„zapiekanki, grzanki, pizze” – recenzja

Chodzę do księgarni niezwykle rzadko, z tego prostego powodu, że ilekroć zawędruję do jakiejkolwiek, to wychodzę z niej po prostu chora. Uwielbiam książki i gdyby nie wszystkie tzw. pilniejsze potrzeby, to chodziłabym do księgarni przynajmniej kilka razy w miesiącu znosząc do domu kolejne świeżutkie, pachnące jeszcze drukarskim tuszem tomiszcza – kryminały, obyczajowe, podróżnicze, kulinarne, psychologiczne, każde, whatever… no może jest parę gatunków, za którymi nie przepadam, ale dziś nie o tym. Dlatego po prostu do księgarni nie chodzę. Nie chodzę. Jestem zdrowa (no powiedzmy). I nie to, że nie czytam. Po książki wędruję do biblioteki, czasem czytam ebooki, choć tego nie znoszę – nie ma to jak porządny kawałek zadrukowanego papieru, choćby przekartkowanego mimiony razy przez różne ręce. Kiedyś nawet marzyłam o tym, żeby pracować w bibliotece i żeby płacili mi za czytanie 😉

No ale jak już zajdę do księgarni, to coś muszę wynieść. Najłatwiej skusić mnie ceną, na użytek własny nie szukam eleganckich wydań, w twardej oprawie, choć są piękne i żal mi strasznie, kiedy muszę taka książkę odłożyć z powrotem na półkę, bo ceny niestety czasem powalają na kolana. Aczkolwiek w takich sytuacjach zawsze powtarzam sobie, że najważniejsza jest treść i jeśli w przypadku książek kulinarnych treść jest wystarczająco zachęcająca, to oprawa jest sprawą drugo- a nawet trzeciorzędną.

img_0001_11

I tak jakiś czas temu trafiła w moje ręce tegoroczna publikacja (wydanie specjalne 1(37)/14) Biblioteczki Poradnika Domowego „Zapiekanki, grzanki, pizze”, która kosztowała jedyne 12,99zł. Oczywiście nie cena była głównym powodem skuszenia, a zawartość.

Trzy czwarte książki to przepisy na zapiekanki (jest ich tutaj ponad 100), znajdziemy tu też sporo pomysłów na różnego rodzaju grzanki i pizze. Każda strona to jeden przepis ze zdjęciem. Fotografie może nie powalają na kolana (w odniesieniu do najnowszych trendów w fotografii kulinarnej), ale wykonane są estetycznie, a potrawy wyglądają na nich smakowicie i bardzo zachęcająco. Dodatkowo przyjemny dla oka kredowy papier dodaje zdjęciom dobrego smaku.img_0001_12

Wykonanie poszczególnych dań opisane jest krótko, zwięźle i na temat, za każdym razem w przypadku zapiekanek podawana jest temperatura i przybliżony czas pieczenia. W przypadku grzanek i pizzy temperatura pieczenia nie jest podana przy każdym przepisie, co może być trochę deprymujące, zwłaszcza jeśli ktoś nie ma doświadczenia w gotowaniu i pieczeniu. Ale to chyba mój jedyny zarzut. Poza tym, przy każdym przepisie podana jest ilość porcji, co jest zdecydowanie plusem. Potrawy przygotowywane są raczej z ogólnie dostępnych składników, a i portfela nie zrujnują 😉

Przejdźmy teraz do najważniejszego, czyli do treści.  Jeśli kiedykolwiek przyszło Wam do głowy, że zapiekanki są monotematyczne, bo to tylko makaron, albo ziemniaki i jakaś wkładka z mięsa mielonego lub warzyw, to koniecznie musicie sięgnąć po tę książkę i zweryfikować swój pogląd 🙂

