilka mil. Bo przecież nie da się przejechać 90km w półtorej godziny, jeśli średnia prędkość wynosi 30-40km na godzinę… Kiedy w końcu docieramy na miejsce okazuje się, że nasz plan trochę się posypał i jesteśmy zmuszeni nieco go zmienić, jeśli chcemy jeszcze tego samego dnia dojechać do Armadale, gdzie czeka na nas nocleg. Do Armadale mamy co najmniej tyle samo drogi przemierzanej w żółwim tempie, a tu już po 15:00.

Parkujemy auto w pierwszym wolnym miejscu przy drodze prowadzącej do Neist Point i ciesząc się tym, że możemy wreszcie rozprostować nogi ruszamy przed siebie.

Latarnia faktycznie okazuje się bardzo popularnym wśród turystów miejscem, chyba jeszcze nigdzie podczas naszych wycieczek po Szkocji nie spotkaliśmy takich tłumów, ja chyba jednak wolę mniej oblegane i zatłoczone atrakcje.

image2h

1

image3

Zdjęcie poniżej to zbliżenie najbardziej wysuniętego na prawo fragmentu ze zdjęcia powyżej, z nieco innego kąta. Jeden pan wędkuje, a drugi kontempluje tudzież wspiera go duchowo. Nie wiem czy gratulować odwagi, czy to już skraj szaleństwa, a może tradycyjne szkockie spędzanie czasu na łowieniu ryb. W każdym razie za żadne skarby stopa moja nie stanęłaby na tej skale kilkanaście metrów nad szalejącą wodą…

5

4

Neist Point okazuje się bardzo urokliwym zakątkiem nawet pomimo hordy turystów, wokoło przepiękne widoki na klify tak potężne, że aż trudno ogarnąć je wyobraźnią.

image4

7

3

Kto jest w stanie dojrzeć na zdjęciu mikroskopijnej wielkości owieczki?

image1h

2

6

image5

Goni nas czas, robimy mały postój na kanapki i wracamy do auta. Po drodze dają o sobie znać malutkie, upierdliwe i nieziemsko wkur…denerwujące highlandzkie meszki zwane midgets. Napadają setkami, obsiadają i wyrywają mikroskopijne kawałki skóry. Komary to przy nich cienkie Bolki.

8

16

Ostatnie ujęcie mglistego popołudnia i w drogę do Armadale.

image8

Powoli zapada zmierzch, panowie postanawiają sobie zrobić mały przystanek na papierosa, ja decyduję się pstryknąć kilka fotek widoków przepięknej urody. Nie da rady. Po dziesięciu sekundach od wyjścia z auta następuje zmasowany atak midgetsów. Poniżej pierwsze i ostatnie zdjęcie, jakie udało mi się zrobić zanim wskoczyliśmy z powrotem do auta, otworzyliśmy okna i czemprędzej ruszyliśmy, by wiatr wywiał te żarłoczne potwory. Ślady po nich zniknęły mi po dwóch dniach, ale Luby ponad tydzień walczył z bolesnymi i swędzącymi bąblami.

18

Dojeżdżamy do pierwszego większego miasteczka – przystanek na tankowanie, krótkie zwiedzanie i wizytę w sklepie. Po tak długim dniu należą nam się piwo, cydr i chińskie zupki 🙂

14 13 12

Tuż przed 21:00 jesteśmy nadal w drodze, gdy dzwoni Sandy – właścicielka campingu, w którym będziemy nocować. Z przyjemnością mogę jej jednak oznajmić, że za 2 mile będziemy w Armadale. Na szczęście camping udaje nam się znaleźć bez większych problemów, jeszcze wypakować toboły i wreszcie można zjeść, wypić i paść. Jeszcze wieczorna toaleta, która w tym wypadku okazuje się nie lada wyzwaniem, ale o tym za chwilę. Po tak intensywnym dniu wszyscy zasypiamy kamiennym snem nie zważając na komary, ćmy i pająki, które korzystając z okazji również pakują się do naszego wigwamu 🙂

Poranek wita nas pogodą jakiej nikt z nas się nie spodziewał. Za radą znajomych uzbroiliśmy się w swetry, czapki i kurtki przeciwdeszczowe, tymczasem wczorajszy pochmurny wieczór zamienił się w słoneczny, ciepły,  bezwietrzny poranek. Ukryte wczoraj pod osłoną ciemności piękno tej wyspy, ujawniło nam się w całej swojej okazałości.

Na ławeczce przed wigwamem pijemy kawę i jemy śniadanie podziwiając widok na malutki port w Armadale, który od samego rana tętni życiem. Wiemy już, że na pewno tutaj wrócimy w przyszłym roku, co najmniej na kilka dni.

11

20

A po śniadaniu można pokiwać się w hamaku zadając sobie pytanie: dlaczego przyjechaliśmy tylko na jedną noc? 😉

19

Pora teraz by opowiedzieć nieco o miejscu gdzie spędzamy noc. Nie jest to zwykły camping, to niezwykłe miejsce z duszą, świetnym pomysłem i sporą dawką fantazji. Zdaję sobie też sprawę z tego, że nie każdemu może się tu spodobać. Wielu może uznać je za niechigieniczne lub zaniedbane. Camping zaspokaja naprawdę podstawowe potrzeby i dla kogoś, kto hmm…nie przepada za spotkaniami z naturą nocowanie tutaj może okazać się…dość problematyczne 😉

Kiedy trafiłam w internecie na Forest Gardens, od razu spodobał mi się pomysł, ostatecznie przekonała mnie cena: 50£ za dobę za cztery osoby.

41 Camping zajmuje 16 akrów zalesionej powierzni tuż nad samym brzegiem morza i prowadzony jest w duchu ekologicznym. Po całej jego powierzchni rozsypane są miejsca namiotowe, a dla spragnionych nieco większych „luksusów” zbudowano maleńkie drewniane chatki z dostępem do prądu, łóżkiem i kominkiem -tzw. kozą. Wszystko rozplanowane jest tak, by każdy z domków miał swoją własną zieloną intymną przestrzeń wokół siebie. Sprawia to wrażenie jakby się było sam na sam z otaczającą naturą.

