ho! ho! ho! Edinburgh

Zdecydowanie ani ja ani Luby nie jesteśmy wielkomiejscy. Dlatego jako punkt docelowy naszych wycieczek zwykle wybieramy raczej jakieś miłe zadupie, aniżeli ruchliwe i głośne miasto. Tym razem jednak Luby, w ramach nieco spóźnionego mikołajkowego prezentu, postanowił zafundować nam bilety autobusowe do Edynburga. Po pierwsze, tak na prawdę w Edynburgu byliśmy tylko raz, a właściwie pół raza, bo naszą krótką eskapadę w środku nocy w drodze z lotniska, w dniu w którym po raz pierwszy nasze stopy stanęły na szkockiej ziemi, pełną wizytą nazwać nie można. A po drugie, chcieliśmy zobaczyć jak prezentuje się świąteczny Edynburg i może nieco tej świątecznej atmosfery złapać. Szybko jednak okazało się, że ani ja ani Luby nie jesteśmy wielkomiejscy 🙂

Pogoda zdała się nie potraktować nas poważnie i na dzień dobry zaserwowała nam deszcz, po czym jednak stwierdziła chyba, że zasłużyliśmy sobie na miły dzień i słońce towarzyszyło nam już do końca jakże krótkiego grudniowego dnia. BTW zimowe dni w Szkocji są depresyjnie krótkie, o 8 rano nadal zalega ciemność jak w środku nocy, a przed 16 dzień kładzie się spać. Nawet w najgorsze, paskudnie zimowe dni w Polsce nie miałam takich problemów z porannym wstawaniem jak tutaj.

Nie mamy wielkiego planu na zwiedzanie, tak na prawdę nie mamy żadnego planu na zwiedzanie Edynburga. Koncepcja zakłada jedynie wizytę w świątecznej wiosce i na wzgórzu, na którym byliśmy blisko dwa lata temu w drodze z lotniska. Poza tym mamy kilka godzin na szwendanie się gdzie nas nogi poniosą.

Pierwsze miejsce gdzie z reguły współczesny człowiek ląduje po wyjściu z dworca autobusowego/stacji kolejowej? Centrum handlowe. Wprawdzie edynburski dworzec autobusowy nie znajduje się w samym środku centrum handlowego, jak to zwykle bywa, ale jakimś dziwnym zrządzeniem losu w pierwszych krokach właśnie na centrum handlowe trafiamy. A przed centrum dwie ogromne żyrafy, wykonane ze złomu.

giraffes

zyrafa-edynburg

Idziemy coś zjeść, żeby mieć siłę i nie zwiedzać z burczącym brzuchem i zaczynamy spacer.

Idziemy zatem bez ładu i składu, za tłumem, w kierunku słońca, jak kto woli i kawałek dalej natrafiamy na uliczkę, gdzie kręcona była scena z filmu Trainspotting (pamiętacie moment, w którym główny bohater podczas ucieczki wpada pod auto?) Robiąc to zdjęcie nawet nie zdawałam sobie sprawy z tego, że to właśnie TO miejsce. Dopiero kilka dni temu, oglądając ponownie film, zauważyłam, że przypadkowo sfotografowałam właśnie to miejsce.

edynburg-trainspotting

Kierujemy się w stronę ścisłego centrum, nie trudno to zauważyć, gdyż stoimy ściśnięci w gąszczu pieszych czekających na zielone światło. Przed nami nietrudna do zauważenia świąteczna wioska, a w zasadzie świąteczne miasteczko powinnam powiedzieć. Wydaje się całkiem sporych rozmiarów w porównaniu do naszej aberdińskiej wioski 🙂 Świąteczny nastrój mijamy jednak bokiem, wrócimy tutaj o zmierzchu. Tymczasem robimy odwrót w boczną uliczkę uciekając od tłoku, hałasu i sznurów aut.

edinburg2

edynburg4

edynburg3

edynburg

edynburg29

edynburg6

edynburg5

edynburg14 edynburg13 edynburg12

edynburg-swieta

edynburg11 edynburg10 edynburg9 edynburg8 edynburg7

Lubimy boczne uliczki. Cisza, spokój, nawet słychać jak śpiewają ptaki (zdecydowany plus Szkocji – w zimie śpiewają ptaki. Zauważyłam to ostatnio kilka razy wychodząc do pracy w całkiem ładną pogodę, słońce świeci, ptaki śpiewają – prawie jak wiosna. Od razu się człowiekowi humor poprawia).

edynburg15

edynburg16

Robimy bardzo miłe kółeczko i w sam raz na zachód słońca lądujemy w centrum. Na tym samym skrzyżowaniu.

edynburg17

edynburg19

edynburg18

Najwyższa pora by odwiedzić świąteczne miasteczko. Robi wrażenie. Swoją wielkością i ogromem przygotowań i nakładu pracy jaki zapewne włożono w jego stworzenie. Nie jestem fanką tego rodzaju rozrywek, tłum, hałas i przepychanie się między świątecznymi straganami nie należą do moich ulubionych. Ale wrażenia nie można świątecznemu miasteczku odmówić. Zapewne gdybym miała więcej cierpliwości do siebie, statywu i tłumu mogłabym zaprezentować Wam zapychające dech w piersiach fotografie 😉 Ale ponieważ nie mam żadnej z tych trzech rzeczy, prezentuję Wam niezbyt profesjonalne, za to mam nadzieję oddające atmosferę fotki jakie udało mi się pstryknąć.

edynburg20

edynburg21

edynburg24

edynburg28

edynburg27

edynburg25

Bardziej od świątecznej wioski robią na mnie wrażenie rozświetlone dziesiątkami świateł budynki. To spektakl piękniejszy niż wszystkie świąteczne dekoracje 🙂

edynburg22

edynburg26

edynburg23

Tłum znów szybko nas męczy, więc po raz kolejny uciekamy z centrum. Pisałam na początku, że jednym z naszych celów było wzgórze, na którym byliśmy podczas naszej nocnej wizyty w dniu naszego przylotu. Ani ja ani Luby nie sprawdziliśmy jednak gdzie wzgórze się znajduje i jak na nie trafić. Wzgórze, to wzgórze stały na nim dość charakterystyczne ruiny, więc jakoś trafimy 🙂 Szybkie spojrzenie na mapę w telefonie – jakieś wzgórze jest, więc zmierzamy w jego kierunku. Lądujemy w końcu pod budynkiem parlamentu i gdzieś w zakamarkach pamięci, wykopujemy widok, w którym ze wzgórza właśnie widać parlament. Znaczy się jesteśmy na dobrej drodze. Jest już kompletnie ciemno, więc trudno nam ocenić odległość, wysokość itp. Nagle na horyzoncie pojawia się wielka czarna plama, która w pierwszym odruchu wydaje się nam wielką czarną chmurą. A okazuje się być wielkim czarnym wzgórzem. Całkiem dużym jak na wzgórze.

