ho! ho! ho! Edinburgh

Zdecydowanie ani ja ani Luby nie jesteśmy wielkomiejscy. Dlatego jako punkt docelowy naszych wycieczek zwykle wybieramy raczej jakieś miłe zadupie, aniżeli ruchliwe i głośne miasto. Tym razem jednak Luby, w ramach nieco spóźnionego mikołajkowego prezentu, postanowił zafundować nam bilety autobusowe do Edynburga. Po pierwsze, tak na prawdę w Edynburgu byliśmy tylko raz, a właściwie pół raza, bo naszą krótką eskapadę w środku nocy w drodze z lotniska, w dniu w którym po raz pierwszy nasze stopy stanęły na szkockiej ziemi, pełną wizytą nazwać nie można. A po drugie, chcieliśmy zobaczyć jak prezentuje się świąteczny Edynburg i może nieco tej świątecznej atmosfery złapać. Szybko jednak okazało się, że ani ja ani Luby nie jesteśmy wielkomiejscy 🙂

Pogoda zdała się nie potraktować nas poważnie i na dzień dobry zaserwowała nam deszcz, po czym jednak stwierdziła chyba, że zasłużyliśmy sobie na miły dzień i słońce towarzyszyło nam już do końca jakże krótkiego grudniowego dnia. BTW zimowe dni w Szkocji są depresyjnie krótkie, o 8 rano nadal zalega ciemność jak w środku nocy, a przed 16 dzień kładzie się spać. Nawet w najgorsze, paskudnie zimowe dni w Polsce nie miałam takich problemów z porannym wstawaniem jak tutaj.

Nie mamy wielkiego planu na zwiedzanie, tak na prawdę nie mamy żadnego planu na zwiedzanie Edynburga. Koncepcja zakłada jedynie wizytę w świątecznej wiosce i na wzgórzu, na którym byliśmy blisko dwa lata temu w drodze z lotniska. Poza tym mamy kilka godzin na szwendanie się gdzie nas nogi poniosą.

Pierwsze miejsce gdzie z reguły współczesny człowiek ląduje po wyjściu z dworca autobusowego/stacji kolejowej? Centrum handlowe. Wprawdzie edynburski dworzec autobusowy nie znajduje się w samym środku centrum handlowego, jak to zwykle bywa, ale jakimś dziwnym zrządzeniem losu w pierwszych krokach właśnie na centrum handlowe trafiamy. A przed centrum dwie ogromne żyrafy, wykonane ze złomu.

giraffes

zyrafa-edynburg

Idziemy coś zjeść, żeby mieć siłę i nie zwiedzać z burczącym brzuchem i zaczynamy spacer.

Idziemy zatem bez ładu i składu, za tłumem, w kierunku słońca, jak kto woli i kawałek dalej natrafiamy na uliczkę, gdzie kręcona była scena z filmu Trainspotting (pamiętacie moment, w którym główny bohater podczas ucieczki wpada pod auto?) Robiąc to zdjęcie nawet nie zdawałam sobie sprawy z tego, że to właśnie TO miejsce. Dopiero kilka dni temu, oglądając ponownie film, zauważyłam, że przypadkowo sfotografowałam właśnie to miejsce.

edynburg-trainspotting

Kierujemy się w stronę ścisłego centrum, nie trudno to zauważyć, gdyż stoimy ściśnięci w gąszczu pieszych czekających na zielone światło. Przed nami nietrudna do zauważenia świąteczna wioska, a w zasadzie świąteczne miasteczko powinnam powiedzieć. Wydaje się całkiem sporych rozmiarów w porównaniu do naszej aberdińskiej wioski 🙂 Świąteczny nastrój mijamy jednak bokiem, wrócimy tutaj o zmierzchu. Tymczasem robimy odwrót w boczną uliczkę uciekając od tłoku, hałasu i sznurów aut.

edinburg2

edynburg4

edynburg3

edynburg

edynburg29

edynburg6

edynburg5

edynburg14 edynburg13 edynburg12

edynburg-swieta

edynburg11 edynburg10 edynburg9 edynburg8 edynburg7

Lubimy boczne uliczki. Cisza, spokój, nawet słychać jak śpiewają ptaki (zdecydowany plus Szkocji – w zimie śpiewają ptaki. Zauważyłam to ostatnio kilka razy wychodząc do pracy w całkiem ładną pogodę, słońce świeci, ptaki śpiewają – prawie jak wiosna. Od razu się człowiekowi humor poprawia).

edynburg15

edynburg16

Robimy bardzo miłe kółeczko i w sam raz na zachód słońca lądujemy w centrum. Na tym samym skrzyżowaniu.

edynburg17

edynburg19

edynburg18

Najwyższa pora by odwiedzić świąteczne miasteczko. Robi wrażenie. Swoją wielkością i ogromem przygotowań i nakładu pracy jaki zapewne włożono w jego stworzenie. Nie jestem fanką tego rodzaju rozrywek, tłum, hałas i przepychanie się między świątecznymi straganami nie należą do moich ulubionych. Ale wrażenia nie można świątecznemu miasteczku odmówić. Zapewne gdybym miała więcej cierpliwości do siebie, statywu i tłumu mogłabym zaprezentować Wam zapychające dech w piersiach fotografie 😉 Ale ponieważ nie mam żadnej z tych trzech rzeczy, prezentuję Wam niezbyt profesjonalne, za to mam nadzieję oddające atmosferę fotki jakie udało mi się pstryknąć.