A teraz nawiększe wyzwanie eco campingu – toaleta.

40 39

Zanim wejdziesz i zrobisz to, co zwykle robi się w toalecie, przeczytaj uważnie wszystkie instrukcje. Wszystkie hmm, że tak powiem odpady stałe i płynne przetwarzane są na kompost, którym potem nawożone są rośliny i zioła hodowane na terenie campingu. Jak to wygląda w praktyce? Panie robią siku do wiaderka, które następnie samodzielnie opróżniają w krzaczki i płuczą w specjalnie do tego przeznaczonym kontenerze z wodą. Panowie mają (jak zwykle) ułatwioną sytuację. W ścianie toalety umieszczona jest pochodząca z recyklingu plastikowa butelka, której drugi koniec wychodzi na zewnątrz. Panowie robiąc siku bezpośrednio przyczyniają się do nawożenia bujnej roślinności. Jeśli chodzi o poważniejsze sprawy, to jak zauważycie na zdjęciu znajduje się „normalna” toaleta, pod którą umieszczony jest kompostownik na odpady stałe 😉

Najbardziej urocze z całości pozostają zasłonki w kaczuszki 🙂

Jeśli chodzi o prysznic, nie ma obaw, nie myjemy się pod szlauchem na wolnym powietrzu 😉 Prysznic znajduje się w drewnianym domku obok toalety i jest najbardziej podstawową wersją kabiny prysznicowej jaką jesteście w stanie sobie wyobrazić z (hurra!) ciepłą wodą pochodząca z przepływowego ogrzewacza (nic mnie tak nie przeraża jak wizja prysznica w zimnej wodzie, no może tylko prysznic w zimnej wodzie w towarzystwie pająków). Pod prysznicem krótka notka z prośbą o nie mordowanie pająków, które pożerają midgetsy (na szczęście chyba wszystkie pająki już spały, bo Bogu dzięki ani jednego nie widziałam).

38

Camping zamieszkują kaczki, które śmiertelnie nas wystraszyły gdy wieczorem wyruszyliśmy na poszukiwania toalety i prysznica.
37

A tutaj hodowane są różne rośliny i zioła, które można kupić za symboliczną kwotę.

34

Po śniadaniu wybieramy się na przechadzkę po terenie campingu. Prowadzi tutaj krajoznawcza ścieżka, z której roztaczają się piękne widoki na okolicę.

33 32 31 30 29 28 27 26 25 24 23 22

21

Po takim spacerze robimy się porządnie głodni, postanawiamy więc posilić się przed kolejną wyprawą. W porcie zamawiamy tradycyjne fish&chips ze świeżo złowionego łupacza, pochłaniamy podziwiając widoki i wygrzewając się w słońcu.

42

Pora w dalszą drogę. Początkowo planowaliśmy wybrać się na zwiedzanie północnej części wyspy, ale po niekończącej się podróży samochodem jaką przeżyliśmy dnia poprzedniego, rezygnujemy z tego pomysłu. Cały dzień spędzony w drodze w tak piękną pogodę nie miałby najmniejszego sensu.

Decydujemy przemieścic się do położonego o 10 minut drogi z Armadale – Point of Sleat. Oczywiście 10 minut drogi według google maps i nawigacji. W prawdziwym życiu – conajmniej 40 minut. Droga do Point of Sleat przyprawia nas o emocje podobne do jazdy na rollercoasterze. W górę, w dół, ostry zakręt, rzecz jasna wszystko na szerokość jednego auta. W końcu docieramy na miejsce.

43

Point of Sleat to punkt najdalej wysunięty na południe, mieści się na nim mała, nowoczesna latarnia. Sama latarnia niczego szczególnego w sobie nie ma, za to piękna jest trasa, która do niej wiedzie.47 46 45 44 48

Ścieżka pnie się w górę, co chwilę napotykamy na pasące się owce, wrzosy aż kłują w oczy kolorem. Słońce przyjemnie przypieka, nie dokucza charakterystyczny szkocki wiatr.

49

W pewnym momencie natrafiamy na taki oto widok. Wprawdzie puste już kartony po sokach, słoik z kawą, cukrem i słoiczek pełen monet jednofuntowych. Podejrzewam, że gdyby w Polsce na szlaku ktoś chciał taki poczęstunek dla turystów uczynić, nie byłoby tam już ani napojów, ani monet, ani nawet stołu 😉

50

Szlak doprowadza nas wkrótce na niezwykłą plażę, przez chwilę wydaje się jakbyśmy nie znajdowali się w zimnej i mrocznej Szkocji, a na lazurowym wybrzeżu. Drobny, prawie biały piasek, lazurowe jak niebo morze i tylko temperatura wody przypomina, że to jednak Szkocja.

55

54 53 51

Spędzamy na plaży dłużą chwilę rozkoszując się słońcem, widokami i rajską atmosferą, która panuje w tym miejscu.

image9

56 60 57

Ścieżka pnie się do góry, po czym kamiennymi schodkami prowadzi nas stromo w dół. Znajdujemy się w miejscu, które najprawdopodobniej w jakiś okresach czasu, przykrywa morze. Teraz trawa pokryta jest mnóstwem muszelek, patyków i innych farfocli wyrzuconych przez morze.61

62 66

W końcu docieramy do celu. Powyżej widok na wyspy Eigg i Rum, nad którymi zawisły kłęby chmur. Poniżej latarnia, na szczycie kamiennego zbocza.65 64 63

image12

Znów krótki postój i znów pora wracać. Przed nami długa droga. Najpierw rollercoasterem z powrotem do Armadale, a potem już prosto do domu.59 58

52

paula i milo

wspinaczka na ben macdui, czyli expect unexpected

Dziś zabieram Was na długą wyprawę. Polecam więc zabranie ze sobą kawy, herbaty, kanapek albo litra lodów 🙂

Od naszych zeszłorocznych pieszych wypraw na Deeside i Buchan, kiedy tak na prawdę nie wiedzieliśmy dokładnie gdzie idziemy i co napotkamy, to pierwsza wyprawa, która tak mnie zaskoczyła wszystkim. Trudnością, pogodą, zwrotami akcji i niezwykłym klimatem, jaki tworzą szkockie góry (zwłaszcza w połączeniu, ze szkocką pogodą).