Kiedy znajdujemy się już nieco bliżej, a właściwie całkiem blisko, okazuje się, że to wzgórze to całkiem spora góra, a żadne z nas nie przypomina sobie abyśmy, aż tak się wspinali. Przychodzi nam do głowy, że być może po prostu doszliśmy ze złej strony. Dookoła wzgórza wiedzie chodnik, stwierdzamy więc, że kawałek przejdziemy i zobaczymy może wejście jest z drugiej strony. Ciemno jak wiecie gdzie, nie ma latarni, dobrze, że mamy latarkę. Przechodzimy spory kawałek i dochodzimy do miejsca gdzie droga wjeżdża na wzgórze. Ale po ruinach ani widu ani słychu, na dodatek centrum miasta oddaliło się od nas całkiem sporo (z oddali widać świąteczne młyńskie koło), a pamiętamy dobrze, że na wzgórze właśnie z miasta się wchodziło. Czyli zgubiliśmy się 🙂

Robimy odwrót i idziemy z powrotem, mijamy punkt w którym wystartowaliśmy i idziemy kawałek w przeciwnym kierunku, może z drugiej strony pojawią się ruiny. Docieramy na parking, jest nawet mapa. Faktycznie stoimy na jakimś wzgórzu, ale kompletnie nie przypomina ono tego na którym byliśmy. Szkoda że jest już tak ciemno, bo to też wydaje się całkiem przyjemne. Rozglądamy się dookoła i nagle, po zupełnie przeciwnej stronie świata dostrzegam zarys ruin, których szukamy od dwóch godzin. Czy nie wydaje Wam się to zdarzenie jakąś życiową metaforą? Dwie godziny wędrujesz na wzgórze, po czym okazuje się, że to nie to którego szukasz, jak już sobie myślisz że zmarnowałaś dwie godziny czasu, nagle doznajesz olśnienia, że to którego szukasz jest po przeciwnej stronie miasta? Eureka!

Bierzemy azymut na ruiny i jak po sznurku trafiamy wprost pod wejście na to właściwe wzgórze, które faktycznie jest wzgórzem i prowadzą na nie schodki wprost ze środka miasta. Ha! jest i widok na budynek parlamentu, a z drugiej jego strony nasze „wzgórze” z którego właśnie wróciliśmy. Paskudne zdjęcie prezentuję poglądowo, żebyście mogli mieć odniesienie do tego „wzniesienia”, na które mieliśmy zamiar się wspiąć 😉

edynburg30

Tutaj też zakończyliśmy naszą wycieczkę. Dotarcie do dworca autobusowego zajęło nam jakieś trzydzieści minut, łącznie z zakupem pączków i czekoladowych ciastek na drogę 🙂

Zgodnie z tym, co obliczył nam Sports Tracker, zeszło nam się po Edynburgu ładnych 25 kilometrów.

Wniosek?

Czasem człowiek musi się zgubić, żeby się dowiedzieć czego szuka i gdzie to znaleźć 😉

Odkrywczych podróży Wam życzę w Nowym Roku!

edynburg31

Reklamy

podbijamy Szkocję (albo Szkocja podbija nas) – wyprawa na Isle of Skye

image11

Dla turystów odwiedzających Szkocję, wyspa Skye jest jednym z obowiązkowych punktów. Kiedy zaczęliśmy podróżować po Szkocji i dla nas Skye stało jednym z miejsc, które chcieliśmy koniecznie zobaczyć. Największa z Hybryd Wewnętrznych, określana jest jako miejsce magiczne i niezwykłe, a gdzie się nie obejrzysz – widoki zapierające dech w piersiach. Uznana przez National Geographic jako 4 najpiękniejsza wyspa na świecie. Nie mogło być inaczej – musieliśmy zobaczyć to na własne oczy.

Świetna okazja nadarzyła się, gdy pod koniec sierpnia odwiedziła nas moja siostra. Wyprawę na Skye uznałam za fantastyczny pomysł – niespodziankę z okazji jej przyjazdu. Dołączył do nas nasz współlokator i tak we czwórkę wyruszyliśmy na podbój Isle of Skye 🙂

Zróbcie sobie kawę, herbatę i kanapki, bo to będzie dłuuuuga podróż 😉

Wyjeżdżamy najwcześniej jak się da, co w naszym przypadku oznacza między szóstą a siódmą rano, więc wcale nie tak wcześnie. Ale google maps nastroiło mnie pozytywnie informacją, że całą wyspę można z góry na dół przejechać w dwie i pół godziny (o jakże się myliłam), więc uznaliśmy, że damy radę wykonać wszystko to co zaplanowaliśmy. Dodatkową atrakcją miała być również sama droga na wyspę. Zamiast krótszej i szybszej trasy główną przelotówką, wybraliśmy nieco dluższą, ale malowniczą trasę przez góry.

Ta wycieczka pokazała nam, jak mało jeszcze wiemy o Szkocji i jak wiele jest nas w stanie zaskoczyć. Przejazd przepiękną trasą przez góry, okazuje się wyprawą samą w sobie pełną zaskakujących zwrotów akcji i niespodzianek, a przede wszystkim dużo dłuższą niż się spodziewaliśmy.

Po kilku godzinach ekscytującej jazdy, z fanfarami i tchem zapartym w piersiach przekraczmy w końcu most łączący ląd (a właściwie wyspę) z wyspą i oficjalnie znajdujemy się na Skye. Wedle nawigacji tylko półtorej godziny jazdy dzieli nas od naszego punktu docelowego znajdującego się na małym wystającym najbardziej na zachód dzyndzelku wyspy. Mamy zaplanowaną około czterogodzinną przebieżkę szlakiem do latarni Neist Point – niezwykle popularnego miejsca, z widokiem na Hebrydy Zewnętrzne, przepiękne klify, a jeśli ma się wystarczająco dużo szczęścia, to i na pływające w morzu (czy to już Ocean Atlantycki?) płetwale. 

Zatem od tych niezwykłych widoków dzieli nas w teorii jedynie półtorej godziny, jesteśmy już nieco zmęczeni podróżą, ale ciągle podekscytowani tym, co jeszcze nas czeka. A czekało nas wiele 🙂

Przede wszystkim test cierpliwości. Oczywiście spotkaliśmy się już podczas naszych wypraw, z wąskimi na jedno auto drogami, gdzie co chwilę pojawia się mijanka, na wypadek spotkania twarzą w twarz z kierowcą z naprzeciwka. Nie przewidzieliśmy jedynie, że jakieś 90% dróg na Skye właśnie tak wygląda.

9

Na każdej takiej drodze znajduje się ograniczenie prędkości do 60 mil/godzinę i zapewne na podstawie tego ograniczenia nawigacja wylicza pi razy oko, czas dojazdu z punktu A do punktu B. Natomiast jeśli nie jesteś kierowcą rajdowym, to prędkości 60 mil/godzinę nijak na takiej drodze nie rozwiniesz (chociaż zdarzyło nam się podczas tej wyprawy napotkać kierowcę Tesco, który po wąziutkiej, krętej drodze popierniczał z taką prędkością, że o mało z butów nie wyskoczyliśmy z wrażenia). Zwłaszcza, że niektóre fragmenty dróg są własnością owiec, które nie zważając na okoliczności, pasają się wzdłuż i w poprzek ulicy, więc nogę trzeba trzymać w pogotowiu na hamulcu, a oczy mieć dookoła głowy.