Mamy tutaj cała tęczę różnorodnych składników, o których może nawet nie pomyślelibyście, że mogą się w zapiekance pojawić. Zapiekamy nie tylko makaron, ziemniaki i ryż, ale i wszelkie rodzje kasz (kukurydzianą, pęczak, jaglaną, gryczaną), ryby, warzywa (również te sezonowe), owoce i oczywiście mięso. Choćby kaszankę i wątróbkę. I krakersy też.  Pomyślelibyście? 🙂

img_0001_10   img_0001_09

img_0001_08   img_0001_06

img_0001_07   img_0001_05

img_0001_04   img_0001_03

W książce znajdziecie pomysły na zapiekanki na słodko i na słono, warzywne i mięsne, te bardziej swojskie i wykwintne. Kilka z nich już udało mi się przetestować. Pomysły na schabowe w pudełeczkach, tartę z ziemniakami i mięsem, zapiekankę z kurczakiem i tort naleśnikowy zaczerpnięte zostały właśnie z tej książki, a to tylko i wyłącznie mikroskopijny wycinek tego, co przy jej pomocy możecie wyczarować w kuchni.

Bardzo podoba mi się również część z pomysłami na grzanki – mamy tutaj ze 40 koncepcji na ciepłe śniadania czy kolacje, na słodko i słono. Aż ślinka cieknie, kiedy kartkuję tą książkę, a robię to dość często, bo czasem natchnie mnie samo połączenie jakiś składników. Grzankowa część jest fajną inspiracją do zamienienia zwykłych kanapek na coś ciepłego i chrupiącego, zwłaszcza teraz kiedy zrobiło się już zimno.

img_0001_02   img_0001_01

Przepisów na pizzę jest dosłownie kilka i myślę, że cała książka jest na tyle ciekawa, że śmiało bez pizzy mogłaby się obejść.

Jeśli więc lubicie zapiekanki i szukacie ciągle nowych pomysłów na ich przygotowanie, to szczerze polecam Wam tę książkę. Może na półce w księgarni nie wygląda szczególnie okazale wciśnięta między piękności w twardych oprawach, ale jej zawartość na pewno Was nie rozczaruje.

pozdrawiam paula

Reklamy

obiady za 9,99zł, czyli jak źle wydać 10zł

Książeczka ta trafiła w moje ręce całkiem przypadkiem, dzięki koledze, który odkąd dowiedział się, że prowadzę bloga, dostarcza mi różne wycinki z gazet i dodatki z przepisami. Zwykle można znaleźć w nich sporo różnych ciekawych przepisów i inspiracji, więc i tę książkę chętnie przygarnęłam. Tym bardziej, że opis na okładce jest niezwykle zachęcający. Popatrzcie sami.

obiady za 9,99  obiady za 9,99

Czego chcieć więcej po takiej rekomendacji? Powiedzmy sobie szczerze, że przygotowanie dwudaniowego posiłku dla trzech osób za 10zł, jest w obecnych czasach nie lada wyzwaniem, tym  bardziej więc ciekawa byłam zamieszczonych w środku przepisów. Podeszłam do książki z dużym zainteresowaniem, ale też pewnymi oczekiwaniami. Ale im częściej do niej zaglądałam i czytałam zamieszczone przepisy, tym więcej rzeczy wprawiało mnie w zdziwienie, a w końcu w konsternację. Wiem, że to pierwsza książka jaką recenzuję na moim blogu i może niekoniecznie dobrze jest rozpoczynać tak negatywną oceną, ale zwyczajnie poczułam się zrobiona w balona przez autorów tego „dzieła”. Wybaczcie więc ironiczne uwagi, ale w tej sytuacji trudno było się powstrzymać.

Zgodnie z informacją, książka zawiera zestawy obiadowe złożone z dwóch dań. Z przodu na okładce widzimy zapowiedź zup, drugich dań i surówek, z tyłu jest również informacja o deserach.

Na ostatniej stronie autorzy informują, że przedstawione przepisy przewidują zaserwowanie dwudaniowego posiłku za niecałe 10zł. Tymczasem w wielu przepisach w 10zł zawiera się jedyne część potrawy, np. zestaw nr 7 z tartą – ze składników wg których został policzony koszt potrawy można przygotować jedynie ciasto do tarty, wkładka (brokuły lub mięso mielone) owszem jest zaproponowana w opisie przygotowania, jednak nie jest już wliczona w koszt. Podobnie jest w przepisie na pizzę – na zdjęciu mamy piękną pizzę z salami, czarnymi oliwkami – składniki na pizzę wliczone w koszt dania zawierają w sobie to, co potrzebne jest do przygotowania ciasta, plus kilka plastrów szynki, 3 łyżki startego żółtego sera oraz 6 (słownie: sześć) pieczarek i koncentrat pomidorowy.