Zapraszam więc na Ben Macdui – drugi najwyższy szczyt Wielkiej Brytanii.

IMG_0006

Wszystkie nasze trasy wyszukuję na Walking Highlands, tak było i tym razem. Całkiem spontanicznie, bo tej trasy nie było wcześniej w naszych planach (chociaż nie mam pojęcia jak to się stało). Ben Macdui to drugi najwyższy szczyt w Wielkiej Brytanii – 1300m. Pomyślałam sobie: weszłam kiedyś na Pilsko (ponad 1500m), wejdę i tu. Całkiem odważnie wymyślam sobie czasem te nasze wycieczki, 25 km już mnie nie przeraża, ale nie biorę poprawki na to, że 25 km po płaskim, to jednak co innego niż 25 km w górach. Ostatnio znalazłam świetną trasę górskim szlakiem, 28,5 km – co to dla mnie! Dałam radę przejść 35 km przecież, to 28 km nie dam? Trasa szacowana na 8-10 godzin marszu. Uznałam, że to fantastyczny pomysł do zrealizowania od zaraz 🙂  Taka jestem szalona.

Po Ben Macdui myślę sobie: chyba jestem szalona!

Na Ben Macdui można wspiąć się na kilka sposobów, najkrótsza trasa wiedzie wzdłuż kolejki przy ośrodku narciarskim niedaleko Aviemore. Trasa którą wybraliśmy to jedynie 17,5 km, również startuje przy ośrodku narciarskim, ale prowadzi naokoło, przez ogromny płaskowyż.

Zatrzymujemy się na parkingu przy ośrodku narciarskim. Opłata parkingowa jest dobrowolna, jeśli chcesz możesz wrzucić do skrzyneczki 2 funty co niniejszym czynimy. Turystów tego dnia jest sporo, jednak chyba większość z nich wybiera wjazd kolejką.

Już w pierwszej chwili gubimy trasę, bo wszystkie kierunkowskazy prowadzą na szlak wzdłuż kolejki. Pierwsze kilkadziesiąt metrów pod górkę, a ja dostaję zadyszki i serce z piersi chce mi wyskoczyć. Musimy zrobić przystanek. Przy okazji sprawdzamy mapę i okazuje się, że nie jesteśmy na naszej ścieżce. Wracamy na dół i odnajdujemy nieco ukrytą boczną ścieżkę. Jesteśmy na naszej trasie – wirtualna mapa, która pobiera nasz sygnał gps uratuje nam życie jeszcze co najmniej kilka razy tego dnia.

2

Skoro jesteśmy na naszej trasie możemy już spokojnie delektować się wędrówką. Szlak prowadzi nas wąską ścieżką z przepięknymi widokami na okolicę i jezioro Avon.

image

3

Oczywiście pogoda zmienną jest i słońce, które mieliśmy w drodze do Aviemore, zaczyna znikać w chmurach. Nad małym wodospadem robimy szybki przystanek na kanapki – siła tego dnia będzie nam potrzebna. Przed nami widać już potężne chmurska i zaczyna siąpić drobniutki deszcz. Oczywiście wieje też bo to w końcu góry.

4

Elegancka komfortowa ścieżka nagle znika i wyznacznikiem naszej trasy jak nam się zdaje stają się kamienie, lekkie podejście pod górę, deszcz zacina cały czas z jednej strony. Na szczęście jest całkiem ciepło, więc smagające mnie po twarzy krople są nawet całkiem przyjemne i odświeżające.

Po paru minutach tak jak nagle deszcz się zaczął, tak nagle się skończył. Wieje niezmiennie. Ścieżka znów nabiera wyraźnego kształtu i pnie się co raz wyżej w górę. W oddali widzimy goniącą nas parę wędrowców, mają niezłe tempo. Podejście nie jest jakoś szczególnie strome, mimo wszystko co chwilę muszę przystawać, inaczej wyzionę ducha zanim jeszcze wejdziemy na szczyt. Przystanki i pogoda pozwalają mi porobić trochę zdjęć, bo widoki piękne. To podejście zajmuje nam sporo czasu, przez moje ciągłe zatrzymywanie się. Para wędrowców zbliża się w kosmicznym tempie, aż w końcu mija nas na ścieżce i jakby nigdy nic pakuje się na sam szczyt wzniesienia, po czym znika nam z widoku. Albo oni idą tak szybko, albo my tak wolno. Jeśli całą trasę będę przemierzać w tym tempie, do zmroku nie dojdziemy z powrotem do auta. Nie mam problemów z chodzeniem, ale podejścia pod górkę są dla mnie mordercze jeśli są długie. Potrzebuję choć kilkunastu metrów po płaskim, żeby odzyskać oddech i uspokoić serce.

5

6

7

8

9

W końcu docieramy na szczyt, oczywiście nie na Ben Macdui, tylko na szczyt pierwszego poważniejszego wzniesienia 🙂 Przed nami rozpościera się ogromny płaskowyż. Wszystko dookoła pokryte chmurami, widoczność mocno ograniczona, ale i tak jest pięknie. Dookoła po prostu pustka. Nie ma drzew, krzaków, niczego. Trawa i kamienie. I przestrzeń. Niestety nie dałam rady na tym odcinku robić zdjęć, przez zacinający co chwilę deszcz. Z drugiej strony miło było po prostu iść nie skupiając się na kadrach i przysłonach.