15

I tak z półtoragodzinnej drogi na Neist Point, zrobiły się trzy. Przyznaję, pod koniec przeklinaliśmy na czym świat stoi, gdy po raz n-ty okazywało się, że to jeszcze nie tu, że to jeszcze kilka mil. Bo przecież nie da się przejechać 90km w półtorej godziny, jeśli średnia prędkość wynosi 30-40km na godzinę… Kiedy w końcu docieramy na miejsce okazuje się, że nasz plan trochę się posypał i jesteśmy zmuszeni nieco go zmienić, jeśli chcemy jeszcze tego samego dnia dojechać do Armadale, gdzie czeka na nas nocleg. Do Armadale mamy co najmniej tyle samo drogi przemierzanej w żółwim tempie, a tu już po 15:00.

Parkujemy auto w pierwszym wolnym miejscu przy drodze prowadzącej do Neist Point i ciesząc się tym, że możemy wreszcie rozprostować nogi ruszamy przed siebie.

Latarnia faktycznie okazuje się bardzo popularnym wśród turystów miejscem, chyba jeszcze nigdzie podczas naszych wycieczek po Szkocji nie spotkaliśmy takich tłumów, ja chyba jednak wolę mniej oblegane i zatłoczone atrakcje.

image2h

1

image3

Zdjęcie poniżej to zbliżenie najbardziej wysuniętego na prawo fragmentu ze zdjęcia powyżej, z nieco innego kąta. Jeden pan wędkuje, a drugi kontempluje tudzież wspiera go duchowo. Nie wiem czy gratulować odwagi, czy to już skraj szaleństwa, a może tradycyjne szkockie spędzanie czasu na łowieniu ryb. W każdym razie za żadne skarby stopa moja nie stanęłaby na tej skale kilkanaście metrów nad szalejącą wodą…

5

4

Neist Point okazuje się bardzo urokliwym zakątkiem nawet pomimo hordy turystów, wokoło przepiękne widoki na klify tak potężne, że aż trudno ogarnąć je wyobraźnią.

image4

7

3

Kto jest w stanie dojrzeć na zdjęciu mikroskopijnej wielkości owieczki?

image1h

2

6

image5

Goni nas czas, robimy mały postój na kanapki i wracamy do auta. Po drodze dają o sobie znać malutkie, upierdliwe i nieziemsko wkur…denerwujące highlandzkie meszki zwane midgets. Napadają setkami, obsiadają i wyrywają mikroskopijne kawałki skóry. Komary to przy nich cienkie Bolki.

8

16

Ostatnie ujęcie mglistego popołudnia i w drogę do Armadale.

image8

Powoli zapada zmierzch, panowie postanawiają sobie zrobić mały przystanek na papierosa, ja decyduję się pstryknąć kilka fotek widoków przepięknej urody. Nie da rady. Po dziesięciu sekundach od wyjścia z auta następuje zmasowany atak midgetsów. Poniżej pierwsze i ostatnie zdjęcie, jakie udało mi się zrobić zanim wskoczyliśmy z powrotem do auta, otworzyliśmy okna i czemprędzej ruszyliśmy, by wiatr wywiał te żarłoczne potwory. Ślady po nich zniknęły mi po dwóch dniach, ale Luby ponad tydzień walczył z bolesnymi i swędzącymi bąblami.

18

Dojeżdżamy do pierwszego większego miasteczka – przystanek na tankowanie, krótkie zwiedzanie i wizytę w sklepie. Po tak długim dniu należą nam się piwo, cydr i chińskie zupki 🙂

14 13 12

Tuż przed 21:00 jesteśmy nadal w drodze, gdy dzwoni Sandy – właścicielka campingu, w którym będziemy nocować. Z przyjemnością mogę jej jednak oznajmić, że za 2 mile będziemy w Armadale. Na szczęście camping udaje nam się znaleźć bez większych problemów, jeszcze wypakować toboły i wreszcie można zjeść, wypić i paść. Jeszcze wieczorna toaleta, która w tym wypadku okazuje się nie lada wyzwaniem, ale o tym za chwilę. Po tak intensywnym dniu wszyscy zasypiamy kamiennym snem nie zważając na komary, ćmy i pająki, które korzystając z okazji również pakują się do naszego wigwamu 🙂

Poranek wita nas pogodą jakiej nikt z nas się nie spodziewał. Za radą znajomych uzbroiliśmy się w swetry, czapki i kurtki przeciwdeszczowe, tymczasem wczorajszy pochmurny wieczór zamienił się w słoneczny, ciepły,  bezwietrzny poranek. Ukryte wczoraj pod osłoną ciemności piękno tej wyspy, ujawniło nam się w całej swojej okazałości.

Na ławeczce przed wigwamem pijemy kawę i jemy śniadanie podziwiając widok na malutki port w Armadale, który od samego rana tętni życiem. Wiemy już, że na pewno tutaj wrócimy w przyszłym roku, co najmniej na kilka dni.

11

20

A po śniadaniu można pokiwać się w hamaku zadając sobie pytanie: dlaczego przyjechaliśmy tylko na jedną noc? 😉

19

Pora teraz by opowiedzieć nieco o miejscu gdzie spędzamy noc. Nie jest to zwykły camping, to niezwykłe miejsce z duszą, świetnym pomysłem i sporą dawką fantazji. Zdaję sobie też sprawę z tego, że nie każdemu może się tu spodobać. Wielu może uznać je za niechigieniczne lub zaniedbane. Camping zaspokaja naprawdę podstawowe potrzeby i dla kogoś, kto hmm…nie przepada za spotkaniami z naturą nocowanie tutaj może okazać się…dość problematyczne 😉

Kiedy trafiłam w internecie na Forest Gardens, od razu spodobał mi się pomysł, ostatecznie przekonała mnie cena: 50£ za dobę za cztery osoby.

41 Camping zajmuje 16 akrów zalesionej powierzni tuż nad samym brzegiem morza i prowadzony jest w duchu ekologicznym. Po całej jego powierzchni rozsypane są miejsca namiotowe, a dla spragnionych nieco większych „luksusów” zbudowano maleńkie drewniane chatki z dostępem do prądu, łóżkiem i kominkiem -tzw. kozą. Wszystko rozplanowane jest tak, by każdy z domków miał swoją własną zieloną intymną przestrzeń wokół siebie. Sprawia to wrażenie jakby się było sam na sam z otaczającą naturą.

A teraz nawiększe wyzwanie eco campingu – toaleta.

40 39

Zanim wejdziesz i zrobisz to, co zwykle robi się w toalecie, przeczytaj uważnie wszystkie instrukcje. Wszystkie hmm, że tak powiem odpady stałe i płynne przetwarzane są na kompost, którym potem nawożone są rośliny i zioła hodowane na terenie campingu. Jak to wygląda w praktyce? Panie robią siku do wiaderka, które następnie samodzielnie opróżniają w krzaczki i płuczą w specjalnie do tego przeznaczonym kontenerze z wodą. Panowie mają (jak zwykle) ułatwioną sytuację. W ścianie toalety umieszczona jest pochodząca z recyklingu plastikowa butelka, której drugi koniec wychodzi na zewnątrz. Panowie robiąc siku bezpośrednio przyczyniają się do nawożenia bujnej roślinności. Jeśli chodzi o poważniejsze sprawy, to jak zauważycie na zdjęciu znajduje się „normalna” toaleta, pod którą umieszczony jest kompostownik na odpady stałe 😉

Najbardziej urocze z całości pozostają zasłonki w kaczuszki 🙂

Jeśli chodzi o prysznic, nie ma obaw, nie myjemy się pod szlauchem na wolnym powietrzu 😉 Prysznic znajduje się w drewnianym domku obok toalety i jest najbardziej podstawową wersją kabiny prysznicowej jaką jesteście w stanie sobie wyobrazić z (hurra!) ciepłą wodą pochodząca z przepływowego ogrzewacza (nic mnie tak nie przeraża jak wizja prysznica w zimnej wodzie, no może tylko prysznic w zimnej wodzie w towarzystwie pająków). Pod prysznicem krótka notka z prośbą o nie mordowanie pająków, które pożerają midgetsy (na szczęście chyba wszystkie pająki już spały, bo Bogu dzięki ani jednego nie widziałam).