edynburg20

edynburg21

edynburg24

edynburg28

edynburg27

edynburg25

Bardziej od świątecznej wioski robią na mnie wrażenie rozświetlone dziesiątkami świateł budynki. To spektakl piękniejszy niż wszystkie świąteczne dekoracje 🙂

edynburg22

edynburg26

edynburg23

Tłum znów szybko nas męczy, więc po raz kolejny uciekamy z centrum. Pisałam na początku, że jednym z naszych celów było wzgórze, na którym byliśmy podczas naszej nocnej wizyty w dniu naszego przylotu. Ani ja ani Luby nie sprawdziliśmy jednak gdzie wzgórze się znajduje i jak na nie trafić. Wzgórze, to wzgórze stały na nim dość charakterystyczne ruiny, więc jakoś trafimy 🙂 Szybkie spojrzenie na mapę w telefonie – jakieś wzgórze jest, więc zmierzamy w jego kierunku. Lądujemy w końcu pod budynkiem parlamentu i gdzieś w zakamarkach pamięci, wykopujemy widok, w którym ze wzgórza właśnie widać parlament. Znaczy się jesteśmy na dobrej drodze. Jest już kompletnie ciemno, więc trudno nam ocenić odległość, wysokość itp. Nagle na horyzoncie pojawia się wielka czarna plama, która w pierwszym odruchu wydaje się nam wielką czarną chmurą. A okazuje się być wielkim czarnym wzgórzem. Całkiem dużym jak na wzgórze.

Kiedy znajdujemy się już nieco bliżej, a właściwie całkiem blisko, okazuje się, że to wzgórze to całkiem spora góra, a żadne z nas nie przypomina sobie abyśmy, aż tak się wspinali. Przychodzi nam do głowy, że być może po prostu doszliśmy ze złej strony. Dookoła wzgórza wiedzie chodnik, stwierdzamy więc, że kawałek przejdziemy i zobaczymy może wejście jest z drugiej strony. Ciemno jak wiecie gdzie, nie ma latarni, dobrze, że mamy latarkę. Przechodzimy spory kawałek i dochodzimy do miejsca gdzie droga wjeżdża na wzgórze. Ale po ruinach ani widu ani słychu, na dodatek centrum miasta oddaliło się od nas całkiem sporo (z oddali widać świąteczne młyńskie koło), a pamiętamy dobrze, że na wzgórze właśnie z miasta się wchodziło. Czyli zgubiliśmy się 🙂

Robimy odwrót i idziemy z powrotem, mijamy punkt w którym wystartowaliśmy i idziemy kawałek w przeciwnym kierunku, może z drugiej strony pojawią się ruiny. Docieramy na parking, jest nawet mapa. Faktycznie stoimy na jakimś wzgórzu, ale kompletnie nie przypomina ono tego na którym byliśmy. Szkoda że jest już tak ciemno, bo to też wydaje się całkiem przyjemne. Rozglądamy się dookoła i nagle, po zupełnie przeciwnej stronie świata dostrzegam zarys ruin, których szukamy od dwóch godzin. Czy nie wydaje Wam się to zdarzenie jakąś życiową metaforą? Dwie godziny wędrujesz na wzgórze, po czym okazuje się, że to nie to którego szukasz, jak już sobie myślisz że zmarnowałaś dwie godziny czasu, nagle doznajesz olśnienia, że to którego szukasz jest po przeciwnej stronie miasta? Eureka!

Bierzemy azymut na ruiny i jak po sznurku trafiamy wprost pod wejście na to właściwe wzgórze, które faktycznie jest wzgórzem i prowadzą na nie schodki wprost ze środka miasta. Ha! jest i widok na budynek parlamentu, a z drugiej jego strony nasze „wzgórze” z którego właśnie wróciliśmy. Paskudne zdjęcie prezentuję poglądowo, żebyście mogli mieć odniesienie do tego „wzniesienia”, na które mieliśmy zamiar się wspiąć 😉

edynburg30

Tutaj też zakończyliśmy naszą wycieczkę. Dotarcie do dworca autobusowego zajęło nam jakieś trzydzieści minut, łącznie z zakupem pączków i czekoladowych ciastek na drogę 🙂

Zgodnie z tym, co obliczył nam Sports Tracker, zeszło nam się po Edynburgu ładnych 25 kilometrów.

Wniosek?

Czasem człowiek musi się zgubić, żeby się dowiedzieć czego szuka i gdzie to znaleźć 😉

Odkrywczych podróży Wam życzę w Nowym Roku!

edynburg31

podbijamy Szkocję (albo Szkocja podbija nas) – wyprawa na Isle of Skye

image11

Dla turystów odwiedzających Szkocję, wyspa Skye jest jednym z obowiązkowych punktów. Kiedy zaczęliśmy podróżować po Szkocji i dla nas Skye stało jednym z miejsc, które chcieliśmy koniecznie zobaczyć. Największa z Hybryd Wewnętrznych, określana jest jako miejsce magiczne i niezwykłe, a gdzie się nie obejrzysz – widoki zapierające dech w piersiach. Uznana przez National Geographic jako 4 najpiękniejsza wyspa na świecie. Nie mogło być inaczej – musieliśmy zobaczyć to na własne oczy.