Wyraźna ścieżka pnie się to do góry, to w dół. To lubię. Pod górę się męczę, ale potem zaraz mam możliwość uspokoić oddech idąc w dół. Piękne widoki, które zapewne roztaczają się w około zasłaniają nam gęste niskie chmury, przesuwające się z prędkością światła. Wiatr, deszcz, chmury i pustka (od dwóch kosmicznych wędrowców nie spotkaliśmy nikogo) tworzą nieco groźny, tajemniczy klimat. Wędrowanie w słońcu i przy błękitnym niebie byłoby pewnie dużo przyjemniejsze, ale o ile mniej ekscytujące. Po drodze mijamy kilka razy kopczyki usypane z kamieni. Moje skojarzenia zgodnie z panującym wokoło klimatem wędrują na jakąś pustynną tundrę, gdzie ciała zmarłych zasypuje się kamieniami, aby nie rozszarpały ich sępy…

Nagle ścieżka się urywa i przed nami wyrasta morze kamieni. Żadnej trawy, żadnej ziemi, po prostu kamień na kamieniu jak okiem sięgnąć. A ścieżka? Którędy teraz? Tu olśnienie. Kamienne kopce to wyznaczniki trasy. Tutaj wydają się być rozrzucone bez ładu i składu, ale wirtualna mapa twierdzi, że ścieżka tędy prowadzi. Przemierzamy więc kamienne morze wyglądając kopczyków, starając się iść w miarę w tempie i nie skręcić nogi. Widoków nie podziwiamy, bo trzeba patrzeć pod nogi (poza tym dookoła chmury), podziwiamy więc cierpliwość i samozaparcie kogoś, kto tę trasę przemierzał i układał kopce z kamieni.

Idziemy tak dobrych kilka minut, aż kamienie się kończą i znów można iść fragment płaską ścieżką. Przed nami pojawia się kolejne wzniesienie. Kupa kamieni i burobrązowy piach. Dookoła szaro i gęsto. No i wiatr niezmiennie. Kolejne wzniesienie trochę mnie przeraża, proponuję więc byśmy może zaczęli wracać i tak widoczność jest taka, że na szczycie nic a nic nie zobaczymy. Ledwo możemy się dopatrzyć usypanych z kamieni kopczyków. W piachu wypatruję śladów po kijkach kosmicznych wędrowców, którzy najwyraźniej na szczyt już zdążyli wejść i wrócić na dół. Ale zostały nam do szczytu jedynie 2 km decydujemy więc, że dojdziemy do końca. Wspięliśmy się na wzniesienie a przed nami znów jak okiem sięgnąć (znaczy się na parę metrów) płaskowyż – kamulce i piach. Nic więcej. No i kopczyki usypane co jakiś czas. Wieje straszliwie, co trochę zacina deszczem. Czuję się jak jakiś alpinista, kiepski, ale alpinista 😉

Trasa wydaje się nigdy nie kończyć. Kolejne wzniesienie. Napotykamy usypane z kamieni „bazy” wysokości do pół uda. To na wypadek gdyby ktoś miał ochotę sobie tutaj zanocować? Od deszczu nie osłoni, ale przynajmniej wiatr nie zdmuchnie. Nagle widać na horyzoncie wystający punkt. Szczyt! Uff. Nareszcie. Zapewne w sprzyjających warunkach pogodowych rozpościera się stąd piękny widok na okoliczne góry. W tej chwili rozpościera się jedynie mgła i chmury. Widoki są mniej więcej takie:

12

13

14

11

10

Wiatr wieje już tutaj dość zimny więc gdy zatrzymujemy się na chwilę by pokontemplować od razu robi się zimno. Schodzimy na dół tą samą trasą. Na płaskowyżu deszcz znów zaczyna zacinać, widoczność żadna, aż tu nagle z mgły wynurza się postać. Patrzę kobieta. W stroju joggingowym. Sama. Wbiega! Na szczyt! Mija nas w ciszy i skupieniu i biegnie dalej. Myślę sobie – szalona jakaś. Samotnie tak wbiegać (ja idę ledwo) w taką pogodę? Zdziwienie nie opuszcza nas jeszcze przez dłuższą chwilę.

Znów przemierzamy morze kamieni, zgodnie z mapą gdzieś za nim, nasza ścieżka rozwidla się i mamy kierować się w prawo. Wracamy. Myślę sobie: teraz to już tylko z górki. Taaa…

15

Niebawem okazuje się, że nasza wyprawa tak prosto się nie kończy. Ona się dopiero zaczyna 😉

IMG_0010

Bez problemu znajdujemy trasę powrotną, ścieżka wyraźnie się rozwidla i skręca w prawo. Ten szlak tworzy pętelkę, więc nie wracamy tą samą drogą. Nadal jesteśmy w samym środku chmur, które jakby jeszcze bardziej się zagęszczają. Gdzieś hen na horyzoncie widać jednak ładną pogodę i błękitne niebo.

16

17

Znów wędrujemy płaskowyżem. Gdzieniegdzie widać jeszcze resztki śniegu, podziwiamy niezwykłe formacje skalne, które wyłaniają się z mgły.

18

19

20

Na jednym z przeciwległych szczytów widać sterczące kamienne kopczyki. Ścieżka wije się wyraźnie, zdaje się, że tak już będziemy dalej schodzić. Nic bardziej mylnego.

IMG_0012

Ścieżka nagle się urywa, bo znów docieramy do kamienistego miejsca. Jest kopczyk, czyli jesteśmy na trasie, na wprost skarpa w dół kilkadziesiąt metrów, po prawej wielki kamienny nasyp. Kolejnych kopczyków ani widu ani słychu.