38

Camping zamieszkują kaczki, które śmiertelnie nas wystraszyły gdy wieczorem wyruszyliśmy na poszukiwania toalety i prysznica.
37

A tutaj hodowane są różne rośliny i zioła, które można kupić za symboliczną kwotę.

34

Po śniadaniu wybieramy się na przechadzkę po terenie campingu. Prowadzi tutaj krajoznawcza ścieżka, z której roztaczają się piękne widoki na okolicę.

33 32 31 30 29 28 27 26 25 24 23 22

21

Po takim spacerze robimy się porządnie głodni, postanawiamy więc posilić się przed kolejną wyprawą. W porcie zamawiamy tradycyjne fish&chips ze świeżo złowionego łupacza, pochłaniamy podziwiając widoki i wygrzewając się w słońcu.

42

Pora w dalszą drogę. Początkowo planowaliśmy wybrać się na zwiedzanie północnej części wyspy, ale po niekończącej się podróży samochodem jaką przeżyliśmy dnia poprzedniego, rezygnujemy z tego pomysłu. Cały dzień spędzony w drodze w tak piękną pogodę nie miałby najmniejszego sensu.

Decydujemy przemieścic się do położonego o 10 minut drogi z Armadale – Point of Sleat. Oczywiście 10 minut drogi według google maps i nawigacji. W prawdziwym życiu – conajmniej 40 minut. Droga do Point of Sleat przyprawia nas o emocje podobne do jazdy na rollercoasterze. W górę, w dół, ostry zakręt, rzecz jasna wszystko na szerokość jednego auta. W końcu docieramy na miejsce.

43

Point of Sleat to punkt najdalej wysunięty na południe, mieści się na nim mała, nowoczesna latarnia. Sama latarnia niczego szczególnego w sobie nie ma, za to piękna jest trasa, która do niej wiedzie.47 46 45 44 48

Ścieżka pnie się w górę, co chwilę napotykamy na pasące się owce, wrzosy aż kłują w oczy kolorem. Słońce przyjemnie przypieka, nie dokucza charakterystyczny szkocki wiatr.

49

W pewnym momencie natrafiamy na taki oto widok. Wprawdzie puste już kartony po sokach, słoik z kawą, cukrem i słoiczek pełen monet jednofuntowych. Podejrzewam, że gdyby w Polsce na szlaku ktoś chciał taki poczęstunek dla turystów uczynić, nie byłoby tam już ani napojów, ani monet, ani nawet stołu 😉

50

Szlak doprowadza nas wkrótce na niezwykłą plażę, przez chwilę wydaje się jakbyśmy nie znajdowali się w zimnej i mrocznej Szkocji, a na lazurowym wybrzeżu. Drobny, prawie biały piasek, lazurowe jak niebo morze i tylko temperatura wody przypomina, że to jednak Szkocja.

55

54 53 51

Spędzamy na plaży dłużą chwilę rozkoszując się słońcem, widokami i rajską atmosferą, która panuje w tym miejscu.

image9

56 60 57

Ścieżka pnie się do góry, po czym kamiennymi schodkami prowadzi nas stromo w dół. Znajdujemy się w miejscu, które najprawdopodobniej w jakiś okresach czasu, przykrywa morze. Teraz trawa pokryta jest mnóstwem muszelek, patyków i innych farfocli wyrzuconych przez morze.61

62 66

W końcu docieramy do celu. Powyżej widok na wyspy Eigg i Rum, nad którymi zawisły kłęby chmur. Poniżej latarnia, na szczycie kamiennego zbocza.65 64 63

image12

Znów krótki postój i znów pora wracać. Przed nami długa droga. Najpierw rollercoasterem z powrotem do Armadale, a potem już prosto do domu.59 58

52

paula i milo

piechotą wzdłuż Loch Ness

Powinnam chyba na swoje potrzeby ustanowić nowe powiedzenie: co masz zrobić jutro, zrób dziś, bo potem i tak nie będziesz mieć czasu 🙂 Blogowanie odkładałam na mój polski urlop zakładając, że będę mieć dużo wolnego czasu. Uhmm. Kto jeździ na urlop do domu wie, że z tym wolnym czasem bywa różnie.

Cofam się dziś pamięcią jakiś miesiąc wstecz, by zabrać Was na wirtualną wycieczkę nad najsławniejsze jezioro z potworem w tle 😉 Bardziej jednak niż samo Loch Ness fascynują mnie jego okolice, niezwykle zielone wzgórza i doliny, tajemnicze lasy wyściełane mchem tak zielonym i gęstym, że wydaje się jakby ktoś zaszalał z fotoszopem. A dookoła cisza i pustka.

Jeśli również lubicie takie klimaty, to zapraszam 🙂

5

Na wyprawę wzdłuż Loch Ness wybraliśmy się w pewien całkiem słoneczny poranek. Do Inverness towarzyszyła nam piękna pogoda, ale w Drumnadrochit gdzie rozpoczęliśmy pieszą wędrówkę, pogoda weszła w tryb szkocki i tak już nas zostawiła prawie do końca. Od jakiegoś czasu pogodą już przestaliśmy się przejmować, zwłaszcza, że czasem okazuje się, że im gorsza tym ciekawiej. Po raz pierwszy też nie wędrowaliśmy sami. Towarzyszyli nam Dori i Kelvin – w takim składzie, żadna pogoda nie mogłaby nam popsuć humorów.

22-kilometrowa trasa z Drumnadrochit do Invermoriston wiedzie wzdłuż Loch Ness na dwa sposoby. Można przejść ją dolnym szlakiem przez las, lub górnym szlakiem, częściowo przez las, częściowo piękną trasą z widokiem na jezioro. Wybraliśmy górną trasę i myślę, że był to całkiem niezły pomysł. Jest to jedynie mały fragment Great Glen Way, która ciągnie się od Inverness do Fort William przez 117km.

zrzut-ekranu3

Wyruszamy z parkingu przy informacji turystycznej w Drumnadrochit. Tutaj swój początek ma wiele szlaków, stąd parking pełen jest samochodów. Posilamy się jeszcze przed drogą pysznym ryżem z warzywami przygotowanym przez Kelvina i domowymi frytkami, które choć miękkie i zimne po ponad trzygodzinnej jeździe samochodem nadal smakują jak niebo w gębie i jesteśmy gotowi do drogi.