Przepisy nie przedstawiają też różnorodności jeśli chodzi o przyprawy – praktycznie każde danie przyprawione jest identycznie – sól, pieprz, czosnek, liść laurowy, ziele angielskie, majeranek i szczyt różnorodności – imbir, cynamon, kolendra i curry, znajdziemy też takie składniki jak „przyprawy do smaku” oraz „zioła do smaku”.

obiady za 9,99  obiady za 9,99

Opis na okładce obiecuje nam, że podane zestawy oferują pełnowartościowe i bogate w składniki odżywcze posiłki. Owszem, mamy kilka ciekawych zup-krem z warzyw: brokułowa, groszkowa, zupa z soczewicy czy krem z dyni. Pozostałe zupy składają się głownie z „bulionu” (1 litr – koszt 1zł) oraz „włoszczyzny” (cytuję: „1 włoszczyzna” – ki diabeł?!). Dość enigmatycznie. Drugie dania również moim skromnym zdaniem nie obfitują, ani w pomysłowość, ani w bogactwo składników i substancji odżywczych. Przykładowo za całe drugie danie mamy: kotlety z chleba, kotlety z jajka, pieczone ziemniaki, kasza kukurydziana zapieczona z przyprawami i odrobiną żółtego sera, kotlety z ryżu, kotlety z ziemniaków, papryki faszerowane ryżem, kaszankę, smażone skrzydełka i pałki z kurczaka, kotlety z mortadeli. Sporadycznie pojawia się ryż z warzywami, czy gołąbki wegetariańskie, dania z podrobów. Większość dań jest jednak smażona i uboga w składniki – jakiekolwiek.

Tak informacja na wstępie książki jak i obecność zup w większości zestawów sugerowałaby, że są to zestawy obiadowe. Natomiast niektóre z nich zaskakują połączeniem i moim zdaniem jako dwudaniowy pełny zestaw obiadowy są propozycją conajmniej dziwną: zestaw 38 – shake czekoladowy i pałki z kurczaka w płatkach kukurydzianych, zestaw 27: jabłka w karmelu i parówki w cieście, zestaw 17: gofry i biała kiełbasa z jabłkami. Jeśli ktoś nastawiał się, że będzie miał gotowe menu obiadowe, myślę, że może się trochę zdziwić.

Kolejna rzecz, która mówiąc szczerze trochę mnie zdenerwowała, to podane ceny produktów. Wprawdzie ostatnia strona książki informuje, że składniki zostały wycenione według cen produktów, które można zakupić w sklepach spożywczych online na terenie śląska, natomiast mam wrażenie, że nie dość, że wybrano możliwie najtańsze produkty, to dodatkowo ich cena została zaniżona. Przykładowe ceny z książki:

– 10 plasterków szynki – koszt 2zł

– 400 g mięsa mielonego – 4zł

– 1 kg skrzydełek z kurczaka – 4zł

– 500 g łopatki wieprzowej – 5zł

– 2 duże serki topione Emmentaler – 2zł

Jeśli chodzi o mielone mięso, to widziałam takie w sklepie w którym robię zakupy, w promocji za 3,99zł  – jest to oczywiście mięso paczkowane, dla mnie osobiście wątpliwej jakości. Zawsze kupuję mięso, które na bieżąco mielone jest w sklepie, jeśli będę chciała, pani zmieli dla mnie konkretny kawałek np. łopatki – koszt 17-18zł/kg. Każdy kto robi zakupy zauważy, że proponowane produkty są nadzwyczajnie tanie, a co za tym idzie jakościowo również pozostawiają wiele do życzenia.