Świetna okazja nadarzyła się, gdy pod koniec sierpnia odwiedziła nas moja siostra. Wyprawę na Skye uznałam za fantastyczny pomysł – niespodziankę z okazji jej przyjazdu. Dołączył do nas nasz współlokator i tak we czwórkę wyruszyliśmy na podbój Isle of Skye 🙂

Zróbcie sobie kawę, herbatę i kanapki, bo to będzie dłuuuuga podróż 😉

Wyjeżdżamy najwcześniej jak się da, co w naszym przypadku oznacza między szóstą a siódmą rano, więc wcale nie tak wcześnie. Ale google maps nastroiło mnie pozytywnie informacją, że całą wyspę można z góry na dół przejechać w dwie i pół godziny (o jakże się myliłam), więc uznaliśmy, że damy radę wykonać wszystko to co zaplanowaliśmy. Dodatkową atrakcją miała być również sama droga na wyspę. Zamiast krótszej i szybszej trasy główną przelotówką, wybraliśmy nieco dluższą, ale malowniczą trasę przez góry.

Ta wycieczka pokazała nam, jak mało jeszcze wiemy o Szkocji i jak wiele jest nas w stanie zaskoczyć. Przejazd przepiękną trasą przez góry, okazuje się wyprawą samą w sobie pełną zaskakujących zwrotów akcji i niespodzianek, a przede wszystkim dużo dłuższą niż się spodziewaliśmy.

Po kilku godzinach ekscytującej jazdy, z fanfarami i tchem zapartym w piersiach przekraczmy w końcu most łączący ląd (a właściwie wyspę) z wyspą i oficjalnie znajdujemy się na Skye. Wedle nawigacji tylko półtorej godziny jazdy dzieli nas od naszego punktu docelowego znajdującego się na małym wystającym najbardziej na zachód dzyndzelku wyspy. Mamy zaplanowaną około czterogodzinną przebieżkę szlakiem do latarni Neist Point – niezwykle popularnego miejsca, z widokiem na Hebrydy Zewnętrzne, przepiękne klify, a jeśli ma się wystarczająco dużo szczęścia, to i na pływające w morzu (czy to już Ocean Atlantycki?) płetwale. 

Zatem od tych niezwykłych widoków dzieli nas w teorii jedynie półtorej godziny, jesteśmy już nieco zmęczeni podróżą, ale ciągle podekscytowani tym, co jeszcze nas czeka. A czekało nas wiele 🙂

Przede wszystkim test cierpliwości. Oczywiście spotkaliśmy się już podczas naszych wypraw, z wąskimi na jedno auto drogami, gdzie co chwilę pojawia się mijanka, na wypadek spotkania twarzą w twarz z kierowcą z naprzeciwka. Nie przewidzieliśmy jedynie, że jakieś 90% dróg na Skye właśnie tak wygląda.

9

Na każdej takiej drodze znajduje się ograniczenie prędkości do 60 mil/godzinę i zapewne na podstawie tego ograniczenia nawigacja wylicza pi razy oko, czas dojazdu z punktu A do punktu B. Natomiast jeśli nie jesteś kierowcą rajdowym, to prędkości 60 mil/godzinę nijak na takiej drodze nie rozwiniesz (chociaż zdarzyło nam się podczas tej wyprawy napotkać kierowcę Tesco, który po wąziutkiej, krętej drodze popierniczał z taką prędkością, że o mało z butów nie wyskoczyliśmy z wrażenia). Zwłaszcza, że niektóre fragmenty dróg są własnością owiec, które nie zważając na okoliczności, pasają się wzdłuż i w poprzek ulicy, więc nogę trzeba trzymać w pogotowiu na hamulcu, a oczy mieć dookoła głowy.

15

I tak z półtoragodzinnej drogi na Neist Point, zrobiły się trzy. Przyznaję, pod koniec przeklinaliśmy na czym świat stoi, gdy po raz n-ty okazywało się, że to jeszcze nie tu, że to jeszcze kilka mil. Bo przecież nie da się przejechać 90km w półtorej godziny, jeśli średnia prędkość wynosi 30-40km na godzinę… Kiedy w końcu docieramy na miejsce okazuje się, że nasz plan trochę się posypał i jesteśmy zmuszeni nieco go zmienić, jeśli chcemy jeszcze tego samego dnia dojechać do Armadale, gdzie czeka na nas nocleg. Do Armadale mamy co najmniej tyle samo drogi przemierzanej w żółwim tempie, a tu już po 15:00.

Parkujemy auto w pierwszym wolnym miejscu przy drodze prowadzącej do Neist Point i ciesząc się tym, że możemy wreszcie rozprostować nogi ruszamy przed siebie.

Latarnia faktycznie okazuje się bardzo popularnym wśród turystów miejscem, chyba jeszcze nigdzie podczas naszych wycieczek po Szkocji nie spotkaliśmy takich tłumów, ja chyba jednak wolę mniej oblegane i zatłoczone atrakcje.

image2h

1

image3

Zdjęcie poniżej to zbliżenie najbardziej wysuniętego na prawo fragmentu ze zdjęcia powyżej, z nieco innego kąta. Jeden pan wędkuje, a drugi kontempluje tudzież wspiera go duchowo. Nie wiem czy gratulować odwagi, czy to już skraj szaleństwa, a może tradycyjne szkockie spędzanie czasu na łowieniu ryb. W każdym razie za żadne skarby stopa moja nie stanęłaby na tej skale kilkanaście metrów nad szalejącą wodą…

5

4

Neist Point okazuje się bardzo urokliwym zakątkiem nawet pomimo hordy turystów, wokoło przepiękne widoki na klify tak potężne, że aż trudno ogarnąć je wyobraźnią.

image4

7

3

Kto jest w stanie dojrzeć na zdjęciu mikroskopijnej wielkości owieczki?

image1h

2

6

image5

Goni nas czas, robimy mały postój na kanapki i wracamy do auta. Po drodze dają o sobie znać malutkie, upierdliwe i nieziemsko wkur…denerwujące highlandzkie meszki zwane midgets. Napadają setkami, obsiadają i wyrywają mikroskopijne kawałki skóry. Komary to przy nich cienkie Bolki.