Większość trasy po prostu delektuję się chodzeniem, rozmową i naturą. Fragment trasy wiedzie przez przepiękny, ciemny, tajemniczy las. Ziemia pokryta jest grubą warstwą zielonego mchu, który w przebijających przez konary drzew promieniach światła, wygląda wręcz fluorescencyjnie.

3

4

1

2

Szlak jest bardzo prosty. Ma kilka podejść pod górkę, ale poza tym spory kawałek wiedzie asfaltową drogą lub szeroką ścieżką przez las. Jedynie długość może nastręczać trudności, choć przyznam, że taką trasą mogłabym iść i 35km bez większego zmęczenia. A może to dobre towarzystwo sprawiło, że w ogóle nie odczułam tych 25 kilometrów?

6

8

7

9

10

Loch Ness jest długie i wąskie, bardziej przypomina szeroką rzekę aniżeli jezioro. Jeśli jednak spodziewacie się czegoś spektakularnego na słowa Loch Ness, możecie się nieco zawieść. Widoki są piękne, dookoła cisza i spokój, ale to nadal tylko jezioro. Bardziej niezwykłe wydają mi się soczyście zielone wzgórza, z pojawiającymi się gdzieniegdzie rachitycznie powyginanymi drzewami.

12

17

14

Wszystko pokrywa warstwa mgły i chmur, z których w pewnym momencie zaczyna siąpić drobny ale bardzo gęsty deszcz. Akurat kiedy mam przed sobą piękny widok zielonej doliny i jest to świetny moment, aby wyjąć aparat i zrobić kilka zdjęć. Trudno. Ten widok pozostanie tylko w mojej pamięci.

18

15

Powoli oddalamy się od jeziora, szlak wiedzie teraz przez charakterystyczne dla Szkocji wzgórza pokryte wrzosem. Jeszcze kilka kilometrów i będziemy w Invermoriston. Natomiast nie uda nam się zdążyć na autobus przed 20:00 i będziemy musieli czekać na kolejny, ostatni kurs, który zawiezie nas z powrotem do Drumnadrochit. Schodzimy ze wzgórz asfaltową drogą, w dolinie widać już maleńkie Invermoriston, dookoła zielone wzgórza. Deszcz delikatnie siąpi, gdy zza chmur przebija się słońce rzucając na dolinę trochę światła. Nagle tuż przed nami na niebie wyrasta piękna tęcza wprawiając nas zachwyt. Czy można sobie wyobrazić coś piękniejszego na koniec pochmurnej, deszczowej trasy jak odrobinę słońca i tęczowy spektakl? Kelvina tęcza cieszy chyba najbardziej, mówi, że przyniesie nam szczęście.

I ma całkowitą rację. Kiedy wychodzimy na główną ulicę w Invermoriston, nagle zza zakrętu wyjeżdża nasz (spóźniony) autobus. Machamy, kierowca zatrzymuje się, autobus jest prawie pełny, nie mamy rezerwacji, ale bez większych problemów kupujemy bilety. To się nazywa szczęście! Z radością rozsiadamy się w fotelach zaskoczeni takim rozwojem wypadków. W niespełna 30 minut jesteśmy z powrotem w Drumnadrochit. W porównaniu do naszej marcowej wyprawy nad Loch Ness, miasteczko jest pełne życia. Odpoczywamy jeszcze chwilę przed drogą powrotną popijając kawę i zajadając afrykańskie bananowe placki (przepis swoją drogą pojawi się na bank, tylko jeszcze nie wiem kiedy).

19

20

21

22

23

Jeśli Loch Ness i jego niezwykła okolica oczarowała Was tak jak mnie, stay tuned, nie wyłączajcie odbiorników i już zapraszam Was na niezwykłą podróż na wyspę Skye. Wpis pojawi się najszybciej jak to możliwe. Choć pewnie i tak nie uda mi się w pełni oddać wszystkiego co zobaczyły me oczy, nos wywąchał, a ciało doznało 😉

buźka!

wspinaczka na ben macdui, czyli expect unexpected

Dziś zabieram Was na długą wyprawę. Polecam więc zabranie ze sobą kawy, herbaty, kanapek albo litra lodów 🙂

Od naszych zeszłorocznych pieszych wypraw na Deeside i Buchan, kiedy tak na prawdę nie wiedzieliśmy dokładnie gdzie idziemy i co napotkamy, to pierwsza wyprawa, która tak mnie zaskoczyła wszystkim. Trudnością, pogodą, zwrotami akcji i niezwykłym klimatem, jaki tworzą szkockie góry (zwłaszcza w połączeniu, ze szkocką pogodą).

Zapraszam więc na Ben Macdui – drugi najwyższy szczyt Wielkiej Brytanii.

IMG_0006

Wszystkie nasze trasy wyszukuję na Walking Highlands, tak było i tym razem. Całkiem spontanicznie, bo tej trasy nie było wcześniej w naszych planach (chociaż nie mam pojęcia jak to się stało). Ben Macdui to drugi najwyższy szczyt w Wielkiej Brytanii – 1300m. Pomyślałam sobie: weszłam kiedyś na Pilsko (ponad 1500m), wejdę i tu. Całkiem odważnie wymyślam sobie czasem te nasze wycieczki, 25 km już mnie nie przeraża, ale nie biorę poprawki na to, że 25 km po płaskim, to jednak co innego niż 25 km w górach. Ostatnio znalazłam świetną trasę górskim szlakiem, 28,5 km – co to dla mnie! Dałam radę przejść 35 km przecież, to 28 km nie dam? Trasa szacowana na 8-10 godzin marszu. Uznałam, że to fantastyczny pomysł do zrealizowania od zaraz 🙂  Taka jestem szalona.

Po Ben Macdui myślę sobie: chyba jestem szalona!

Na Ben Macdui można wspiąć się na kilka sposobów, najkrótsza trasa wiedzie wzdłuż kolejki przy ośrodku narciarskim niedaleko Aviemore. Trasa którą wybraliśmy to jedynie 17,5 km, również startuje przy ośrodku narciarskim, ale prowadzi naokoło, przez ogromny płaskowyż.

Zatrzymujemy się na parkingu przy ośrodku narciarskim. Opłata parkingowa jest dobrowolna, jeśli chcesz możesz wrzucić do skrzyneczki 2 funty co niniejszym czynimy. Turystów tego dnia jest sporo, jednak chyba większość z nich wybiera wjazd kolejką.

Już w pierwszej chwili gubimy trasę, bo wszystkie kierunkowskazy prowadzą na szlak wzdłuż kolejki. Pierwsze kilkadziesiąt metrów pod górkę, a ja dostaję zadyszki i serce z piersi chce mi wyskoczyć. Musimy zrobić przystanek. Przy okazji sprawdzamy mapę i okazuje się, że nie jesteśmy na naszej ścieżce. Wracamy na dół i odnajdujemy nieco ukrytą boczną ścieżkę. Jesteśmy na naszej trasie – wirtualna mapa, która pobiera nasz sygnał gps uratuje nam życie jeszcze co najmniej kilka razy tego dnia.