21

22

IMG_0016

W dół nie da rady pójść, tam nie ma ścieżki, poza tym jest zbyt stromo, za kamiennym nasypem wydaje się jakby już nic nie było, ale nie mamy innego wyjścia. Włazimy na górę. A tam jeszcze więcej kamieni. Nic więcej nie widać, bo jesteśmy w samym środku chmury. Po lewej najwyraźniej nic nie ma. Kamienie się kończą, przepaść kilkadziesiąt metrów w dół. Trochę się wystraszam, bo nie widać co przed nami, jak dalej wygląda szlak, czy w ogóle dalej jest szlak? A ja tak w ogóle to mam lęk wysokości…

23

Proszę Lubego, żeby sprawdził na magicznej mapie w telefonie, czy znajdujemy się choć w okolicy wyznaczonej ścieżki. Najwyraźniej szlak prowadzi wzdłuż tej fantastycznej przepaści – Szkoci  naprawdę mają fantazję. Nagle dostrzegam kamienny kopczyk. Wypatruję kolejnych, które dają mi nadzieję, że nie zgubiliśmy się w tym kamiennym oceanie. Idziemy powoli i zastanawiamy się jakie jeszcze niespodzianki ta trasa ma w zanadrzu. Chmura nieco się przerzedza, więc trochę lepiej widać co jest dookoła nas. Robi się troszkę mniej straszno.

24

25

26

Nagle z naprzeciwka nadchodzą dwie kobiety w pełnym górskim „umundurowaniu”, z plecakami, czyżby szły na szczyt o tej porze? Może zamierzają nocować w jednej z baz na szczycie? Pomysł choć wydaje mi się równie szalony, jak wbieganie samotnie na szczyt w joggingowym stroju, to z drugiej strony całkiem ciekawie byłoby nocować w takiej pustce…

IMG_0018

Idziemy dalej, a ja dalej naiwnie myślę, że teraz to już z górki 🙂 Schodzimy do małej dolinki, ścieżka znów rozwidla się, znaków żadnych. Początkowo wybieramy trasę po lewej, ale Luby sprawdza mapę. Oczywiście idziemy źle. Bez tej mapy byśmy tutaj dzisiaj bankowo zginęli. Pogoda zaczyna wariować, wieje strasznie, niskie chmury przesuwają się w ekspresowym tempie, co chwile dając słońcu możliwość podświetlenia jakiegoś fragmentu krajobrazu.

I co? I nagle ścieżka się kończy. Mam wrażenie, że się powtarzam, ale ścieżka naprawdę znów się kończy. Co więcej nie kończy się tak bez sensu, kończy się, bo wyrasta przed nami góra, na którą najwyraźniej musimy się wspiąć. Kopczyków brak, więc tylko domniemywam. Nie wiem, czy proporcjonalnie do upływu kilometrów każde wzniesienie wydaje mi się coraz bardziej strome. Ale to jest bardzo strome. Mówię Lubemu, że nie dam rady wleźć na górę. Chociaż przecież wiem, że nie mam innego wyjścia…

Wspinam się w ślimaczym tempie, Luby koryguje kierunek spoglądając na wirtualną mapę, ja wypatruję w ziemi między kamieniami śladów po kijkach – kosmiczni wędrowcy oczywiście już dawno tędy szli. Za naszymi plecami rozgrywa się niezwykły spektakl chmur i słońca, które rozświetla blaskiem co chwilę to inny fragment krajobrazu. Wyjęłabym aparat, ale wiatr wieje tak mocno, że chwilami wpół zgięta muszę przytrzymywać się kamieni, żeby mnie nie zdmuchnął. Poza tym już ledwo zipię, a i nogi przy wspinaczce czuję że mam. Mimo wszystko, albo właśnie dlatego, dookoła jest tak pięknie.

Wreszcie docieramy na szczyt. Znów jesteśmy w samym środku chmury, ale daleko wszędzie nadal odbywa się spektakl chmur i słońca.

30

Docieramy do stacji meteorologicznej. Wieje straszliwie.

28

27

Mapa mówi, żeby kierować się w lewo, więc idziemy w lewo. I nagle bardzo tym razem wyraźne oznaczenie trasy. Jak tak, to nie było ani jednego kopczyka. Teraz cały zestaw ustawiony równo jak od linijki 🙂

29

Teraz wygląda na to, że już tylko z górki 🙂 Wchodzimy na ścieżkę ułożoną z kamieni i ograniczoną po bokach taśmami. Jest dość stromo, więc idziemy ostrożnie. Mamy za to widok na całą dolinę, w miarę jak schodzimy pogoda robi się coraz ładniejsza. Przed nami schronisko, a daleko przed nami jezioro Avon.

31

32

33

34

38

37

36

333

35

Za schroniskiem ścieżka dalej prowadzi w dół i wygląda na to, że już tylko w dół 🙂 Słońce zaczyna przygrzewać, a wiatr ustaje. Robi się piękna, ciepła, słoneczna pogoda. Zdaje się, że schodzimy całą wieczność. Godzinę, dwie? Moje kolana próbują mi powiedzieć, że już dość tego schodzenia, Luby też już idzie ostatkiem sił. A tu ciągle w dół i w dół. Już widzimy parking przy ośrodku narciarskim. Ścieżka nie idzie prosto, tylko wije się zakrętami. Oj dobrze, że tędy nie wchodziliśmy…

39

40

41

42

W końcu parking, jak miło postawić stopy na płaskiej betonowej powierzchni. Jeszcze raz podziwiamy widok na góry teraz pełne słońca i przypominamy sobie, jak kilka godzin temu wyruszaliśmy tą trasą. Myślę głośno, że poszłabym z chęcią jeszcze raz tym szlakiem. Na co Luby stwierdza, że on też, tylko najpierw musimy trochę poczekać aż zapomni jak było ciężko 🙂

Z tej perspektywy 28,5 km górskim szlakiem wydaje mi się na serio szalone. Ale gdyby tak mieć namiot, tak na wszelki wypadek… w sumie można by po drodze zanocować… 🙂