8

16

Ostatnie ujęcie mglistego popołudnia i w drogę do Armadale.

image8

Powoli zapada zmierzch, panowie postanawiają sobie zrobić mały przystanek na papierosa, ja decyduję się pstryknąć kilka fotek widoków przepięknej urody. Nie da rady. Po dziesięciu sekundach od wyjścia z auta następuje zmasowany atak midgetsów. Poniżej pierwsze i ostatnie zdjęcie, jakie udało mi się zrobić zanim wskoczyliśmy z powrotem do auta, otworzyliśmy okna i czemprędzej ruszyliśmy, by wiatr wywiał te żarłoczne potwory. Ślady po nich zniknęły mi po dwóch dniach, ale Luby ponad tydzień walczył z bolesnymi i swędzącymi bąblami.

18

Dojeżdżamy do pierwszego większego miasteczka – przystanek na tankowanie, krótkie zwiedzanie i wizytę w sklepie. Po tak długim dniu należą nam się piwo, cydr i chińskie zupki 🙂

14 13 12

Tuż przed 21:00 jesteśmy nadal w drodze, gdy dzwoni Sandy – właścicielka campingu, w którym będziemy nocować. Z przyjemnością mogę jej jednak oznajmić, że za 2 mile będziemy w Armadale. Na szczęście camping udaje nam się znaleźć bez większych problemów, jeszcze wypakować toboły i wreszcie można zjeść, wypić i paść. Jeszcze wieczorna toaleta, która w tym wypadku okazuje się nie lada wyzwaniem, ale o tym za chwilę. Po tak intensywnym dniu wszyscy zasypiamy kamiennym snem nie zważając na komary, ćmy i pająki, które korzystając z okazji również pakują się do naszego wigwamu 🙂

Poranek wita nas pogodą jakiej nikt z nas się nie spodziewał. Za radą znajomych uzbroiliśmy się w swetry, czapki i kurtki przeciwdeszczowe, tymczasem wczorajszy pochmurny wieczór zamienił się w słoneczny, ciepły,  bezwietrzny poranek. Ukryte wczoraj pod osłoną ciemności piękno tej wyspy, ujawniło nam się w całej swojej okazałości.

Na ławeczce przed wigwamem pijemy kawę i jemy śniadanie podziwiając widok na malutki port w Armadale, który od samego rana tętni życiem. Wiemy już, że na pewno tutaj wrócimy w przyszłym roku, co najmniej na kilka dni.

11

20

A po śniadaniu można pokiwać się w hamaku zadając sobie pytanie: dlaczego przyjechaliśmy tylko na jedną noc? 😉

19

Pora teraz by opowiedzieć nieco o miejscu gdzie spędzamy noc. Nie jest to zwykły camping, to niezwykłe miejsce z duszą, świetnym pomysłem i sporą dawką fantazji. Zdaję sobie też sprawę z tego, że nie każdemu może się tu spodobać. Wielu może uznać je za niechigieniczne lub zaniedbane. Camping zaspokaja naprawdę podstawowe potrzeby i dla kogoś, kto hmm…nie przepada za spotkaniami z naturą nocowanie tutaj może okazać się…dość problematyczne 😉

Kiedy trafiłam w internecie na Forest Gardens, od razu spodobał mi się pomysł, ostatecznie przekonała mnie cena: 50£ za dobę za cztery osoby.

41 Camping zajmuje 16 akrów zalesionej powierzni tuż nad samym brzegiem morza i prowadzony jest w duchu ekologicznym. Po całej jego powierzchni rozsypane są miejsca namiotowe, a dla spragnionych nieco większych „luksusów” zbudowano maleńkie drewniane chatki z dostępem do prądu, łóżkiem i kominkiem -tzw. kozą. Wszystko rozplanowane jest tak, by każdy z domków miał swoją własną zieloną intymną przestrzeń wokół siebie. Sprawia to wrażenie jakby się było sam na sam z otaczającą naturą.

A teraz nawiększe wyzwanie eco campingu – toaleta.

40 39

Zanim wejdziesz i zrobisz to, co zwykle robi się w toalecie, przeczytaj uważnie wszystkie instrukcje. Wszystkie hmm, że tak powiem odpady stałe i płynne przetwarzane są na kompost, którym potem nawożone są rośliny i zioła hodowane na terenie campingu. Jak to wygląda w praktyce? Panie robią siku do wiaderka, które następnie samodzielnie opróżniają w krzaczki i płuczą w specjalnie do tego przeznaczonym kontenerze z wodą. Panowie mają (jak zwykle) ułatwioną sytuację. W ścianie toalety umieszczona jest pochodząca z recyklingu plastikowa butelka, której drugi koniec wychodzi na zewnątrz. Panowie robiąc siku bezpośrednio przyczyniają się do nawożenia bujnej roślinności. Jeśli chodzi o poważniejsze sprawy, to jak zauważycie na zdjęciu znajduje się „normalna” toaleta, pod którą umieszczony jest kompostownik na odpady stałe 😉

Najbardziej urocze z całości pozostają zasłonki w kaczuszki 🙂

Jeśli chodzi o prysznic, nie ma obaw, nie myjemy się pod szlauchem na wolnym powietrzu 😉 Prysznic znajduje się w drewnianym domku obok toalety i jest najbardziej podstawową wersją kabiny prysznicowej jaką jesteście w stanie sobie wyobrazić z (hurra!) ciepłą wodą pochodząca z przepływowego ogrzewacza (nic mnie tak nie przeraża jak wizja prysznica w zimnej wodzie, no może tylko prysznic w zimnej wodzie w towarzystwie pająków). Pod prysznicem krótka notka z prośbą o nie mordowanie pająków, które pożerają midgetsy (na szczęście chyba wszystkie pająki już spały, bo Bogu dzięki ani jednego nie widziałam).