2

Skoro jesteśmy na naszej trasie możemy już spokojnie delektować się wędrówką. Szlak prowadzi nas wąską ścieżką z przepięknymi widokami na okolicę i jezioro Avon.

image

3

Oczywiście pogoda zmienną jest i słońce, które mieliśmy w drodze do Aviemore, zaczyna znikać w chmurach. Nad małym wodospadem robimy szybki przystanek na kanapki – siła tego dnia będzie nam potrzebna. Przed nami widać już potężne chmurska i zaczyna siąpić drobniutki deszcz. Oczywiście wieje też bo to w końcu góry.

4

Elegancka komfortowa ścieżka nagle znika i wyznacznikiem naszej trasy jak nam się zdaje stają się kamienie, lekkie podejście pod górę, deszcz zacina cały czas z jednej strony. Na szczęście jest całkiem ciepło, więc smagające mnie po twarzy krople są nawet całkiem przyjemne i odświeżające.

Po paru minutach tak jak nagle deszcz się zaczął, tak nagle się skończył. Wieje niezmiennie. Ścieżka znów nabiera wyraźnego kształtu i pnie się co raz wyżej w górę. W oddali widzimy goniącą nas parę wędrowców, mają niezłe tempo. Podejście nie jest jakoś szczególnie strome, mimo wszystko co chwilę muszę przystawać, inaczej wyzionę ducha zanim jeszcze wejdziemy na szczyt. Przystanki i pogoda pozwalają mi porobić trochę zdjęć, bo widoki piękne. To podejście zajmuje nam sporo czasu, przez moje ciągłe zatrzymywanie się. Para wędrowców zbliża się w kosmicznym tempie, aż w końcu mija nas na ścieżce i jakby nigdy nic pakuje się na sam szczyt wzniesienia, po czym znika nam z widoku. Albo oni idą tak szybko, albo my tak wolno. Jeśli całą trasę będę przemierzać w tym tempie, do zmroku nie dojdziemy z powrotem do auta. Nie mam problemów z chodzeniem, ale podejścia pod górkę są dla mnie mordercze jeśli są długie. Potrzebuję choć kilkunastu metrów po płaskim, żeby odzyskać oddech i uspokoić serce.

5

6

7

8

9

W końcu docieramy na szczyt, oczywiście nie na Ben Macdui, tylko na szczyt pierwszego poważniejszego wzniesienia 🙂 Przed nami rozpościera się ogromny płaskowyż. Wszystko dookoła pokryte chmurami, widoczność mocno ograniczona, ale i tak jest pięknie. Dookoła po prostu pustka. Nie ma drzew, krzaków, niczego. Trawa i kamienie. I przestrzeń. Niestety nie dałam rady na tym odcinku robić zdjęć, przez zacinający co chwilę deszcz. Z drugiej strony miło było po prostu iść nie skupiając się na kadrach i przysłonach.

Wyraźna ścieżka pnie się to do góry, to w dół. To lubię. Pod górę się męczę, ale potem zaraz mam możliwość uspokoić oddech idąc w dół. Piękne widoki, które zapewne roztaczają się w około zasłaniają nam gęste niskie chmury, przesuwające się z prędkością światła. Wiatr, deszcz, chmury i pustka (od dwóch kosmicznych wędrowców nie spotkaliśmy nikogo) tworzą nieco groźny, tajemniczy klimat. Wędrowanie w słońcu i przy błękitnym niebie byłoby pewnie dużo przyjemniejsze, ale o ile mniej ekscytujące. Po drodze mijamy kilka razy kopczyki usypane z kamieni. Moje skojarzenia zgodnie z panującym wokoło klimatem wędrują na jakąś pustynną tundrę, gdzie ciała zmarłych zasypuje się kamieniami, aby nie rozszarpały ich sępy…

Nagle ścieżka się urywa i przed nami wyrasta morze kamieni. Żadnej trawy, żadnej ziemi, po prostu kamień na kamieniu jak okiem sięgnąć. A ścieżka? Którędy teraz? Tu olśnienie. Kamienne kopce to wyznaczniki trasy. Tutaj wydają się być rozrzucone bez ładu i składu, ale wirtualna mapa twierdzi, że ścieżka tędy prowadzi. Przemierzamy więc kamienne morze wyglądając kopczyków, starając się iść w miarę w tempie i nie skręcić nogi. Widoków nie podziwiamy, bo trzeba patrzeć pod nogi (poza tym dookoła chmury), podziwiamy więc cierpliwość i samozaparcie kogoś, kto tę trasę przemierzał i układał kopce z kamieni.

Idziemy tak dobrych kilka minut, aż kamienie się kończą i znów można iść fragment płaską ścieżką. Przed nami pojawia się kolejne wzniesienie. Kupa kamieni i burobrązowy piach. Dookoła szaro i gęsto. No i wiatr niezmiennie. Kolejne wzniesienie trochę mnie przeraża, proponuję więc byśmy może zaczęli wracać i tak widoczność jest taka, że na szczycie nic a nic nie zobaczymy. Ledwo możemy się dopatrzyć usypanych z kamieni kopczyków. W piachu wypatruję śladów po kijkach kosmicznych wędrowców, którzy najwyraźniej na szczyt już zdążyli wejść i wrócić na dół. Ale zostały nam do szczytu jedynie 2 km decydujemy więc, że dojdziemy do końca. Wspięliśmy się na wzniesienie a przed nami znów jak okiem sięgnąć (znaczy się na parę metrów) płaskowyż – kamulce i piach. Nic więcej. No i kopczyki usypane co jakiś czas. Wieje straszliwie, co trochę zacina deszczem. Czuję się jak jakiś alpinista, kiepski, ale alpinista 😉

Trasa wydaje się nigdy nie kończyć. Kolejne wzniesienie. Napotykamy usypane z kamieni „bazy” wysokości do pół uda. To na wypadek gdyby ktoś miał ochotę sobie tutaj zanocować? Od deszczu nie osłoni, ale przynajmniej wiatr nie zdmuchnie. Nagle widać na horyzoncie wystający punkt. Szczyt! Uff. Nareszcie. Zapewne w sprzyjających warunkach pogodowych rozpościera się stąd piękny widok na okoliczne góry. W tej chwili rozpościera się jedynie mgła i chmury. Widoki są mniej więcej takie:

12

13

14

11

10

Wiatr wieje już tutaj dość zimny więc gdy zatrzymujemy się na chwilę by pokontemplować od razu robi się zimno. Schodzimy na dół tą samą trasą. Na płaskowyżu deszcz znów zaczyna zacinać, widoczność żadna, aż tu nagle z mgły wynurza się postać. Patrzę kobieta. W stroju joggingowym. Sama. Wbiega! Na szczyt! Mija nas w ciszy i skupieniu i biegnie dalej. Myślę sobie – szalona jakaś. Samotnie tak wbiegać (ja idę ledwo) w taką pogodę? Zdziwienie nie opuszcza nas jeszcze przez dłuższą chwilę.

Znów przemierzamy morze kamieni, zgodnie z mapą gdzieś za nim, nasza ścieżka rozwidla się i mamy kierować się w prawo. Wracamy. Myślę sobie: teraz to już tylko z górki. Taaa…

15

Niebawem okazuje się, że nasza wyprawa tak prosto się nie kończy. Ona się dopiero zaczyna 😉

IMG_0010

Bez problemu znajdujemy trasę powrotną, ścieżka wyraźnie się rozwidla i skręca w prawo. Ten szlak tworzy pętelkę, więc nie wracamy tą samą drogą. Nadal jesteśmy w samym środku chmur, które jakby jeszcze bardziej się zagęszczają. Gdzieś hen na horyzoncie widać jednak ładną pogodę i błękitne niebo.