PS Zdecydowanie polecam Wam korzystanie z map w formie plików gpx. Jeszcze ani raz nas nie zawiodły, a w przypadku tej wycieczki kilkakrotnie pomogły nam się nie zgubić. Taka mapa nie nawiguje, ale pozwala zorientować się, czy znajdujemy się na trasie, czy poza, w którym kierunku idziemy i ile jeszcze kilometrów nam pozostało. Nie potrzebuje dostępu do internetu bo pobiera nasz sygnał GPS. Internet potrzebny jest tylko po to, aby mapę pobrać. Potem otwieramy ją w aplikacji, która obsługuje pliki gpx (w naszym przypadku Footpath) i gotowe. Jeśli chodzi o szlaki w Polsce, takie mapy można pobrać z http://www.trail.pl

Loch Callater

Ostatnio blogowe działania idą mi niezwykle opieszale, po prostu w żółwim tempie. W kolejce czekają zdjęcia do obróbki, dwie wyprawy do opisania, a jutro wybieramy się na kolejną eskapadę. W ostatnim czasie siedzenie przed komputerem w czterech ścianach, doprowadza mnie do szaleństwa, dlatego jeśli tylko pogoda bardzo nie przeszkadza, to staram się spędzać czas gdzieś na zewnątrz.

Mam tylko jedną rzecz, która przyciąga mnie do komputera.

Nie lubię seriali. Nie lubię seriali, bo jeśli są wciągające to nie da rady obejrzeć jednego godzinnego odcinka. Oglądasz drugi, piąty, dwunasty, a potem drugą serię… gorzej jeśli serii jest więcej niż dwie. Okazuje się, że masz godziny i dni wyjęte z życia. Nie uprane, nie uprasowane, nie ma kolacji, a ty siedzisz spocona po robocie, bo jeszcze następny odcinek tylko… No więc zaczęłam oglądać serial. Bo bardzo polecali go w radiowej Trójce, więc stwierdziłam, głupia ja, że obejrzę jeden odcinek i zobaczę czy taki warty polecenia… i tak jestem w drugiej serii, a są chyba cztery. Nie powiem Wam jaki to serial, żeby Was nie kusiło obejrzenie tylko jednego odcinka. Bo nie da się tylko jednego obejrzeć 😛 Ale jeśli macie kupę wolnego czasu, z którym nie ma co zrobić – piszcie, wyślę Wam tytuł 😉

Przechodzimy do sedna naszego dzisiejszego spotkania. Muszę się zabrać poważnie do roboty, bo w zanadrzu jeszcze mam Wam świetną wyprawę do opisania, a jestem generalnie w czarnej… w serialu 😉

Pamiętacie moją listę „must do”? Wyprawa nad Loch Callater była jednym z punktów na tej liście. Wprawdzie wrzosy dopiero zaczynają kwitnąć i wzgórza nie przywitały nas pięknym fioletem, ale nie zmienia to faktu, że było pięknie.

panorama

Loch Callater znajduje się pośrodku niczego, jakieś 3km na południe od Braemar, ostatniej w tej okolicy miejscowości turystycznej. Jeśli wejdziecie sobie na mapy google, znajdziecie Braemar, poniżej Auchallater i na Old Military Road postawicie sobie tego żółtego chłopka-wędrowniczka, to zobaczycie jakie „pośrodku niczego” mam na myśli. Jedynym punktem, który znaczy początek szlaku jest stojąca przy drodze farma. Po przeciwnej stronie drogi mały parking i automat parkingowy – 2,50£. Widoki bezcenne.

DSC_0510_01

Przekraczamy furtkę i idziemy ścieżką lekko pod górę. Słońce świeci, trochę wieje, ale już po kilku minutach spaceru robi się bardzo ciepło i przyjemnie. Otaczają nas piękne, porośnięte jedynie wrzosem wzgórza. Nasza trasa wiedzie, dość szerokim płaskim traktem wzdłuż rzeki. Dookoła pusto, gdzieniegdzie pasą się owce, ciszę czasem przerywa śpiew ptaków. Ani żywego ducha, żadnych turystów. Nic. Tylko my, wzgórza, ptaki i owce i dużo świeżego górskiego powietrza. W takim świeżym górskim powietrzu wszystko dookoła wygląda jakby ktoś nałożył jakiś wyostrzajacy filtr. Czyste, wyraźne i intensywne. Trawa zielona, niebo niebieskie, a kamienie kamienne. Nawet my jesteśmy trochę bardziej.

DSC_0508

DSC_0532 DSC_0537 DSC_0544 DSC_0547

DSC_0555 DSC_0569 DSC_0578

Idziemy tak już dobra chwilę, nie wiem ile bo żadne z nas nie patrzy na zegarek. Nagle kilkanaście metrów przed nami na drodze dwa barany. Stajemy. Barany też zatrzymały się nieruchomo i patrzą na nas. Iść nie iść? To w końcu barany, mają rogi, a my nie mamy innej drogi, musimy się minąć. Stoimy jak kowboje w westernie, czekając kto pierwszy zrobi odwrót. Okazało się ze to nie tylko dwa barany a cała owcza rodzina, która czaiła się w krzakach przy ścieżce. Wycofały się i pokopytkowały na górkę obserwować nas z bezpiecznego miejsca.

Wędrujemy dalej. Nagle na horyzoncie widzimy jakieś zabudowania. Dom. Kilka drzew. Pośrodku niczego. Nad jeziorem, które zaraz zza domu się wyłania. Jezioro błękitne jak niebo. Dookoła jeziora zielono jak tylko jesteście w stanie sobie wyobrazić.

DSC_0581

DSC_0598 DSC_0584

Dom to miejsce udostępnione dla turystów. Jeśli zbłąkasz się gdzieś w tamtych stronach możesz znaleźć tam schronienie. Nie ma prądu, wody, ale jest dach nad głową, jeśli zaskoczy Cię pogoda, albo widok urzeknie tak mocno, że postanowisz zanocować nad jeziorem. Za darmo. Pod warunkiem, że zostawisz po sobie porządek.