Pokusiłam się o poszukanie cen pozostałych produktów w dyskoncie, bo tam zwykle najtaniej. Padło na Tesco, bo wiem, że sprzedają online. I tak:

– szynka gotowana w plastrach – 3,39zł/100g (przypuszczam, że jest tam 6-10 plasterków)

– skrzydełka z kurczaka paczkowane na tacce – 7,09zł/kg

– łopatka wieprzowa paczkowana – 13,49zł/kg

– serek topiony Emmentaler – 100g/1,99zł

Myślę, że w innych sklepach ceny są zbliżone. Komentować chyba nie muszę.

Jeśli chodzi o zdjęcia, to autorzy mogli zadać sobie nieco więcej trudu w poszukiwaniu fotografii odpowiadających przepisom. Ktoś powie: „czepiasz się”. Być może. A może tak, właśnie się czepiam, bo dlaczego mam się nie czepiać, jeśli ktoś publikuje przepis ze zdjęciem, które prezentuje jakąś inną potrawę, bo nie chce mu się poszukać bardziej odpowiedniego, już nie wspomnę o samodzielnym wykonaniu. Na dodatek za taki egzemplarz kasuje 10zł, czyli można powiedzieć, że pozbawia czytelnika jednego obiadu.

Przepis na zupę fasolową z białej fasoli. Na zdjęciu:

obiady za 9,99

Bulion z papryką – składniki to papryka i ziemniaki. Na zdjęciu zupa z białą fasolą 🙂

obiady za 9,99

Zupa ze zsiadłego mleka – jedyna wkładka w tej zupie to (a jakże) ziemniaki. Na zdjęciu zupa z ziemniakami – to fakt, ale wydaje mi się, że mamy tam również łososia 🙂

obiady za 9,99

Faszerowana papryka. Zdjęcie – no comment 🙂

obiady za 9,99

Zupa biała z kaszy perłowej, selera i marchewki. Na zdjęciu – ryż, marchew, czerwona i żółta papryka (tak, tak, wiem, czepiam się :P)

obiady za 9,99

Na koniec trochę takich „ciekawostek”, które rozbroiły mnie doszczętnie:

– w książce nie ma ani jednego przepisu na surówkę 🙂 Przepatrzyłam wszystkie przepisy wielokrotnie i nie znalazłam nic, co można by pod surówkę chociaż podciągnąć.

– krupnik dla 3 osób ugotowany na 2 sztukach (słownie: dwóch) żołądków drobiowych

– drugie danie: 3 plastry karczku i 3 ziemniaki (ale duże!) na 3 osoby

– drugie danie: 3 kotlety z mortadeli (każdy po 1,5 cm grubości!) na 3 osoby

Hmm zakładając, że jedną z tych 3 osób jest dorosły, pracujący mężczyzna…no nie wiem, sami dobie dopowiedzcie. Przypuszczam, że sama po tygodniu takiej diety padłabym z głodu. O Lubym nie wspomnę.

Kotletów z chleba, zupy z powideł, bagietki smażonej w jajku, zupy wodzionki (sprawdźcie przepis koniecznie – bogactwo składników odżywczych!), naleśników (gołych, bo dżem juz poza budżetem), kotletów z mortadeli, mrożonej kawy, shake’a czekoladowego czy racuchów z jabłkami nie można chyba nazwać bogatymi w wartości odżywcze daniami. Dieta której podstawą są ziemniaki, niewiadomego pochodzenia bulion i „włoszczyzna”, jabłka (które pojawiają się co trzeci przepis),cebula, jajka, chleb, ryż i najtańsza wędlina oraz mięso nie jest pełnowartościową dietą  ani dla pracującego dorosłego, ani tym bardziej dla dziecka. Dodatkowo w porcjach o takich wielkościach.