16

17

Znów wędrujemy płaskowyżem. Gdzieniegdzie widać jeszcze resztki śniegu, podziwiamy niezwykłe formacje skalne, które wyłaniają się z mgły.

18

19

20

Na jednym z przeciwległych szczytów widać sterczące kamienne kopczyki. Ścieżka wije się wyraźnie, zdaje się, że tak już będziemy dalej schodzić. Nic bardziej mylnego.

IMG_0012

Ścieżka nagle się urywa, bo znów docieramy do kamienistego miejsca. Jest kopczyk, czyli jesteśmy na trasie, na wprost skarpa w dół kilkadziesiąt metrów, po prawej wielki kamienny nasyp. Kolejnych kopczyków ani widu ani słychu.

21

22

IMG_0016

W dół nie da rady pójść, tam nie ma ścieżki, poza tym jest zbyt stromo, za kamiennym nasypem wydaje się jakby już nic nie było, ale nie mamy innego wyjścia. Włazimy na górę. A tam jeszcze więcej kamieni. Nic więcej nie widać, bo jesteśmy w samym środku chmury. Po lewej najwyraźniej nic nie ma. Kamienie się kończą, przepaść kilkadziesiąt metrów w dół. Trochę się wystraszam, bo nie widać co przed nami, jak dalej wygląda szlak, czy w ogóle dalej jest szlak? A ja tak w ogóle to mam lęk wysokości…

23

Proszę Lubego, żeby sprawdził na magicznej mapie w telefonie, czy znajdujemy się choć w okolicy wyznaczonej ścieżki. Najwyraźniej szlak prowadzi wzdłuż tej fantastycznej przepaści – Szkoci  naprawdę mają fantazję. Nagle dostrzegam kamienny kopczyk. Wypatruję kolejnych, które dają mi nadzieję, że nie zgubiliśmy się w tym kamiennym oceanie. Idziemy powoli i zastanawiamy się jakie jeszcze niespodzianki ta trasa ma w zanadrzu. Chmura nieco się przerzedza, więc trochę lepiej widać co jest dookoła nas. Robi się troszkę mniej straszno.

24

25

26

Nagle z naprzeciwka nadchodzą dwie kobiety w pełnym górskim „umundurowaniu”, z plecakami, czyżby szły na szczyt o tej porze? Może zamierzają nocować w jednej z baz na szczycie? Pomysł choć wydaje mi się równie szalony, jak wbieganie samotnie na szczyt w joggingowym stroju, to z drugiej strony całkiem ciekawie byłoby nocować w takiej pustce…

IMG_0018

Idziemy dalej, a ja dalej naiwnie myślę, że teraz to już z górki 🙂 Schodzimy do małej dolinki, ścieżka znów rozwidla się, znaków żadnych. Początkowo wybieramy trasę po lewej, ale Luby sprawdza mapę. Oczywiście idziemy źle. Bez tej mapy byśmy tutaj dzisiaj bankowo zginęli. Pogoda zaczyna wariować, wieje strasznie, niskie chmury przesuwają się w ekspresowym tempie, co chwile dając słońcu możliwość podświetlenia jakiegoś fragmentu krajobrazu.

I co? I nagle ścieżka się kończy. Mam wrażenie, że się powtarzam, ale ścieżka naprawdę znów się kończy. Co więcej nie kończy się tak bez sensu, kończy się, bo wyrasta przed nami góra, na którą najwyraźniej musimy się wspiąć. Kopczyków brak, więc tylko domniemywam. Nie wiem, czy proporcjonalnie do upływu kilometrów każde wzniesienie wydaje mi się coraz bardziej strome. Ale to jest bardzo strome. Mówię Lubemu, że nie dam rady wleźć na górę. Chociaż przecież wiem, że nie mam innego wyjścia…

Wspinam się w ślimaczym tempie, Luby koryguje kierunek spoglądając na wirtualną mapę, ja wypatruję w ziemi między kamieniami śladów po kijkach – kosmiczni wędrowcy oczywiście już dawno tędy szli. Za naszymi plecami rozgrywa się niezwykły spektakl chmur i słońca, które rozświetla blaskiem co chwilę to inny fragment krajobrazu. Wyjęłabym aparat, ale wiatr wieje tak mocno, że chwilami wpół zgięta muszę przytrzymywać się kamieni, żeby mnie nie zdmuchnął. Poza tym już ledwo zipię, a i nogi przy wspinaczce czuję że mam. Mimo wszystko, albo właśnie dlatego, dookoła jest tak pięknie.

Wreszcie docieramy na szczyt. Znów jesteśmy w samym środku chmury, ale daleko wszędzie nadal odbywa się spektakl chmur i słońca.

30

Docieramy do stacji meteorologicznej. Wieje straszliwie.

28

27

Mapa mówi, żeby kierować się w lewo, więc idziemy w lewo. I nagle bardzo tym razem wyraźne oznaczenie trasy. Jak tak, to nie było ani jednego kopczyka. Teraz cały zestaw ustawiony równo jak od linijki 🙂

29

Teraz wygląda na to, że już tylko z górki 🙂 Wchodzimy na ścieżkę ułożoną z kamieni i ograniczoną po bokach taśmami. Jest dość stromo, więc idziemy ostrożnie. Mamy za to widok na całą dolinę, w miarę jak schodzimy pogoda robi się coraz ładniejsza. Przed nami schronisko, a daleko przed nami jezioro Avon.

31

32

33

34

38

37

36

333

35

Za schroniskiem ścieżka dalej prowadzi w dół i wygląda na to, że już tylko w dół 🙂 Słońce zaczyna przygrzewać, a wiatr ustaje. Robi się piękna, ciepła, słoneczna pogoda. Zdaje się, że schodzimy całą wieczność. Godzinę, dwie? Moje kolana próbują mi powiedzieć, że już dość tego schodzenia, Luby też już idzie ostatkiem sił. A tu ciągle w dół i w dół. Już widzimy parking przy ośrodku narciarskim. Ścieżka nie idzie prosto, tylko wije się zakrętami. Oj dobrze, że tędy nie wchodziliśmy…

39

40

41

42

W końcu parking, jak miło postawić stopy na płaskiej betonowej powierzchni. Jeszcze raz podziwiamy widok na góry teraz pełne słońca i przypominamy sobie, jak kilka godzin temu wyruszaliśmy tą trasą. Myślę głośno, że poszłabym z chęcią jeszcze raz tym szlakiem. Na co Luby stwierdza, że on też, tylko najpierw musimy trochę poczekać aż zapomni jak było ciężko 🙂

Z tej perspektywy 28,5 km górskim szlakiem wydaje mi się na serio szalone. Ale gdyby tak mieć namiot, tak na wszelki wypadek… w sumie można by po drodze zanocować… 🙂

PS Zdecydowanie polecam Wam korzystanie z map w formie plików gpx. Jeszcze ani raz nas nie zawiodły, a w przypadku tej wycieczki kilkakrotnie pomogły nam się nie zgubić. Taka mapa nie nawiguje, ale pozwala zorientować się, czy znajdujemy się na trasie, czy poza, w którym kierunku idziemy i ile jeszcze kilometrów nam pozostało. Nie potrzebuje dostępu do internetu bo pobiera nasz sygnał GPS. Internet potrzebny jest tylko po to, aby mapę pobrać. Potem otwieramy ją w aplikacji, która obsługuje pliki gpx (w naszym przypadku Footpath) i gotowe. Jeśli chodzi o szlaki w Polsce, takie mapy można pobrać z http://www.trail.pl

Loch Callater

Ostatnio blogowe działania idą mi niezwykle opieszale, po prostu w żółwim tempie. W kolejce czekają zdjęcia do obróbki, dwie wyprawy do opisania, a jutro wybieramy się na kolejną eskapadę. W ostatnim czasie siedzenie przed komputerem w czterech ścianach, doprowadza mnie do szaleństwa, dlatego jeśli tylko pogoda bardzo nie przeszkadza, to staram się spędzać czas gdzieś na zewnątrz.