IMG_0344_01 IMG_0345 IMG_0346

Robimy sobie nad jeziorem krótki przystanek. Szlak wiedzie dalej wzdłuż Loch Callater, po kilku kilometrach można dojść do dużo mniejszego Loch Kander. My jednak zawracamy i kierujemy się z powrotem do auta. Jest już późne popołudnie, a czeka nas jeszcze dwu i półgodzinna jazda do domu. Poza tym jak zawsze znikąd, pojawiają się chmury. Deszcz, słońce, chmury… Taka sytuacja:

IMG_0347 DSC_0634 DSC_0639 DSC_0651 DSC_0655

Przyjemny, ciepły letni deszcz, po którym w ciągu kilku minut nie ma śladu. Wracamy. Niedaleko furtki spotykamy parę z plecakami, która dopiero wyrusza na szlak. Pewnie na noc zatrzymają się w chacie i będą mogli podziwiać rozgwieżdżone górskie niebo w kompletnej ciszy. W sumie świetny pomysł. Ognisko, piwko, śpiwór, cisza, niebo i jezioro. Czego chcieć więcej?

DSC_0660 DSC_0661 DSC_0667 DSC_0683 DSC_0700 DSC_0716 DSC_0720

Z tą koncepcją wracamy do domu. Jeśli kiedyś zdarzy Wam się w te okolice zbłądzić, bardzo polecam wam wybrać się nad Loch Callater. My na pewno jeszcze kiedyś tam wrócimy.

DSC_0606

 

pozdrawiam paula

 

 

z wizytą na księżycu

loch muick

Do Loch Muick wiedzie kręta, wąska na jedno auto droga. Jesteśmy w parku narodowym Cairngorms, kawałek na południowy-zachód od Ballater. Z zielonych zadrzewionych terenów wyjeżdżamy nagle na brązowo-szary płaskowyż przypominający księżycowe krajobrazy. Ani żywego ducha, może dwa razy zjeżdżamy do zatoczki, żeby przepuścić auto z naprzeciwka. Dookoła widoki jakich nie powstydził by się Spielberg. Pagórki porośnięte jeszcze zeszłorocznym uschniętym burobrązowym wrzosem. Sceneria idealna do kręcenia filmu z kategorii „końca świata”.

Jedziemy tak dobrych kilkanaście minut, aż droga kończy się parkingiem, całkiem tego dnia zapełnionym. Parking płatny, za to toaleta darmowa (ciągle mnie to zadziwia tutaj, że nawet w największym wygwizdowie uświadczysz cywilizowaną darmową toaletę).

Na dzień dobry napotykamy stado, zabijcie mnie ale nie wiem nadal – jeleni/saren (dla mnie jeleń to pan, a sarna to panienka, ale podobno to nieprawda) wypasających się kilkadziesiąt metrów od ścieżki. Spotykamy też kilkoro emerytów wracających ze szlaku opatulonych jak na Syberii – od stóp po czubek głowy. Zaczynamy się zastanawiać nad naszym własnym odzieniem, bo wybraliśmy się zdecydowanie mniej hardcorowo. Na szczęście nasze obawy okazały się nieuzasadnione, bo pogoda była dla nas tego dnia bardzo łaskawa. Poza tym nasza wyprawa obejmowała trasę najkrótszą – 12 km wokół jeziora, w niższych partiach gór bardziej osłoniętych od wiatru.

DSC_0002

DSC_0005

DSC_0013

Po kilku minutach spaceru jezioro wyłania się spośród gór. Zgodnie z informacjami wyszukanymi w sieci średnia głębokość to 35 metrów, ale miejscami jest i ponad 70 metrów. To robi wrażenie, chociaż we mnie i 2 metry budzą respekt.

DSC_0016_01

DSC_0017

DSC_0019

DSC_0022_01

DSC_0024_01

DSC_0026_01

Szlak wiedzie najpierw dość szeroką, wygodną ścieżką, kilkanaście metrów ponad lustrem wody. Potem robi się dość wąsko i kamieniście. Dookoła pustka. Z jednej strony woda, z drugiej porośnięte wrzosem zbocza, a gdzieniegdzie wściekle zielone drzewa i krzewy. Mijamy małe wodospady, które ni z gruchy ni z pietruchy wylewają się z wnętrza gór i spływają do jeziora.

DSC_0029_01

DSC_0030_01

DSC_0035_01

DSC_0039

DSC_0041

DSC_0045

DSC_0050

DSC_0062

DSC_0055_01

Robimy sobie krótki przystanek tuż na wprost byłej letniej rezydencji Królowej Victorii, jak informuje nas dwóch zdaje się Brytyjczyków, którzy mijają nas właśnie podczas kontemplacji widoku. Naprawdę jest co podziwiać, gdyby zieleń drzew, to klimat byłby zupełnie jak z innej planety.

DSC_0067

DSC_0068

DSC_0069

DSC_0091

Zastanawiam się jaki widok miała Królowa Victoria siedząc sobie nocą przed swoją rezydencją. Wyobrażacie sobie jak ciemno musi być tam nocą, gdy w promieniu kilkudziesięciu kilometrów nie ma żadnych większych źródeł światła?

W połowie drogi wychodzimy na malutką plażę, wokół może nie monumentalne ale i tak robiące wrażenie góry. Słońce co chwilę wychodzi i zachodzi, podświetlając coraz to inne fragmenty gór, jakby chciało nam pokazać na co zwrócić szczególną uwagę. Chciałabym mieć oczy dookoła głowy, żeby nasycić się tym niezwykłym widokiem.

DSC_0085_01

DSC_0065

Przenosimy się na drugą stronę jeziora i mijamy wcale nie tak ogromną jak się wydawało rezydencję Królowej. Okna od wewnątrz zasłonięte okiennicami – szkoda że nie da się zobaczyć co jest w środku.

DSC_0096

Po tej stronie jeziora szlak jest zdecydowanie mniej interesujący – szeroki płaski trakt – w końcu Królowa jakoś musiała do swojej rezydencji dojeżdżać. Po kilku kilometrach dochodzimy do punktu w którym zaczęliśmy nasz spacer.