38

Camping zamieszkują kaczki, które śmiertelnie nas wystraszyły gdy wieczorem wyruszyliśmy na poszukiwania toalety i prysznica.
37

A tutaj hodowane są różne rośliny i zioła, które można kupić za symboliczną kwotę.

34

Po śniadaniu wybieramy się na przechadzkę po terenie campingu. Prowadzi tutaj krajoznawcza ścieżka, z której roztaczają się piękne widoki na okolicę.

33 32 31 30 29 28 27 26 25 24 23 22

21

Po takim spacerze robimy się porządnie głodni, postanawiamy więc posilić się przed kolejną wyprawą. W porcie zamawiamy tradycyjne fish&chips ze świeżo złowionego łupacza, pochłaniamy podziwiając widoki i wygrzewając się w słońcu.

42

Pora w dalszą drogę. Początkowo planowaliśmy wybrać się na zwiedzanie północnej części wyspy, ale po niekończącej się podróży samochodem jaką przeżyliśmy dnia poprzedniego, rezygnujemy z tego pomysłu. Cały dzień spędzony w drodze w tak piękną pogodę nie miałby najmniejszego sensu.

Decydujemy przemieścic się do położonego o 10 minut drogi z Armadale – Point of Sleat. Oczywiście 10 minut drogi według google maps i nawigacji. W prawdziwym życiu – conajmniej 40 minut. Droga do Point of Sleat przyprawia nas o emocje podobne do jazdy na rollercoasterze. W górę, w dół, ostry zakręt, rzecz jasna wszystko na szerokość jednego auta. W końcu docieramy na miejsce.

43

Point of Sleat to punkt najdalej wysunięty na południe, mieści się na nim mała, nowoczesna latarnia. Sama latarnia niczego szczególnego w sobie nie ma, za to piękna jest trasa, która do niej wiedzie.47 46 45 44 48

Ścieżka pnie się w górę, co chwilę napotykamy na pasące się owce, wrzosy aż kłują w oczy kolorem. Słońce przyjemnie przypieka, nie dokucza charakterystyczny szkocki wiatr.

49

W pewnym momencie natrafiamy na taki oto widok. Wprawdzie puste już kartony po sokach, słoik z kawą, cukrem i słoiczek pełen monet jednofuntowych. Podejrzewam, że gdyby w Polsce na szlaku ktoś chciał taki poczęstunek dla turystów uczynić, nie byłoby tam już ani napojów, ani monet, ani nawet stołu 😉

50

Szlak doprowadza nas wkrótce na niezwykłą plażę, przez chwilę wydaje się jakbyśmy nie znajdowali się w zimnej i mrocznej Szkocji, a na lazurowym wybrzeżu. Drobny, prawie biały piasek, lazurowe jak niebo morze i tylko temperatura wody przypomina, że to jednak Szkocja.

55

54 53 51

Spędzamy na plaży dłużą chwilę rozkoszując się słońcem, widokami i rajską atmosferą, która panuje w tym miejscu.

image9

56 60 57

Ścieżka pnie się do góry, po czym kamiennymi schodkami prowadzi nas stromo w dół. Znajdujemy się w miejscu, które najprawdopodobniej w jakiś okresach czasu, przykrywa morze. Teraz trawa pokryta jest mnóstwem muszelek, patyków i innych farfocli wyrzuconych przez morze.61

62 66

W końcu docieramy do celu. Powyżej widok na wyspy Eigg i Rum, nad którymi zawisły kłęby chmur. Poniżej latarnia, na szczycie kamiennego zbocza.65 64 63

image12

Znów krótki postój i znów pora wracać. Przed nami długa droga. Najpierw rollercoasterem z powrotem do Armadale, a potem już prosto do domu.59 58

52

paula i milo

Loch Callater

Ostatnio blogowe działania idą mi niezwykle opieszale, po prostu w żółwim tempie. W kolejce czekają zdjęcia do obróbki, dwie wyprawy do opisania, a jutro wybieramy się na kolejną eskapadę. W ostatnim czasie siedzenie przed komputerem w czterech ścianach, doprowadza mnie do szaleństwa, dlatego jeśli tylko pogoda bardzo nie przeszkadza, to staram się spędzać czas gdzieś na zewnątrz.

Mam tylko jedną rzecz, która przyciąga mnie do komputera.