Założyłam, najwyraźniej błędnie, że autorzy tej publikacji zestawili pomysły na zdrowe i pełnowartościowe posiłki.  Tymczasem mam wrażenie, że okładka książki i jej zawartość to dwa zupełnie różne światy. Książkę zatytułowałabym raczej: jak przygotować posiłek jak najtańszym kosztem. Moim zdaniem można ją potraktować jedynie jako źródło jakiejś tam inspiracji, na te dni, kiedy w lodówce i w portfelu wieje pustką. Tak powstała serowo-pieczarkowa zupa krem z poprzedniego wpisu (zmieniłam tylko proporcje składników, bo inaczej krem byłby dość wodnisty w smaku i konsystencji). Spodobał mi się też pomysł na pierogi z kaszanką, który na pewno kiedyś wykorzystam. Jednak ośmielę się stwierdzić, że przygotowanie dwudaniowego obiadu dla trzech osób, który będzie jednocześnie pełnowartościowym i bogatym w składniki odżywcze posiłkiem i zmieszczenie się w kwocie 10zł jest ogromnie trudne. Ba! Powiedziałabym nawet, że jest średnio możliwe. Ale zamiast inwestować wartość jednego obiadu w tę książkę, już lepiej poświęcić kilka godzin na poszukiwania w internecie i skomponować swoje własne zestawy na niedrogie, ale przygotowane z dobrej jakości produktów potrawy.

Powodzenia! 🙂

urlop – kulinarnie

Uff. Dotarłam z powrotem. Dwa tygodnie bez komputera i bez kucharzenia. Za komputerem nie tęskniłam jakoś szczególnie, za kucharzeniem już tak. Zwłaszcza, że sezon owocowo-warzywny w pełni.

Ostatnie dwa tygodnie były bardzo intensywne i bogate w doświadczenia i częścią z nich chciałabym się z Wami podzielić, jeśli oczywiście będziecie ciekawi 🙂 Nasze wakacje podzielone były na dwie części –  w pierwszej kolejności morze i plaża, a następnie powrót, przepakowanie i kierunek – Bieszczady. W górach przeszliśmy w trzy dni trzy kilkugodzinne szlaki, mam kilka zdjęć z tych wypraw. Zastanawiam się, czy pokazać Wam tylko kilka fotek z trasy, czy również jakoś szerzej opisać szlaki, którymi wędrowaliśmy. Nie jest to temat kulinarny, ale może komuś przydadzą się takie informacje.

Na początek jednak urlop – kulinarnie. Jeśli choć raz byliście w typowej wczasowej miejscowości nad naszym polskim morzem, wiecie z pewnością, jak łatwo zagubić się w gąszczu restauracji, knajpek, tawern, smażalni i wszechobecnych budek z kababami. Chciałabym polecić Wam trzy miejsca, w których (moim zdaniem) warto zjeść jeśli jesteście właśnie we Władysławowie lub w jego okolicach. Zaznaczam, że nie współpracuję z żadnym z tych miejsc, a wszystkie dania zakupiliśmy z własnych funduszy 🙂

Bar pod Sosną, ul. Słoneczna 8a, Władysławowo – to miejsce już od jakiegoś czasu jest stałym punktem na naszej kulinarnej mapie. Trafiliśmy tam po raz pierwszy chyba 4 lata temu jak to zwykle bywa – zupełnie przez przypadek. Bar znajduje się na rogu, bardzo blisko głównej ulicy we Władysławowie i z wyglądu na pierwszy rzut oka, nie wyróżnia się niczym szczególnym – proste drewniane stoły na wolnym powietrzu, na środku bar i kuchnia. Wyróżnia go natomiast bezustanne oblężenie, co w zasadzie jest naturalną konsekwencją tego, że po prostu dają tam dobrze zjeść 🙂