Mam tylko jedną rzecz, która przyciąga mnie do komputera.

Nie lubię seriali. Nie lubię seriali, bo jeśli są wciągające to nie da rady obejrzeć jednego godzinnego odcinka. Oglądasz drugi, piąty, dwunasty, a potem drugą serię… gorzej jeśli serii jest więcej niż dwie. Okazuje się, że masz godziny i dni wyjęte z życia. Nie uprane, nie uprasowane, nie ma kolacji, a ty siedzisz spocona po robocie, bo jeszcze następny odcinek tylko… No więc zaczęłam oglądać serial. Bo bardzo polecali go w radiowej Trójce, więc stwierdziłam, głupia ja, że obejrzę jeden odcinek i zobaczę czy taki warty polecenia… i tak jestem w drugiej serii, a są chyba cztery. Nie powiem Wam jaki to serial, żeby Was nie kusiło obejrzenie tylko jednego odcinka. Bo nie da się tylko jednego obejrzeć 😛 Ale jeśli macie kupę wolnego czasu, z którym nie ma co zrobić – piszcie, wyślę Wam tytuł 😉

Przechodzimy do sedna naszego dzisiejszego spotkania. Muszę się zabrać poważnie do roboty, bo w zanadrzu jeszcze mam Wam świetną wyprawę do opisania, a jestem generalnie w czarnej… w serialu 😉

Pamiętacie moją listę „must do”? Wyprawa nad Loch Callater była jednym z punktów na tej liście. Wprawdzie wrzosy dopiero zaczynają kwitnąć i wzgórza nie przywitały nas pięknym fioletem, ale nie zmienia to faktu, że było pięknie.

panorama

Loch Callater znajduje się pośrodku niczego, jakieś 3km na południe od Braemar, ostatniej w tej okolicy miejscowości turystycznej. Jeśli wejdziecie sobie na mapy google, znajdziecie Braemar, poniżej Auchallater i na Old Military Road postawicie sobie tego żółtego chłopka-wędrowniczka, to zobaczycie jakie „pośrodku niczego” mam na myśli. Jedynym punktem, który znaczy początek szlaku jest stojąca przy drodze farma. Po przeciwnej stronie drogi mały parking i automat parkingowy – 2,50£. Widoki bezcenne.

DSC_0510_01

Przekraczamy furtkę i idziemy ścieżką lekko pod górę. Słońce świeci, trochę wieje, ale już po kilku minutach spaceru robi się bardzo ciepło i przyjemnie. Otaczają nas piękne, porośnięte jedynie wrzosem wzgórza. Nasza trasa wiedzie, dość szerokim płaskim traktem wzdłuż rzeki. Dookoła pusto, gdzieniegdzie pasą się owce, ciszę czasem przerywa śpiew ptaków. Ani żywego ducha, żadnych turystów. Nic. Tylko my, wzgórza, ptaki i owce i dużo świeżego górskiego powietrza. W takim świeżym górskim powietrzu wszystko dookoła wygląda jakby ktoś nałożył jakiś wyostrzajacy filtr. Czyste, wyraźne i intensywne. Trawa zielona, niebo niebieskie, a kamienie kamienne. Nawet my jesteśmy trochę bardziej.

DSC_0508

DSC_0532 DSC_0537 DSC_0544 DSC_0547

DSC_0555 DSC_0569 DSC_0578

Idziemy tak już dobra chwilę, nie wiem ile bo żadne z nas nie patrzy na zegarek. Nagle kilkanaście metrów przed nami na drodze dwa barany. Stajemy. Barany też zatrzymały się nieruchomo i patrzą na nas. Iść nie iść? To w końcu barany, mają rogi, a my nie mamy innej drogi, musimy się minąć. Stoimy jak kowboje w westernie, czekając kto pierwszy zrobi odwrót. Okazało się ze to nie tylko dwa barany a cała owcza rodzina, która czaiła się w krzakach przy ścieżce. Wycofały się i pokopytkowały na górkę obserwować nas z bezpiecznego miejsca.

Wędrujemy dalej. Nagle na horyzoncie widzimy jakieś zabudowania. Dom. Kilka drzew. Pośrodku niczego. Nad jeziorem, które zaraz zza domu się wyłania. Jezioro błękitne jak niebo. Dookoła jeziora zielono jak tylko jesteście w stanie sobie wyobrazić.

DSC_0581

DSC_0598 DSC_0584

Dom to miejsce udostępnione dla turystów. Jeśli zbłąkasz się gdzieś w tamtych stronach możesz znaleźć tam schronienie. Nie ma prądu, wody, ale jest dach nad głową, jeśli zaskoczy Cię pogoda, albo widok urzeknie tak mocno, że postanowisz zanocować nad jeziorem. Za darmo. Pod warunkiem, że zostawisz po sobie porządek.

IMG_0344_01 IMG_0345 IMG_0346

Robimy sobie nad jeziorem krótki przystanek. Szlak wiedzie dalej wzdłuż Loch Callater, po kilku kilometrach można dojść do dużo mniejszego Loch Kander. My jednak zawracamy i kierujemy się z powrotem do auta. Jest już późne popołudnie, a czeka nas jeszcze dwu i półgodzinna jazda do domu. Poza tym jak zawsze znikąd, pojawiają się chmury. Deszcz, słońce, chmury… Taka sytuacja:

IMG_0347 DSC_0634 DSC_0639 DSC_0651 DSC_0655

Przyjemny, ciepły letni deszcz, po którym w ciągu kilku minut nie ma śladu. Wracamy. Niedaleko furtki spotykamy parę z plecakami, która dopiero wyrusza na szlak. Pewnie na noc zatrzymają się w chacie i będą mogli podziwiać rozgwieżdżone górskie niebo w kompletnej ciszy. W sumie świetny pomysł. Ognisko, piwko, śpiwór, cisza, niebo i jezioro. Czego chcieć więcej?

DSC_0660 DSC_0661 DSC_0667 DSC_0683 DSC_0700 DSC_0716 DSC_0720

Z tą koncepcją wracamy do domu. Jeśli kiedyś zdarzy Wam się w te okolice zbłądzić, bardzo polecam wam wybrać się nad Loch Callater. My na pewno jeszcze kiedyś tam wrócimy.

DSC_0606

 

pozdrawiam paula