Nie lubię seriali. Nie lubię seriali, bo jeśli są wciągające to nie da rady obejrzeć jednego godzinnego odcinka. Oglądasz drugi, piąty, dwunasty, a potem drugą serię… gorzej jeśli serii jest więcej niż dwie. Okazuje się, że masz godziny i dni wyjęte z życia. Nie uprane, nie uprasowane, nie ma kolacji, a ty siedzisz spocona po robocie, bo jeszcze następny odcinek tylko… No więc zaczęłam oglądać serial. Bo bardzo polecali go w radiowej Trójce, więc stwierdziłam, głupia ja, że obejrzę jeden odcinek i zobaczę czy taki warty polecenia… i tak jestem w drugiej serii, a są chyba cztery. Nie powiem Wam jaki to serial, żeby Was nie kusiło obejrzenie tylko jednego odcinka. Bo nie da się tylko jednego obejrzeć 😛 Ale jeśli macie kupę wolnego czasu, z którym nie ma co zrobić – piszcie, wyślę Wam tytuł 😉

Przechodzimy do sedna naszego dzisiejszego spotkania. Muszę się zabrać poważnie do roboty, bo w zanadrzu jeszcze mam Wam świetną wyprawę do opisania, a jestem generalnie w czarnej… w serialu 😉

Pamiętacie moją listę „must do”? Wyprawa nad Loch Callater była jednym z punktów na tej liście. Wprawdzie wrzosy dopiero zaczynają kwitnąć i wzgórza nie przywitały nas pięknym fioletem, ale nie zmienia to faktu, że było pięknie.

panorama

Loch Callater znajduje się pośrodku niczego, jakieś 3km na południe od Braemar, ostatniej w tej okolicy miejscowości turystycznej. Jeśli wejdziecie sobie na mapy google, znajdziecie Braemar, poniżej Auchallater i na Old Military Road postawicie sobie tego żółtego chłopka-wędrowniczka, to zobaczycie jakie „pośrodku niczego” mam na myśli. Jedynym punktem, który znaczy początek szlaku jest stojąca przy drodze farma. Po przeciwnej stronie drogi mały parking i automat parkingowy – 2,50£. Widoki bezcenne.

DSC_0510_01

Przekraczamy furtkę i idziemy ścieżką lekko pod górę. Słońce świeci, trochę wieje, ale już po kilku minutach spaceru robi się bardzo ciepło i przyjemnie. Otaczają nas piękne, porośnięte jedynie wrzosem wzgórza. Nasza trasa wiedzie, dość szerokim płaskim traktem wzdłuż rzeki. Dookoła pusto, gdzieniegdzie pasą się owce, ciszę czasem przerywa śpiew ptaków. Ani żywego ducha, żadnych turystów. Nic. Tylko my, wzgórza, ptaki i owce i dużo świeżego górskiego powietrza. W takim świeżym górskim powietrzu wszystko dookoła wygląda jakby ktoś nałożył jakiś wyostrzajacy filtr. Czyste, wyraźne i intensywne. Trawa zielona, niebo niebieskie, a kamienie kamienne. Nawet my jesteśmy trochę bardziej.

DSC_0508

DSC_0532 DSC_0537 DSC_0544 DSC_0547

DSC_0555 DSC_0569 DSC_0578

Idziemy tak już dobra chwilę, nie wiem ile bo żadne z nas nie patrzy na zegarek. Nagle kilkanaście metrów przed nami na drodze dwa barany. Stajemy. Barany też zatrzymały się nieruchomo i patrzą na nas. Iść nie iść? To w końcu barany, mają rogi, a my nie mamy innej drogi, musimy się minąć. Stoimy jak kowboje w westernie, czekając kto pierwszy zrobi odwrót. Okazało się ze to nie tylko dwa barany a cała owcza rodzina, która czaiła się w krzakach przy ścieżce. Wycofały się i pokopytkowały na górkę obserwować nas z bezpiecznego miejsca.

Wędrujemy dalej. Nagle na horyzoncie widzimy jakieś zabudowania. Dom. Kilka drzew. Pośrodku niczego. Nad jeziorem, które zaraz zza domu się wyłania. Jezioro błękitne jak niebo. Dookoła jeziora zielono jak tylko jesteście w stanie sobie wyobrazić.

DSC_0581

DSC_0598 DSC_0584

Dom to miejsce udostępnione dla turystów. Jeśli zbłąkasz się gdzieś w tamtych stronach możesz znaleźć tam schronienie. Nie ma prądu, wody, ale jest dach nad głową, jeśli zaskoczy Cię pogoda, albo widok urzeknie tak mocno, że postanowisz zanocować nad jeziorem. Za darmo. Pod warunkiem, że zostawisz po sobie porządek.

IMG_0344_01 IMG_0345 IMG_0346

Robimy sobie nad jeziorem krótki przystanek. Szlak wiedzie dalej wzdłuż Loch Callater, po kilku kilometrach można dojść do dużo mniejszego Loch Kander. My jednak zawracamy i kierujemy się z powrotem do auta. Jest już późne popołudnie, a czeka nas jeszcze dwu i półgodzinna jazda do domu. Poza tym jak zawsze znikąd, pojawiają się chmury. Deszcz, słońce, chmury… Taka sytuacja:

IMG_0347 DSC_0634 DSC_0639 DSC_0651 DSC_0655

Przyjemny, ciepły letni deszcz, po którym w ciągu kilku minut nie ma śladu. Wracamy. Niedaleko furtki spotykamy parę z plecakami, która dopiero wyrusza na szlak. Pewnie na noc zatrzymają się w chacie i będą mogli podziwiać rozgwieżdżone górskie niebo w kompletnej ciszy. W sumie świetny pomysł. Ognisko, piwko, śpiwór, cisza, niebo i jezioro. Czego chcieć więcej?