Do Baru pod Sosną najlepiej wybrać się w minimum 2 osoby. Jedna osoba staje w kolejce do baru po zamówienie, a druga w kolejce…do stolika 🙂 Tak. Do stolików jest również kolejka. Ile razy zdarzyło nam się odwiedzić to miejsce, zawsze była mniejsza lub większa kolejka do stolików. Dlatego kiedy planujecie wizytę w tym miejscu, uzbrójcie się w cierpliwość. Kolejka do zamówienia przesuwa się szybko, kolejka do stolików już wolniej – od kilku do kilkunastu minut w zależności od tego, o jakiej porze zdecydujecie się tam przyjść. Nasz rekord oczekiwania na zamówione potrawy, to było ok. godziny – ale to w przypadku maksymalnego oblężenia np. podczas weekendu. Radzę również pilnować kolejki stolikowej, bo zdarza się, że jakiś klient niepostrzeżenie wepchnie się i zajmie własnie opuszczany przez innych stolik. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że nie każdemu będzie odpowiadać taka atmosfera. Osobiście uważam ją za całkiem zabawną, w barze panuje gwar, więc jeśli lubicie jeść w ciszy i absolutnym spokoju, to również nie jest miejsce dla Was. Dania z kuchni wynosi kilkoro kelnerów i kelnerek wykrzykując co chwila numery zamówień po kilka, a czasem nawet po kilkanaście razy, jeśli jakiś stolik się zagapi i nie przywoła kelnerki po wywołaniu swojego numeru. Czasem słychać westchnienie ulgi kelnerki: „no wreszcie!”, kiedy po kolejnym okrążeniu odnajduje adresata niesionych przez siebie talerzy pełnych dobroci. Bardzo lubię obserwować klientów wyczekujących na swoje danie i zerkających z ciekawością na wynoszone potrawy, każdy z kelnerów ma swój charakterystyczny sposób wywoływania numerów zamówień, ogólnie jest rumor i tłok 🙂

Po tym długim wstępie przejdźmy wreszcie do sedna, czyli do jedzenia. Bar oferuje prócz tradycyjnych dań z ryb, również pizze (w tym np. calzone czyli pieróg, który jest ogromny), obiady (również codziennie inne danie dnia), desery oraz śniadania. Biorąc pod uwagę wielkość posiłków ceny są naprawdę rozsądne. Na przykład danie dnia, w skład którego wchodzi zupa, drugie danie, budyń i kompot to koszt 14,50zł. My chodzimy tam zawsze na rybę i zamawiamy ją w zestawie (z frytkami i surówką), ponieważ dostajemy spory kawał rybki (cena zestawu waha się od 12zł do 26zł w zależności od wybranej ryby). Ryby można zamówić również wg wagi (ceny w tym przypadku nadal są bardzo rozsądne).

W trakcie tego urlopu byliśmy w tej knajpce tylko raz, robiliśmy jeszcze drugie podejście, ale był piątkowy wieczór, więc możecie wyobrazić sobie jaki tam był tłok, a my chcieliśmy jeszcze pospacerować po porcie, więc niechętnie, ale daliśmy sobie spokój.

Luby zamówił jak zawsze filet z łososia w zestawie (koszt 21zł), trafił mu się nieco mniejszy kawałek ryby niż mnie. Do każdej ryby podawana jest również cząstka cytryny, której ja nigdy nie używam 🙂

łosoś władysławowo

łosoś władysławowo

Mnie trafił się naprawdę solidny kawał pysznego dorsza (koszt zestawu 17zł). Do tego oczywiście frytki i surówki, które również są bardzo dobrze przyprawione. Nie tam, że tylko posiekana i posolona kapusta. Danie podane jest na dużym obiadowym talerzu.

dorsz władysławowo

Bar pod Sosną polecam naprawdę z całego serca, myślę zresztą, że wystarczającym poleceniem jest już sam fakt, że miejsce to jest zawsze pełne klientów gotowych czekać na posiłek (i stolik) więcej niż kilka minut 🙂

Dwa Światy – w okolicy ul. Brzozowej, niedaleko portu we Władysławowie – knajpka serwuje naleśniki oraz dania meksykańskie. Trafiliśmy tam zupełnie przypadkiem, jedliśmy tam po raz pierwszy. Knajpka skusiła mnie tym, że wyróżniała się wśród budek kebabowych dość miłym obejściem, meksykańską muzyczką i niezbyt wygórowanymi cenami. A poza tym – kuchnia meksykańska – jak mogłabym nie przetestować?