 

DSC_0098

DSC_0101

DSC_0121

DSC_0120

DSC_0118

DSC_0105Na naszej drodze jednak pojawia się jednak kilka jeleni (?) skubiących sobie trawę wzdłuż ścieżki. Iść dalej? Czekać? Nie bardzo jest wyjście, więc powoli kierujemy się w ich stronę. W miarę naszego zbliżania się zwierzęta oddalają się od ścieżki i zaszywają w pobliskim lasku. Mam wrażenie, że zerkają na nas z podobnym zaciekawieniem.

DSC_0127

Pakujemy się do auta i tą samą krętą droga przez pustkowie wracamy do cywilizacji. Do widzenia mówi nam jeszcze stado rogaczy pasące się przy drodze.

Może w czasie kwitnienia wrzosów powtórzymy tą wycieczkę, tym razem zataczając większy krąg po szczytach gór.

pozdrawiam paula

wprawka do wyprawy nad Loch Ness

Trochę się ten post musiał naczekać na publikację, a w zasadzie na napisanie. Ale lepiej późno niż wcale. Z okazji Dnia Kobiet postanowiliśmy wreszcie, po roku pobytu w Szkocji, zobaczyć sławne Loch Ness.

panorama loch ness

Lubemu marzy się przejście całej trasy wzdłuż Loch Ness ale ponieważ jezioro nie przysunęło się do nas ani o milę, a my nadal skazani jesteśmy na podróżowanie komunikacją miejską, postanowiliśmy jedynie wybadać teren. Aby przejść całą Great Glen Way, która wiedzie wzdłuż Loch Ness (czyli ponad 100km), potrzeba przynajmniej 4 dni, samochodu i długiego dnia. My mieliśmy do dyspozycji 1 dzień, komunikację miejską i zachód słońca przed 18:00.

Dlatego też nasza „podróż” przewidywała przejście mikroskopijnego odcinka tej trasy. Sam dojazd do Inverness zajął nam blisko 4 godziny. W Inverness przesiedliśmy się do kolejnego autobusu, który dowiózł nas do ruin zamku Urquhart położonego nad Loch Ness, jakieś 2 kilometry od Drumnadrochit – malutkiej miejscowości, która jest jedną z baz wypadowych nad Loch Ness i w góry. Tym samym naszą pieszą wyprawę rozpoczęliśmy po godzinie 15:00, nie mieliśmy więc zbyt dużo czasu do zachodu słońca.

loch ness

Przyznam Wam szczerze, że w tym dniu, jeśli chodzi o Loch Ness, największe wrażenie zrobił na mnie dojazd do Urquhart Castle. Trasa z Inverness wiedzie wzdłuż jeziora, bardzo wąską drogą, na tyle wąską, że niejednokrotnie wyglądając przez okno widziałam tylko skarpę wiodącą 2-3 metry w dół i wody jeziora. Kierowca jakby w ogóle się tym nie przejmując nieźle dodawał gazu przyprawiając mnie o szybsze bicie serca. Widok był piękny, chociaż jezioro bardziej przypominało szeroką rzekę. Ale na tym chyba właśnie polega jego urok.

loch ness castle

Autobus dowiózł nas na parking przy leżącym nad samą wodą Urquhart Castle. W ruinach tego zamku zapisana jest historia ostatnich 500 lat, a badania donoszą, że historia tego miejsca sięga jeszcze dalej. Ruiny zamku dostępne są dla zwiedzających za odpowiednią opłatą, my jednak podziwiamy go tylko z góry – czeka nas pieszy powrót do Drumnadrochit, a po drodze chcieliśmy wdepnąć jeszcze do starego lasu Urquhart.

zamek nad loch ness

Trasa piesza wiedzie wzdłuż głównej drogi, dookoła zielenią się wzgórza, bielą nieliczne domy i oczywiście widać jezioro. Dochodzimy wspólnie do wniosku, że krajobraz przypomina nam wielokrotnie i namiętnie przez nas odwiedzane Jezioro Żywieckie i Międzybrodzkie.

to loch ness road loch ness loch ness

jezioro loch ness

drumnadrochit

Po drodze zostaję absolutnie zauroczona mikroświatem napotkanym na mijanym płocie:

mikro ogrod

Dochodzimy do malutkiego Lewiston i mijając nieliczne domy, stary cmentarz i małe pastwiska docieramy na szlak wiodący do Loch Ness przez stary las.

in lewiston lewiston lewiston kirk

lewiston wood

Niestety droga do jeziora kończy się dla nas w miejscu w którym zaczyna się rzeka. Kilka lat temu stał tam most, ale powódź w 2007 roku doszczętnie go zniszczyła i nie został odbudowany. Gdyby nie panująca temperatura rzekę można by przejść wpław, w tym momencie w którym tam byliśmy to jedynie większy strumień. Ale na myśl o zamoczeniu choćby pięty w lodowatej wodzie, robimy odwrót i wracamy do Drumnadrochit.

to drumnadrochit

 

Drumnadrochit to tak jak już wspomniałam malutka miejscowość, kilka domów, małe pensjonaty, kilka restauracji i sklep spożywczy i poczta w jednym. 8 marca to jeszcze nie sezon, dlatego zastajemy czynne jedynie to ostatnie. Kupujemy szkockie krakersy (czyli polską macę), zasiadamy na ławce koło przystanku autobusowego i ponad godzinę czekamy na autobus, który zawiezie nas do Inverness. Robi się już porządnie zimno i ciemno i jedyne o czym marzymy to ciepły posiłek i łyczek czegoś mocniejszego na rozgrzanie. W Inverness pozostaje nam jakieś 20 minut do autobusu fundujemy sobie więc szkocko-turecki zestaw podróżny, czyli whisky i kebab. Kebab zjadamy na miejscu, a whisky pokątnie przelewamy do termosu z resztką herbaty i raczymy się takim wyjątkowo rozgrzewającym napitkiem przez resztę drogi do domu.

loch ness panorama