DSC_0660 DSC_0661 DSC_0667 DSC_0683 DSC_0700 DSC_0716 DSC_0720

Z tą koncepcją wracamy do domu. Jeśli kiedyś zdarzy Wam się w te okolice zbłądzić, bardzo polecam wam wybrać się nad Loch Callater. My na pewno jeszcze kiedyś tam wrócimy.

DSC_0606

 

pozdrawiam paula

 

 

z wizytą na księżycu

loch muick

Do Loch Muick wiedzie kręta, wąska na jedno auto droga. Jesteśmy w parku narodowym Cairngorms, kawałek na południowy-zachód od Ballater. Z zielonych zadrzewionych terenów wyjeżdżamy nagle na brązowo-szary płaskowyż przypominający księżycowe krajobrazy. Ani żywego ducha, może dwa razy zjeżdżamy do zatoczki, żeby przepuścić auto z naprzeciwka. Dookoła widoki jakich nie powstydził by się Spielberg. Pagórki porośnięte jeszcze zeszłorocznym uschniętym burobrązowym wrzosem. Sceneria idealna do kręcenia filmu z kategorii „końca świata”.

Jedziemy tak dobrych kilkanaście minut, aż droga kończy się parkingiem, całkiem tego dnia zapełnionym. Parking płatny, za to toaleta darmowa (ciągle mnie to zadziwia tutaj, że nawet w największym wygwizdowie uświadczysz cywilizowaną darmową toaletę).

Na dzień dobry napotykamy stado, zabijcie mnie ale nie wiem nadal – jeleni/saren (dla mnie jeleń to pan, a sarna to panienka, ale podobno to nieprawda) wypasających się kilkadziesiąt metrów od ścieżki. Spotykamy też kilkoro emerytów wracających ze szlaku opatulonych jak na Syberii – od stóp po czubek głowy. Zaczynamy się zastanawiać nad naszym własnym odzieniem, bo wybraliśmy się zdecydowanie mniej hardcorowo. Na szczęście nasze obawy okazały się nieuzasadnione, bo pogoda była dla nas tego dnia bardzo łaskawa. Poza tym nasza wyprawa obejmowała trasę najkrótszą – 12 km wokół jeziora, w niższych partiach gór bardziej osłoniętych od wiatru.

DSC_0002

DSC_0005

DSC_0013

Po kilku minutach spaceru jezioro wyłania się spośród gór. Zgodnie z informacjami wyszukanymi w sieci średnia głębokość to 35 metrów, ale miejscami jest i ponad 70 metrów. To robi wrażenie, chociaż we mnie i 2 metry budzą respekt.

DSC_0016_01

DSC_0017

DSC_0019

DSC_0022_01

DSC_0024_01

DSC_0026_01

Szlak wiedzie najpierw dość szeroką, wygodną ścieżką, kilkanaście metrów ponad lustrem wody. Potem robi się dość wąsko i kamieniście. Dookoła pustka. Z jednej strony woda, z drugiej porośnięte wrzosem zbocza, a gdzieniegdzie wściekle zielone drzewa i krzewy. Mijamy małe wodospady, które ni z gruchy ni z pietruchy wylewają się z wnętrza gór i spływają do jeziora.

DSC_0029_01

DSC_0030_01

DSC_0035_01

DSC_0039

DSC_0041

DSC_0045

DSC_0050

DSC_0062

DSC_0055_01

Robimy sobie krótki przystanek tuż na wprost byłej letniej rezydencji Królowej Victorii, jak informuje nas dwóch zdaje się Brytyjczyków, którzy mijają nas właśnie podczas kontemplacji widoku. Naprawdę jest co podziwiać, gdyby zieleń drzew, to klimat byłby zupełnie jak z innej planety.

DSC_0067

DSC_0068

DSC_0069

DSC_0091

Zastanawiam się jaki widok miała Królowa Victoria siedząc sobie nocą przed swoją rezydencją. Wyobrażacie sobie jak ciemno musi być tam nocą, gdy w promieniu kilkudziesięciu kilometrów nie ma żadnych większych źródeł światła?

W połowie drogi wychodzimy na malutką plażę, wokół może nie monumentalne ale i tak robiące wrażenie góry. Słońce co chwilę wychodzi i zachodzi, podświetlając coraz to inne fragmenty gór, jakby chciało nam pokazać na co zwrócić szczególną uwagę. Chciałabym mieć oczy dookoła głowy, żeby nasycić się tym niezwykłym widokiem.

DSC_0085_01

DSC_0065

Przenosimy się na drugą stronę jeziora i mijamy wcale nie tak ogromną jak się wydawało rezydencję Królowej. Okna od wewnątrz zasłonięte okiennicami – szkoda że nie da się zobaczyć co jest w środku.

DSC_0096

Po tej stronie jeziora szlak jest zdecydowanie mniej interesujący – szeroki płaski trakt – w końcu Królowa jakoś musiała do swojej rezydencji dojeżdżać. Po kilku kilometrach dochodzimy do punktu w którym zaczęliśmy nasz spacer.

 

DSC_0098

DSC_0101

DSC_0121

DSC_0120

DSC_0118

DSC_0105Na naszej drodze jednak pojawia się jednak kilka jeleni (?) skubiących sobie trawę wzdłuż ścieżki. Iść dalej? Czekać? Nie bardzo jest wyjście, więc powoli kierujemy się w ich stronę. W miarę naszego zbliżania się zwierzęta oddalają się od ścieżki i zaszywają w pobliskim lasku. Mam wrażenie, że zerkają na nas z podobnym zaciekawieniem.