Poza stałym menu (niezbyt dużym, ale to chyba plus) wystawionym na zewnątrz, knajpka serwowała również dania dnia. Miła obsługa, czyste stoliki i przyjemna meksykańska muzyka nie zagłuszająca rozmowy. Prócz naleśników i dań meksykańskich można tam również zamówić różne regionalne piwa.

dwa światy władysławowo

Luby skusił się na Pollo burrito (19zł), czyli dużą tortillę (ponad 500g!) wypełnioną pieczonym kurczakiem, warzywami, serem i salsą casera, ja na Salmondillas (15,50zł) czyli dwie pszenne tortille wypełnione pieczonym łososiem, sałatą lodową, cebulką, serem i salsą. Do każdego dania było kilka sosów do wyboru – ja wybrałam czosnkowy, Luby jakiś ostry. Dość szybko otrzymaliśmy nasze zamówienie. Dwie pierwsze rzeczy, za którymi nie przepadam to papierowe tacki i plastykowe sztućce. Jednak zawartość tacki sprawiła, że pierwsze wrażenie poszło w niepamięć. Moje tortille na pierwszy rzut oka wyglądały dość niepozornie, okazały się natomiast bardzo dobre i niezwykle sycące – zaspokoiły mój głód na kilka dobrych godzin. Tortilla była pyszna, placek miękki i świeży, a w środku nawet dość sporo łososia. Tortilli z kurczakiem Lubego również  nie omieszkałam spróbować – świetny aromat sera i salsy. Wyszliśmy najedzeni i zadowoleni.

tortilla z łososiem

tortilla z  kurczakiem

Gdybym miała możliwość, na pewno wróciłabym tam wypróbować kolejne specjały z kuchni meksykańskiej. Dlatego jeśli zbłądzicie w tamte rejony i zechcecie spróbować czegoś z Dwóch Światów, koniecznie podzielcie się ze mną Waszą recenzją.

Ostatnie miejsce o jakim chciałam wspomnieć jest zwykłą-niezwykłą kebabownią w miejscowości Dębki (kilkanaście km na zachód od Władysławowa) pod dość zabawną nazwą „Grube żarcie u Grubego” bodaj przy ul. Morskiej. Jeśli przyjdzie Wam ochota na porządnego (grubego) kebaba wstąpcie tam śmiało. To miejsce też poznaliśmy jakieś 4 lata temu i zawsze robimy sobie do niego wycieczkę (6km spaceru żeby zgłodnieć, a potem 6 kilometrów z powrotem, żeby spalić choć frytki) 🙂 Bar mieści się w bardzo ruchliwym miejscu, więc na ciszę również nie możemy liczyć. Stoliki stoją na drewnianym podeście tuż przy ulicy. I tutaj zamówienia wywoływane są po numerach, dania odbiera się samemu w barze. Oczywiście w takich miejscach tradycyjnie plastykowe sztućce i naczynia jednorazowego użytku.

Gruby serwuje dania typu fastfood, tak jak obiecuje szyld są grube. Kebab w zestawie (koszt 20zł) to gruba porcja frytek, mięso z kurczaka i sałatka, a do tego kopa sosu – w przypadku Lubego czosnkowego. Ja tym razem skusiłam się na sałatkę z kurczakiem (na mniejszego głoda). Naprawdę nie sądziłam, że tak się nią najem, w połowie porcji już byłam syta. Sałatka składała się z mixu różnych sałat, pomidora, ogórka, cebulki, sera (bodaj parmezanu) oraz panierowanego kurczaka, a na to wszystko sos czosnkowy 🙂 Niestety tak się rozpędziłam z jedzeniem, że zapomniałam zrobić pamiątkowych zdjęć, by móc Wam je zaprezentować. Musicie mi więc uwierzyć na słowo lub sami wybrać się do Grubego i spróbować. Chyba że już byliście i możecie podzielić się ze mną wrażeniami 🙂

To tyle jeśli chodzi o miejsca, które chciałam Wam polecić. Jedliśmy również w kilku innych miejscach, ale te zdecydowanie zapamiętałam jako godne polecenia i powtórzenia w przyszłości. Jeśli chodzi o Bieszczady, to niestety niczego konkretnego nie mogę powiedzieć, ponieważ tam głównie skupialiśmy się na wędrówce, jedzenie miało tylko utrzymać nas przy życiu 😉