DSC_0127

Pakujemy się do auta i tą samą krętą droga przez pustkowie wracamy do cywilizacji. Do widzenia mówi nam jeszcze stado rogaczy pasące się przy drodze.

Może w czasie kwitnienia wrzosów powtórzymy tą wycieczkę, tym razem zataczając większy krąg po szczytach gór.

pozdrawiam paula

wprawka do wyprawy nad Loch Ness

Trochę się ten post musiał naczekać na publikację, a w zasadzie na napisanie. Ale lepiej późno niż wcale. Z okazji Dnia Kobiet postanowiliśmy wreszcie, po roku pobytu w Szkocji, zobaczyć sławne Loch Ness.

panorama loch ness

Lubemu marzy się przejście całej trasy wzdłuż Loch Ness ale ponieważ jezioro nie przysunęło się do nas ani o milę, a my nadal skazani jesteśmy na podróżowanie komunikacją miejską, postanowiliśmy jedynie wybadać teren. Aby przejść całą Great Glen Way, która wiedzie wzdłuż Loch Ness (czyli ponad 100km), potrzeba przynajmniej 4 dni, samochodu i długiego dnia. My mieliśmy do dyspozycji 1 dzień, komunikację miejską i zachód słońca przed 18:00.

Dlatego też nasza „podróż” przewidywała przejście mikroskopijnego odcinka tej trasy. Sam dojazd do Inverness zajął nam blisko 4 godziny. W Inverness przesiedliśmy się do kolejnego autobusu, który dowiózł nas do ruin zamku Urquhart położonego nad Loch Ness, jakieś 2 kilometry od Drumnadrochit – malutkiej miejscowości, która jest jedną z baz wypadowych nad Loch Ness i w góry. Tym samym naszą pieszą wyprawę rozpoczęliśmy po godzinie 15:00, nie mieliśmy więc zbyt dużo czasu do zachodu słońca.

loch ness

Przyznam Wam szczerze, że w tym dniu, jeśli chodzi o Loch Ness, największe wrażenie zrobił na mnie dojazd do Urquhart Castle. Trasa z Inverness wiedzie wzdłuż jeziora, bardzo wąską drogą, na tyle wąską, że niejednokrotnie wyglądając przez okno widziałam tylko skarpę wiodącą 2-3 metry w dół i wody jeziora. Kierowca jakby w ogóle się tym nie przejmując nieźle dodawał gazu przyprawiając mnie o szybsze bicie serca. Widok był piękny, chociaż jezioro bardziej przypominało szeroką rzekę. Ale na tym chyba właśnie polega jego urok.

loch ness castle

Autobus dowiózł nas na parking przy leżącym nad samą wodą Urquhart Castle. W ruinach tego zamku zapisana jest historia ostatnich 500 lat, a badania donoszą, że historia tego miejsca sięga jeszcze dalej. Ruiny zamku dostępne są dla zwiedzających za odpowiednią opłatą, my jednak podziwiamy go tylko z góry – czeka nas pieszy powrót do Drumnadrochit, a po drodze chcieliśmy wdepnąć jeszcze do starego lasu Urquhart.

zamek nad loch ness

Trasa piesza wiedzie wzdłuż głównej drogi, dookoła zielenią się wzgórza, bielą nieliczne domy i oczywiście widać jezioro. Dochodzimy wspólnie do wniosku, że krajobraz przypomina nam wielokrotnie i namiętnie przez nas odwiedzane Jezioro Żywieckie i Międzybrodzkie.

to loch ness road loch ness loch ness

jezioro loch ness

drumnadrochit

Po drodze zostaję absolutnie zauroczona mikroświatem napotkanym na mijanym płocie:

mikro ogrod

Dochodzimy do malutkiego Lewiston i mijając nieliczne domy, stary cmentarz i małe pastwiska docieramy na szlak wiodący do Loch Ness przez stary las.

in lewiston lewiston lewiston kirk

lewiston wood

Niestety droga do jeziora kończy się dla nas w miejscu w którym zaczyna się rzeka. Kilka lat temu stał tam most, ale powódź w 2007 roku doszczętnie go zniszczyła i nie został odbudowany. Gdyby nie panująca temperatura rzekę można by przejść wpław, w tym momencie w którym tam byliśmy to jedynie większy strumień. Ale na myśl o zamoczeniu choćby pięty w lodowatej wodzie, robimy odwrót i wracamy do Drumnadrochit.

to drumnadrochit

 

Drumnadrochit to tak jak już wspomniałam malutka miejscowość, kilka domów, małe pensjonaty, kilka restauracji i sklep spożywczy i poczta w jednym. 8 marca to jeszcze nie sezon, dlatego zastajemy czynne jedynie to ostatnie. Kupujemy szkockie krakersy (czyli polską macę), zasiadamy na ławce koło przystanku autobusowego i ponad godzinę czekamy na autobus, który zawiezie nas do Inverness. Robi się już porządnie zimno i ciemno i jedyne o czym marzymy to ciepły posiłek i łyczek czegoś mocniejszego na rozgrzanie. W Inverness pozostaje nam jakieś 20 minut do autobusu fundujemy sobie więc szkocko-turecki zestaw podróżny, czyli whisky i kebab. Kebab zjadamy na miejscu, a whisky pokątnie przelewamy do termosu z resztką herbaty i raczymy się takim wyjątkowo rozgrzewającym napitkiem przez resztę drogi do domu.

loch ness panorama